Raz – dwa – trzy – dziś piłeczkę rzucasz Ty!

– Hedarze, rusz się,  nie można tak leżeć ciągle!

– Buulbaa, myślisz,  że nie widzę jak przewalasz się na kocu w szatni?

– oj, bo ja ćwiczę wtedy! Te, no… przewroty ćwiczę!

– przewroty… też coś… z lewego boku na prawy…

– bo za mało miejsca, żeby robić od przodu to tyłu! Właśnie…

Ostatnio pisałam o leniuchowaniu, dzisiaj bedzie o psach,  które tego leżenia mają za dużo i marzą o dwunożnym, który by nadążył za ich czterema łapami.

Na przykład Tysek. Średni,  szary, ale często z kolorową zabawką w pysku. Czeka na kogoś,  kto go zabierze do lasu, czeka na możliwość wytarzania sie w mchu, czeka na szalonego współspracerowicza. Kto mu dorówna?

Tutaj akurat na spacer wyruszył bez niezbędnej zabawki. Nic nie szkodzi! W lesie zabawek dużo,  ot – chociażby taka super naturalna, leśna…. cegła… dopóki cegła nie przepadnie bezczelnie wśród mchu – Tysek będzie jej miłość wyznawał, nosem trącał, mruczał i się wdzięczył! Takie małe Tyskowe wariactwa…
Kto chce zaskarbić sobie miłość Alberta, powinien wziąć ze sobą na spacer piłeczki. Kocha Albert piłeczki.  Wszystkie. Małe, duże, jego i cudze, co to za różnica? Okrągłe i kulające się – prędzej czy później znajdą miejsce w albertowej paszczy.

Kiedyś siedział w boksie ze spanielką Aminą.Wlazła do nich Wolontariuszka, bo kojec duży, to może się pobawią trochę piłkami. Zabawa była dośc monotonna… Amina przynosiła piłkę, Wolontariuszka odbijała kulkę o ziemię, Albert podchodził, zabierał, wchodził do budy, wychodził bez zabawki… Amina znajdowała nową piłkę, przynosiła, dziewczyna rzucała, Albert zabierał, chował, wychodził i czekał…
– Ciasteczko? Chętnie, daj, zjem! Dobre… O! Piłka, czekaj, schowam, bo jeszcze się zgubi… Już schowana, daj ciastko!
Za to innym razem, na spacerze nie wiedział chyba sam co mu się chce. Wędrował, wąchał, oznaczał, spacerował, niuchał, kopał i nagle… O! Piłka! DAJ!

Piłkę dostał, ale tego dnia chyba mu działał tylko jeden trybik, bo z kulką w paszczy stał… i stał… i piłeczkę gryzu gryzu… i stoi… Na komendę „Albercik, chodź!”, Albercik piłkę puszczał i szedł… No to piłka w ludzką łapę i szli w takim razie dalej. Spacer długo nie trwał, bo albertowe oczy dojrzały… a jakże – piłeczkę. DAJ! Piłeczka rzucona, Albercik za piłeczką pobiegł, wziął w paszczę, gryzu gryzu… stoi… i stoi… „Albert! Chodź!”. Piłka na ziemię, pies idzie……….. Myślicie, że tak się długo nie da? Da się, spacer trwał trzy razy dłużej, dwunożny się trochę naschylał, ale chyba po to przychodzi do schroniska, nie?

Inny pies, tym razem kobitka, suczka znaczy, ani myśli stać, kiedy wokół tyle patyków! Nazywa się Nerfka i chyba zbyt się przejęła swoim imieniem… W kojcu bardzo dużo krzyczy i szybko się irytuje bezczynnością. To taki typ baby, co ciągle musi coś robić, bezczynność jest dla niej zupełnie nie do przyjęcia! Gdyby potrafiła prać, sprzątać gotować, po zakupy chodzić, to by pewnie prędko znalazła dom… Za szybko ją też denerwują niezdecydowani ludzie i może dlatego tak reaguje na obcych… Nerfka musi widzieć, że ktoś jest zdecydowany ją poznać. I ten ktoś ma być nastawiony pozytywnie i musi jej obiecać, że ma przygotowane 253 patyki i wtedy ewentualnie może przestać krzyczeć…

Tak naprawdę to super-suczka, tylko nic-nie-robienie ją męczy. Nerfka tak by chciała, żeby mieć na stałe współbiegacza, który patyki daleko umie rzucać, a najlepiej jakby jej wymyślił jakieś pożyteczne drobne prace… Gazetę pewnie by przynosiła, pomagała sprzątać ogród po jesiennych wichurach, a może i dostarczała z lodówki zimne napoje w butelkach, kiedy na dworze skwar…

– w biurze by się taka Nerfka przydała! W niektóre dni biegają panie między biurami, to dziurkownik, to zszywarka, to taśma klejowa czy nożydełki, spać nie dają! 

– oczywiście, ja o bieganiu tyle nastukałam, a ty o spaniu, jak zwykle… Rusz się, idziemy sprawdzić czy znów kartonu kotów nam nie podrzucili pod bramę!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)