Tyle tego się dzieje…

Tyle tego się dzieje, że umykają mi rzeczy, o których powinienem napisać. Chociaż jedną zaległość teraz więc nadrobię.

W jednym z pierwszych dzienniczków pisałem wam o Arcticu. Owczarek podhalański, ale jego prababcia, zdaje się, zgrzeszyła z przedstawicielem innej rasy. W każdym razie Arctic prezentuje się bardzo okazale – robi wrażenie. Do schroniska trafił, gdy miał dwa lata. Chyba go ktoś wyrzucił, albo oddał, bo opinię miał nieciekawą – ponoć rzucał się na inne psy. No i przesiedział w schronisku sześć lat. Opuszczony, bo bezogoniaści, którzy wtedy urzędowali w schronisku, bali się go trochę. Powoli zaczynał też mieć kłopoty ze zdrowiem. Jakieś paskudztwo osłabiło mu tylne łapy, na budę wskoczyć nie mógł, gdy podbiegał, nogi się pod nim niekiedy załamywały. No i słyszał coraz gorzej. Gdy nastali nasi obecni bezogoniaści, zajęli się nim wraz z wolontariuszami. Częściej wychodził na spacery, zdrowie mu się polepszyło, odżył, ale dalej był wycofany i zamknięty w sobie. Na bezogoniastych spoglądał tak jakoś bokiem i tylko przez chwilę. Tłumaczyliśmy mu nieraz, że jak się z nimi nie zaprzyjaźni, to na zawsze pozostanie w schronisku, ale on tylko łbem potrząsał. Niczego od bezogoniastych nie oczekiwał i pogodził się ze schroniskowym życiem.

Aż tu nagle nowina: znaleźli się chętni, by go zabrać do domu. Dom nowy, już zamieszkany, choć wciąż jeszcze wykańczany, teren wokół duży, żadnych innych psów. Arctic był wstrząśnięty. O jego wyjeździe już wam pisałem.

Dalsze wydarzenia znamy tylko z opowieści. Opinię Arctic miał nieciekawą, więc dla bezpieczeństwa odwiózł go do nowego domu jeden z naszych bezogoniastych. Zajechali na podwórze, bezogoniasty wysadził Arctica z samochodu i poklepał na pożegnanie po karku. I wtedy Arctic ugryzł go – nerwy mu nie wytrzymały, sytuacja przerosła. Ale nowi bezogoniaści nie przestraszyli się: rozumieli, że pies może być rozkojarzony i zestresowany. Po sześciu latach spędzonych w klatce…

No i Arctic został. Miał swoją budę, sporo terenu, po którym latał swobodnie, gdy nie było w obejściu nikogo obcego. I wszystko szło dobrze. Do czasu.

Jakoś tak po miesiącu ktoś obcy wchodził na podwórze i gospodyni postanowiła przytrzymać Arctica. Podeszła do niego z tyłu i złapała znienacka za obrożę, a Arctic ją capnął za rękę. Niemocno, ale zawsze.

I po tym wydarzeniu wrócił do schroniska.

Mijały miesiące. Arctic z jednej strony cieszył się z powrotu, bo tutaj było jego miejsce, wrósł w nie, oswoił je sobie i przywykł do niego. I do nas, oczywiście. Ale z drugiej strony pewnie mu było żal własnego domu, większej swobody, własnych bezogoniastych.

Trudno mu było. Z tego wszystkiego zainteresował się moją pisaniną, a że siedział niedaleko, zaczął się uczyć ode mnie. Zdolne psisko, robił postępy. Napisał nawet ze mną jeden ze scenariuszy naszego serialu o psach.

I nagle znów trafił do adopcji. Do innego domu i innych bezogoniastych. Takich znajomych, których widywał na co dzień. W nocy przed przeprowadzką powarkiwaliśmy sobie długo o jego przyszłości. Bał się, nie był pewny, jak się wszystko tym razem ułoży. Dodawałem mu ducha, ale też się trochę bałem. W tym domu jest już jeden pies, a raczej suczka. I stado sierściuchów miauczących. Oj, różnie może być. Postanowiliśmy kontaktować się tak często, jak się tylko da. Z pomocą bezogoniastych powinno się udać.

Oby tylko zrozumieli, że Arctic nie chce pożreć komputer, ale wysłać maila.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)