JESIENNA BEZNADZIEJA

Słyszałam, jak rozmawiali nasi bezogoniaści. Jeden z nich, wolontariusz, był na interwencji. Jak zawsze, ktoś zawiadomił, że jakiemuś psu źle się dzieje. No więc wolontariusz pojechał. I opowiadał potem, że jechał przez wieś, powoli, szukając podanego adresu. Deszcz siąpił, wiało, a on zerkał po zagrodach i myślał sobie, że za chwilę spróbuje polepszyć dolę jednego psa… A przecież należałoby interweniować w co drugim obejściu. Tam, gdzie nikt nie zgłasza, bo niewielu się interesuje, albo nie wiedzą, albo nie chcą, albo się boją…

Ale ja o innym psie, któremu się chyba udało. W ostatniej chwili…

– Dobra, stary, rozejrzyj się. To jest twój nowy dom. Może tymczasowy, może na stałe, nie wiadomo jeszcze. Póki co… Chociaż lepiej od początku: jak ty masz właściwie na imię?

– Co?

– Jak masz na imię!!

– Aha… Do mnie trzeba głośno, bo nie słyszę… Pimpek…

– Hm. Nie obraź się, ale to imię dla szczeniaka, a nie dla starego kundla!! A lat masz ile?!

– … naście…

– Ile naście?!!

– Nie wiem… Bezogoniaści mówili, ale…

– Niech będzie. No to szczekaj, jak ci się żyło!!

– Dobra, ale muszę usiąść. Łapy mi się stale trzęsą…

– Jasne, siadaj… Popij… Tu masz miskę z wodą, widzisz?!!

– Gdzie?… Aha, jest… Ja już ledwo widzę…

– A węch?!!

– Z tym jeszcze nie najgorzej…

– …

– Dobra, mogę szczekać… No to jak byłem mały, to trafiłem do moich bezogoniastych. Mają duży dom i podwórko. Też duże. A ja tam miałem budę…

– Jacy oni byli?!!

– Jacy?… No, bezogoniaści…

– Ale dobrzy, źli?!!

– No… nie wiem…

– Dawali jeść, pić? Bawili się z tobą?!!

– Dawali, pewnie, że dawali. I bawili się na początku…

– A na spacery chodziliście?!!

– Co?…

– No, spacery, wiesz! Na pola, do lasu, na łąki czy gdzie tam jeszcze…!!

– A co to?…

– Takie długie marsze, po których pies jest zmęczony i szczęśliwy!!

– Aaa… Nie… Łańcuch miałem za krótki…

– A spuszczali cię z tego łańcucha? !!

– Chyba tak… jak byłem mały… ale niezbyt pamiętam…

– Dobra… Co dalej?!!

– No pilnowałem, jak to pies… Całe lata… Potem przyszedł inny pies, owczarek… Młodziutki. Dla niego zrobili kojec z budą, ale nieduży. A potem, niedawno,  jeszcze jeden psiak, zupełnie malutki… Ale prawie go nie znam, bo w domu siedział…

– No i?!!…

– No i nic… Wiesz, dzień za dniem… Tylko łańcuch był coraz bardziej ciężki… I ze zdrowiem mi się pogorszyło… Coraz bardziej mi dolegało. Aż w końcu już ledwo się podnosiłem i zupełnie nie miałem apetytu… No to bezogoniaści odpięli mnie od budy i zanieśli do takiej szopy z drzewem… Zamknęli i tam sobie leżałem… A potem przyszli z taką obcą bezogoniastą, która mnie zabrała i gdzieś zawiozła… Tam byli jeszcze inni bezogoniaści, cali na zielono ubrani… I tak dziwnie pachniało… I coś mi robili… Ale ja się bałem… A jeszcze przedtem zmoczyli mnie całego wodą… A potem coś, co bolało… Pewnie bym gryzł, ale nie miałem siły… A jak ze mną nic nie robili, to siedziałem w takim malutkim kojcu… Inne zwierzaki też tam były, w takich samych kojcach… Całkiem się pogubiłem…

– No to słuchaj, wyjaśnię!!

I tu opowiedziałam Pimpkowi, że jedna wolontariuszka ze schroniska jeździła obok gospodarstwa, w którym on mieszkał i obserwowała psa. Zauważyła, że coraz z nim gorzej, a potem, że zniknął. No i zawiadomiła naszych. Pojechali, zabrali Pimpka, który już się w ogóle nie podnosił. Oddychająca skóra i kości… Nie reagował na obecność bezogoniastych. To mu zresztą pozostało do dziś.

Od razu zawieźli go do zjaw. A tam badania, kroplówki, inne leki… Okazało się, że ma całkiem zrujnowaną wątrobę, wodę w brzuchu i płyn w osierdziu… No i głuchy jest jak pień. I prawie ślepy. Po paru dniach wody zeszły, pies nabrał apetytu, ale do dobrej formy jeszcze mu daleko…

Tymczasem rozdzwoniły się telefony. Młodsza część rodziny, u której mieszkał Pimpek, miała pretensje, że zabrano zwierzaka z obejścia. Jego zły stan zwalali na wiek. A na uwagę naszych, że nie udzielili staremu psu pomocy i zostawili, żeby zdechł, spytali, czy ich OBOWIĄZKIEM jest wiedzieć, że pies jest chory…

Wystarczy?

Zaraz na drugi dzień nasi wystąpili do gminy o odebranie właścicielom prawa do Pimpka.

Tymczasem zjawy zrobiły, co mogły ze staruszkiem. Nie było sensu, żeby dłużej przebywał w klinice. Nasi wzięli go do schroniska. Miał zamieszkać w biurze. Ale nie udało się. Nie spodobał się ani Hedarowi, ani Imbirowi, którzy teraz okupują biuro. Hedara rozumiem, bardzo źle się czuł, no to jak mu mały kundel zaczął włazić między nogi, to zdenerwował się i capnął go za zad. Ostrzegawczo, ale jednak. A w chwilę później ze spaceru wrócił Imbir – i za pyszczek nowego!

Nie było rady. Pimpek wylądował u naszej głównej bezogoniastej. Dołączył do trzech innych psów, ale na razie żyje osobno, budząc wielkie zainteresowanie starych psich domowników…

Akurat kończyliśmy rozmowę, kiedy przyszła bezogoniasta i wzięła Pimpka na spacer. Wyniosła go na podwórze, postawiła i psiak ostrożnie, na trzęsących się nogach, zaczął chodzić. Zgarbiony, z nosem przy ziemi, bo jeszcze nie ma sił, by podnieść łeb. Czasem łapy mu się uginały i siadał…Patrzyłam i było mi niedobrze. Tak chodzą psy, które po latach zdjęto z łańcucha: w kółko, albo po łuku… Bo na tyle im kiedyś łańcuch pozwalał. Pimpek stał na środku dużego, wybrukowanego podwórza, za którym był jeszcze większy trawnik. Nic, tylko ruszyć przed siebie i zwiedzać! A on w kółeczko i po łuku, w kółeczko, i po łuku, w kółeczko, i po łuku, w kółeczko…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)