ODWIEDZAM

Mały, czarny z podpalanym brzuszkiem… Wilczur, szczeniak… Sunia malutka, kundelek, brązowa… Husky, taki zwyczajny, ale stary… Kotka perska, dopiero co dostałam…

I inne takie opisy!

Telefony się urywają: Czy nie trafił do państwa, do schroniska… i tu opis. Kocio-psi bunt milusińskich? W pewnym sensie. Sylwestrowe race w górę bzzzzyk – a pies w długą myk! Bezogoniaści się bawili hucznie, a spanikowane zwierzaki wiały od huku, gdzie mogły! Ze skutkiem, sądząc po telefonach. I już tak parę dni trwa poszukiwanie uciekinierów. Część się pewnie znajdzie, ale czy wszystkie?

            … A tak go kocham, a on… Było pilnować! Czasem miłość nie wystarczy, trzeba trochę wyobraźni i przezorności.

            Przejęłam się i zaczęłam sama ganiać po mieście i szukać takich zabłąkanych uciekinierów. Ale, co tu dużo szczekać – jak mawiają bezogoniaści: bliższa ciału koszula. Postanowiłam więc wpierw sprawdzić, czy u znajomych psów wszystko w porządku. No i polatałam po mieszkaniach naszych bezogoniastych.

Najpierw wpadłam do jednej takiej, co ma w domu cały schroniskowy zwierzyniec. Ostatnio zabrała na tymczas kotkę, maleńką jeszcze, dwumiesięczną. Znalazła ją niedawno dobra dusza na ulicy. Ledwo żywą, wyglądającą jak po ciężkim wypadku, bo nie wstawała. No to ją do schroniska, a stamtąd na badania.  I okazało się, że wypadku nie było, za to mała ma niedorozwój móżdżku. To się nazywa hipoplazja, czy jakoś tak. I w efekcie ma trudności z poruszaniem się. Co stanie, to bęc!…

W schronisku dostała na imię Lulu. I siedziała w klateczce, bo inne koty na sali zadeptałyby ją.

I ta nasza bezogoniasta ją zabrała. Mała szybko przywiązała się do nowych bezogoniastych i praktycznie nie odchodzi od nich na krok. Zasypia z nimi i budzi ich. Potem podnosi wrzask: głodna jestem. No to żre. Po godzinie znów wrzask: od dwóch dni nie jadłam, dawajcie!… I tak da capo! W przerwach między żarciami pcha się na ręce i daje koncert mruczenia… A co z chodzeniem? Ano właśnie. Ma teraz dużą przestrzeń, czuje się w niej bezpieczna, więc zaczyna łazić. Zatacza się przy tym, jak bezogoniasty, co się napił tego, od czego dostaje się krowich oczu – ale łazi. I co najważniejsze – do kuwety trafia bezbłędnie. Będzie z niej jeszcze kot!

A przy tym dogaduje się z psami (bo są w domu) i fretkami, których jest więcej. Bo u tej bezogoniastej mieszkają fretki, jedna taka nawet ze schroniska wzięta. I z nią Lulu bawi się, jak potrafi, nawet śpią razem, gdy już mają dość przewracania się na podłodze. Wygląda to tak:

W ogóle to przez jakiś czas mieszkała też z nimi kuna domowa.

Także była w schronisku, potem w lecznicy, a wreszcie wylądowała u tej bezogoniastej. Ale wiecie, jak kuna zaczyna kunić, to tylko kuna wie, co w efekcie wykuni. No i dobrze, że szybko poszła do innych bezogoniastych, którzy są bardzo kunolubni.

Ostatnio trafił do tego domu schroniskowy staruszek – Czaruś. Pisałam już o nim parę razy. Było pewne, że kundelek nie znajdzie sobie nowego domu, bo i stary, i brzydki, i ostatnio agresor mu się włączył. Cóż, przypadłość wieku. No więc ta bezogoniasta wzięła i jego.

Jak się przekonałam, sylwester temu zwierzyńcowi nie zaszkodził. Siedzą w domu i dobrze się mają.

No to poleciałam dalej, odwiedzić labradora Bono. On mieszka z takim bezogoniastym, który rządzi stowarzyszeniem naszych bezogoniastych. Ma cztery lata, jest czarny i w ogóle labradorowaty.

Często odwiedza schronisko i kumpluje się z naszymi psami. Jak jeszcze żył Husein, to z nim się trzymał, a teraz najbardziej lubi sobie poszczekać z Sierrą. Łażą razem na spacery.

Jak to labrador – kocha wodę. Od szczeniaka lubi w niej siedzieć i najchętniej zamieszkałby z rybami. Ale że mieszka w bloku, to tylko czyha na okazję, żeby pobrodzić i ponurkować. A wtedy najczęściej wygląda tak:

A jak wody w pobliżu nie ma, to przynajmniej gania z psami z osiedla – ma tam też paru kumpli. Natomiast gdy wraca ze spaceru – to żre. Że dotąd nie wygląda jak beczka, to tylko dlatego, że sporo ma tego biegania.

Jak z tego wynika, to bardzo towarzyski i otwarty pies. Co jakiś czas przybywa mu współlokator – jakiś schroniskowy psiak wzięty na tymczas. Już ze trzy takie były. Szybko się do nich przyzwyczajał i nawet we własnym legowisku pozwalał spać, o:

A jak odchodziły, to miał pretensje i prosił o więcej. Zwykle nie musiał długo prosić.

Później odwiedziłam jeszcze Albinosa, Syriusza, Szinę i Jazgota, ale o nich napiszę następnym razem, bo za bardzo się rozszczekałam w tym poście, a właściwie jeszcze nic nie napisałam o schronisku. Zresztą, zgoniłam się. Niech dalej Tyson popracuje, proszę bardzo, amstafie!

Kundlisko, suczysko, duszysko! Miejsca mi na dwie linijki zostawiła i mądra! A tu byłoby pisania a pisania. To ja też napiszę więcej następnym razem, a teraz tylko króciutko.

Zwiał Lecik. Wolontariuszki wyprowadzały psy na spacer, a on skorzystał, że był kiepsko wpięty w smycz i że brama była akurat otwarta – i chodu!

  

Niby mały, ale terierowaty, więc gonić potrafi. Wpierw między drzewa, potem na ulicę. Jęzor wywalił i pędzi! Nasi za nim, też wywalili, ale dogoń tu takiego… Dali spokój. Wracają do schroniska. Wtedy Lecik stanął i za nimi. Głupi nie jest, od niedawna w schronisku, ale już wie, że tu bezpiecznie, micha pełna, wyczeszą, pogłaszczą, pospacerować dadzą, no to co on się będzie włóczył po ulicach… Co innego pouciekać trochę, a co innego uciec na dobre!

Koniec!

            Aha, jeszcze nie koniec, jeszcze jedno. Rzućcie okiem na naszego facebooka. Tam jest apel do dobrych bezogoniastych. Pomóżcie staremu, wykończonemu kundlowi, który ma niewładne tylne łapy. Na razie, jeszcze parę dni, będzie przebywał w lecznicy, ale od wtorku, a więc za dwa dni, trafi do nas. A schronisko to nie miejsce dla niego. Jemu potrzeba domu i troskliwej opieki. Może znajdzie się pośród was litościwa dusza, co?

            O, teraz dopiero koniec.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)