O psach, które koleją nie jeździły, chociaż z miasta pociągów są

Przyjeżdżają do nas zwierzaki z różnych stron. Czasami z wioski po lewej, czasami z miasteczka po prawej. Ostatnio przyjeżdżają do nas też z takiego miasta, które jest całkiem znane, zwłaszcza wśród miłośników takich wieeeelkiiich, na koooołaaaach, które robią PUFFF PUFFF i duuużo paaary jest na około! Nawet mówią, że w tym mieście to wszystko pełną parą! Chciałam się więc dowiedzieć, co to takiego z tą parą jest, bo u nas nigdy takiego czegoś nie widziałam, a stworzenie ze mnie ciekawskie bardzo. Biurownicy potwierdzą! Zawsze łeb im wpycham, gdzie się tylko da…

Pierwsza do nas przyjechała Butelka. To było jeszcze w zeszłym roku, jesień była w pełni…

Butla to taka po prostu FAJNA psiolaska. Do pogadania, do pochodzenia po lesie, do wysłuchania, do pogłaskania też. I uśmiechać się umie, o:

Nie ma co czekać, Butla jest gotowa do wymaszerowania ze schroniska. Tylko najlepiej do domu bez schodów, bo coś jej się porobiło z tylnymi łapami i niekoniecznie jej się dobrze chodzi między piętrami… Chyba miała jakiś wypadek kiedyś, czy coś.

W każdym razie, pytałam się ją o te wielkie na kołach, co parują, ale powiedziała, że nie pamięta, czy widziała, a poza tym, to ona nie była z samego tego miasta, tylko ją znaleźli, jak łaziła gdzieś niedaleko i potem jak ją przewieźli do przytuliska, to akurat chyba nie jechała obok niczego, co by parowało…

Za to Butelka doskonale pamięta i kazała przypomnieć, że jest wpisana na listę Szukających Miłości Staruszków! Znaczy, że jak stawy zaczną jej dokuczać albo wątroba, albo coś innego, co się psuje, jak pies już trochę po świecie człapie, to schronisko pomoże w leczeniu! I Butelka będzie miała zapewnione posłanko, miseczki, smyczkę, szeleczki i co tam jeszcze będzie trzeba. Czyli nie ma co się bać, że starszy pies to wydatek. Nasi pomogą!

Skoro Butla nie wie nic o parujących na kołach, to pobiegłam do Kasztanka.

– Kasztan! Widzia……………………… niech to psia stopa kopnie…….

– Hę? Po głosie poznaję, chyba Sońka, tak?

– Yyyyy… taaaak, Kasztan, to ja. Nic, nic, nic się nie stało, yyy, co tam u ciebie?

– W porządku…. Nie najgorzej… trochę chłodno jest, więc jeśli pozwolisz, spać pójdę z powrotem do budy, coo?

– Idź, idź! Dobranoc!

Niech to! Co za niemądra psiobaba ze mnie! Mało się nie zbłaźniłam… Przecież Kasztan ledwo widzi, a ja się chciałam pytać, czy widział te duże na kołach, co to pełną parą podobno! Jeszcze by mu się zrobiło przykro, on taki jakiś… delikatny… Zresztą widać od razu.

Zanim trafił do przytuliska w mieście buchającej pary, Kasztan został wyłowiony z jakiejś studzienki. Szczęście, że się nie połamał i jeszcze większe szczęście, że znaleźli go młodzi dwunożni i wezwali kogo trzeba! Z przytuliska psiak trafił do nas, gdzie na pewno niedługo ktoś go wypatrzy i adoptuje… Nie ma co się bać niedowidzących oczu, Kasztanek sobie radzi pięknie. Uwielbia kontakt z człowiekiem, a do głaskania żadne oczy nie są potrzebne, a jak głos i zapach wyczuje, to on już będzie wiedział, gdzie iść i trafi bezbłędnie! Trzymam kciuki…

Z tego samego przytuliska przyjechał jeszcze Reksik.

Do niego to wolałam nie iść, żeby się pytać… Słyszałam, że nie przepada z płcią piękną. Może to o dwunożnych chodzi, ale kto wie, ja tam ryzykować nie będę.

A on mógł widzieć to, czego ja nie widziałam, bo on się ponoć szwędał po mieście. W końcu bezczelnie wlazł komuś do ogródka, a tam bardzo sprytna pani jakoś go zaprowadziła do kojca i tam zamknęła. Odważna!

Trzeba przyznać Reksikowi, że jest nadzwyczajnej urody… I ten włos… Słyszałam też, że zna komendy! I „siad”, i „do mnie”, i „zostań”, inteligent… Może był jakimś stróżem? Może mu się znudziło, a może firmę zamknęli i stróża na bruk? Nie wiem, nie dowiem się. Może kiedyś… następnym razem… Na razie niech się przekona trochę i wyluzuje. Nie żeby on teraz jakiś zły był! Ale tak wszystko nowe teraz dla niego, to niech wypocznie i przywyknie do nowego miejsca.

No to wracam do biura. Ech… wyszło, że się nie dowiem, będe tak żyć w nieświa…

– Soooniuuuu…!! Sonieczkuuuuu!!! To ja! Stefek! Soniuniuuuu!!! Chooooodź!

  

– Matko Suczko, co krzyczysz? O tobie było w niedzielę, kto to widział takie parcie na szkło mieć…

– Ale ja pasuję do tematu… Ja też z tego przytuliska…

– No dobrze, ale byłeś już, to niesprawiedliwe by było…

– Ale Sonieczku…. Ja WIEM, co tak paruje w mieście pary…

– Jak to WIESZ??

– HA! A wiem! Bo jak mnie znaleźli, to byłem caaały skołtuniony i brudny. No to wozili mnie po mieście to na leeewooo, żeby wykąpać, potem na praaaawooo, do weterynarza, potem znów na leeewoooo, żeby obciąć… i naoglądałem się! Wieeelkieee, dymiąąąceeee i robiło PUFF!

– I co? I co?? I co??? Mówże, bo ja, taka poważna redaktorka nie mogę tak nie wiedzieć, jak to takie słynne…

– No to uważaj… To się nazywa… CIUCHECIA!

– Ciuchecia?? W życiu nie słyszałam o czymś takim… coś kręcisz…

– Jak własne loczki kocham! Wpisz sobie w ten, no… internet „ciuchecia Wolsztyn”, bo tak się nazywa to miasto, z którego wszyscy przyjechaliśmy i wyjdzie!

– Żebyś wiedział, że sprawdzę! …żebym ci nie musiała jakiegoś loczka uciąć… Teraz lecę, bo znów wyszło, że nie umiem krótko opowiadać… Niech to… Czytalność mi spadnie…

Żadnego loczka jednak Stefanowi nie utnę. Ciuchecie… TFU! Ciuchcie istnieją… Faaajne, zaparowane i robią PUF! Stoją w Wolsztynie i czekają z pustymi brzuchami!

Nasze zwierzaki też czekają. Mają pełne brzuchy i ciepłe budy. Serca wypełnione wolontariuszami i pracownikami… Każdy jednak chce kochać tego jednego, jedynego dwunożnego…

Czekają… i tak jak ciuchcia robi „PUF, jak gorąco”, tak one wzdychają co rano – UCH… może dzisiaj pójdę do domu…?

PUFF… pójdą…?

UFF…. muszą…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)