Trafił do nas niesamowity pies…

Trafił do nas niesamowity pies – śliczny owczarek niemiecki. Duży, w kwiecie wieku, mniej więcej sześcioletni. I zupełnie ślepy. Błąkał się po okolicznej wsi i jeden z jej mieszkańców zadzwonił do schroniska. Widać było, że pies jest wystraszony, potężnie głodny i osłabiony. Trafił natychmiast do zjaw, na obserwację. Wyszło z niej, że kiedyś musiał mieć wypadek, bo miał pękniętą miednicę, teraz już zagojoną, ale z pewnością przeszkadzała mu w poruszaniu się. Ujął wszystkich! I w lecznicy, i tu, u nas. Był niesłychanie przyjazny, starał się, jak mógł, by zrozumieć, czego od niego chcą. Jak wrócił z lecznicy, nasi bezogoniaści zaraz zamknęli go w szpitaliku, gdzie miał dochodzić do siebie. No i zaczęliśmy wszyscy zastanawiać się, jaki los go czeka. Niesprawny, niewidomy, w dodatku, jak się okazało, nieświadomie robił pod siebie, bo prostata mu nawalała… Musiał mieć jakiś dom, bo sam nie dałby sobie rady. Czy go wyrzucono? Czy uciekł? Czy teraz ma szansę, by znaleźć sobie nowy dom? Czy zostanie na zawsze w schronisku? A w ogóle, jakim cudem przeżył? Kiedy wzrok stracił? Jaki wypadek go spotkał?… Mnóstwo pytań… Udało mi się na chwilę dostać do szpitalika i pogadać z nim. No i szybko dowiedziałam się wszystkiego. Ale jak przekazać to bezogoniastym? Niby tacy mądrzy, a po psiemu nie rozumieją prawie wcale!

Miał jednak zwierzak szczęście! Po dwóch tygodniach znalazł się jego bezogoniasty. Potwierdził to, co mówił mi pies. Wydostał się z podwórza, a na ulicy ludzie, samochody, ruch… zgubił się, przestraszył, pobiegł w niewłaściwym kierunku i potem już nie mógł znaleźć drogi powrotnej. Sam nigdy nie wychodził poza podwórko, bo ślepy był od urodzenia. No nie, wyszedł raz i skończyło się wypadkiem i pękniętą miednicą. A teraz, gdy już się zgubił, błąkał się ponad tydzień, zanim trafił do nas. Bez jedzenia, tyle, że wody łyknął z kałuży… Na szczęście wszystko skończyło się dobrze! Wrócił do siebie na wieś.

            Kudłata, wciąż skulona, pełna obaw, niezbyt duża… Pięciolatka. Imieniem Pola.

Mieszkała z bezogoniastą i kilkoma innymi psami. Wszystkie były pozamykane w szopach i właściwie nigdy świata nie widziały. Bezogoniaści, którzy zawiadywali schroniskiem przed naszymi bezogoniastymi, dostali informację o tym i zabrali zwierzęta właścicielce. Było to trzy lata temu. Po pewnym czasie tylko Pola została w schronisku, bo nikt jej nie chciał. I nic dziwnego, skoro wszystkiego i wszystkich się bała i nie wychodziła z budy. Gdy tamci bezogoniaści próbowali brać ją na spacery, wpadała w panikę, zapierała się, wyła… Dali spokój. Nie wiadomo dlaczego wszyscy uważali wtedy, że Pola to Polo! Uważali ją za samca! I tak to było do przyjścia naszych bezogoniastych. Ci szybko zorientowali się, że Pola jest suczką. No i zaczęli nad nią pracować. Początkowo bez efektów. Poszli więc po rozum do głowy i izolowali ją od innych psów. Zamknęli w szpitaliku. Chodziła do niej tylko jedna bezogoniasta. Powoli przyzwyczajała Polę do swojej obecności, do obroży, do smyczy… Trwało to tygodniami. Potem zaczęło się wychodzenie na spacery – wtedy suczka dostawała łagodne środki uspokajające. Zaczęła wychodzić, ale zawsze było to dla niej bardzo stresujące przeżycie.

           Aż wreszcie jakaś bezogoniasta zobaczyła Polę na stronie internetowej schroniska i postanowiła ją adoptować. Były wizyty przygotowawcze, to, co zwykle – i Pola poszła do nowego domu. Poszła, to za dużo powiedziane! Do samochodu trzeba ją było wnieść. No i pojechała. Od tej pory minęły trzy tygodnie. Mamy wieści, że Pola staje się innym psem: nowych bezogoniastych zaakceptowała, po mieszkaniu chodzi swobodnie, spacery zaczynają jej sprawiać przyjemność.  Mamy jej fotki – nie widziałam dotąd, że Pola potrafi się śmiać!

           Na Jacka mówimy tutaj czasem Belguś, bo jest owczarkiem belgijskim. Rasowym! Znaleziono go w lesie za miastem. Włóczył się tam z dwoma innymi psami. Też rasowymi! Z suczką Sissi[1], tak jak on owczarkiem belgijskim oraz z minibriardem Rockym. O nim już wspominałam kiedyś. To było parę miesięcy temu. Wszyscy myśleliśmy, że takie rasowe zwierzaki niedługo tutaj posiedzą, a tu niespodzianka, niemiła. Wciąż są z nami.

            Jack to pies niesamowicie inteligentny. Kocha bezogoniastych i gdyby mógł, nie rozstawałby się z nimi ani na moment. Bardzo chce się uczyć i prawie natychmiast pojmuje, czego bezogoniaści od niego chcą. Jest przy tym aktywny jak rzadko. Klatki nie znosi. Na swobodzie czuje się najlepiej. Gdy zaczął wychodzić na spacery, trudno go było utrzymać na smyczy, tak ciągnął! Energia go rozpierała. Ale zorientował się, że nie tego się od niego chce i dziś już chodzi spokojnie, przy nodze.

W kojcu, gdy chce zwrócić na siebie uwagę przechodzących, rzuca miskami. Ale nie tak zwyczajnie, wpierw zabiera miskę na dach budy i stamtąd ją zrzuca. Robi w ten sposób więcej hałasu. Ale miski niedługo wytrzymują takie traktowanie. Gdy więc Jack zniszczył już ze trzy, bezogoniaści poszli po rozum do głowy i wstawili mu do kojca solidny garnek. Ten na razie się nie rozleciał.

            Kiedy indziej dali mu kawał grubego kija, niech gryzie, rozładowuje energię. Jack owszem, trochę pogryzł, ale nocami zaczął tym kijem walić w ściankę rozdzielającą jego kojec od sąsiedniego. Bezogoniaści zorientowali się w tej jego robocie dopiero wtedy, gdy wybił w cementowym murku dziurę tak dużą, że łeb mu się w niej mieścił…

            Takie działania powodowały jednak, że Jack się okaleczał, ranił łapy i pysk, bo zębami musiał sobie też pomagać. Przenieśli go więc do większego kojca, solidniej wykonanego. To trochę pomogło, a kastracja uspokoiła nieco Jacka. Ale już widzimy, że kombinuje, co by tutaj wymyślić nowego…

            Tak sobie myślę, że mądry bezogoniasty miałby z Jacka wiele pociechy. Może się w końcu taki znajdzie…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)