O Sabie/Azie… gdyby nie odpowiedni czas i miejsce, nie byłoby o kim pisać…

Niedawno opisałam historię Bastera (kto nie czytał, bardzo proszę, jest TUTAJ), który po przygodach w Mieście-Porcelanowego-Czajniczka w końcu znalazł wymarzony dom, a dzisiaj napiszę historię psiolaski, która z tego miasta przyjechała z kolei do nas, tylko niestety ta opowieść wciąż nie ma dobrego, domowego zakończenia…

Jak znalazła się w przytulisku w tamtym mieście – nie wiem niestety. Przypuszczać można, że zwiedzała samopas okoliczne wioski, aż ktoś nie zadzwonił gdzie trzeba, żeby jednak ją zabrać, bo albo krzywda się jej stanie albo komuś, bo nie było pewnie, czy taki spory pies nie jest chętny do kłapania zębiskami!

Suczka trafiła do przytuliska w Mieście-Porcelanowego-Czajniczka. Na imię dali jej Aza

Okazało się, że Aza wcale agresywna nie jest na szczęście. Pozostało poczekać na właściciela. Stary się nie zgłosił, ale zaczęła przychodzić taka jedna pani, która powiedziała, że chciałaby dać dom właśnie Azie bo jest psem, który raczej nie ma dużych szans na adopcję. To się chwali! Ale coś było w tej pani takiego, że osoba opiekująca się punktem zdecydowała jednak nie wydawać jej suczki… Pani ta jednak przychodziła i przychodziła… Ktoś stwierdził, że niech będzie – Aza może zmienić przytuliskowy kojec na mieszkanie!

Wolontariuszki pomagające w punkcie widziały później tę psiolaskę „na mieście”. Wszystko było w porządku, Aza miała się dobrze, ładnie maszerowała na smyczy. Niestety przy kolejnym spotkaniu zauważyły, że suczka niedawno urodziła małe aziątka… Na pytanie wolontariuszek, dlaczego właścicielka na to pozwoliła, odpowiedziała tylko „bo mam wielu znajomych na wsi!”… Bardzo dobry powód, aby „produkować” szczeniaki, bo przecież bardzo mało psów szuka domów i są braki, prawda…?

Wolontariuszki próbowały namówić właścicielkę, aby może Azę pozbawiła na stałe możliwości rozmnażania, ale ta nie chciała i koniec. Widocznie tych szczeniaków nie starczyło dla wszystkich znajomych…

….tego wszystkiego, co jest wyżej dowiedziałam się niedawno. Nasi poznali Azę nieco później, właściwie zupełnym przypadkiem, ale gdyby nie ten przypadek, ten post byłby zupełnie o kim innym, bo historia Azy skończyłaby się już dawno… bynajmniej nie dobrze…

Dooobrze, że nasi na wycieczki jeżdżą! Pewnego dnia jeden z naszych pojechał na taką właśnie, krajoznawczą, do Miasta-Porcelanowego-Czajniczka. Przechadzał się ulicami i w pewnym momencie zobaczył panią, która szła z dwoma psami trzymając je za obrożę. Jeden z nich był taki podejrzanie chudy… No to ten z naszych podszedł od razu i zagadał… Ależ pani psy karmi, bo ta jedna to tak po ciąży, ale karmi na pewno, książeczkę ma, ale w domu, niech będzie, można iść z nią…

…a psisko chude było tak, że przyszli weterynarze anatomii budowy szkieletu psa mogliby się uczyć…

Tak właśnie, to ta sama psiolaska, co na zdjęciu wyżej, Aza… Druga suczka, Azy córka – Emma, wyglądała całkiem dobrze!

W domu… cóż… warunki mocno średnie dla każdego, niezależnie od ilości posiadanych nóg… Ta podłoga, co widać na zdjęciu… taka była w całym mieszkaniu. Psy nie wychodziły prawie na dwór… Karma? Nigdzie nie było, akurat skończyła się w tej chwili! Właśnie pani szła do sklepu! Że z psami trzymanymi za obrożę..? Noo taak, bo tak się wymknęły z domu, to z nimi… Oj śmierdziało na kilometr i to niekoniecznie tylko przez podłogę!

Jedna suczka była jednak odżywiona w miarę, więc może faktycznie Azę jakieś choróbsko trawiło od środka?

Zlecono natychmiast badania, po których okazało się, że suczka jest zdrowa! Pod nos karmę jej podali, jadła z apetytem! Czyli jednak pańcia tak zupełnie świadomie… ech, lepiej nie pisać…

Aza została zauważona przez jednego z naszych właściwie cudem, tego dnia udało jej się wymknąć z domu na zewnątrz. Gdyby wtedy drzwi byłyby zamknięte… Suczka została odebrana, jednak do schroniska trafić nie mogła, bo szczepień brak, więc na wstępne odkarmienie trafiła do hoteliku dla zwierząt. Mogła tam spokojnie dochodzić do siebie, nabierać masy i cieszyć się bieganiem po trawie, w słońcu, nareszcie!

Później przyjechała do nas, pełna nadziei, że niedługo wyjedzie znów do prawdziwego domu… U nas jedna Aza już była, więc nadaliśmy jej drugie imię i od tamtej pory jest znana jako Saba-Aza.

Psiolaska to baaardzo fajna! Ale do ludzi… Psów nie lubi okropnie! Dlatego po wybiegu naszym nie biega, bo zamiast hasać beztrosko, ona biegała od psa do psa i się kłóciła! Żaden pies jednak jej nie adoptuje, a z człowiekiem dogada się na pewno! Jak ktoś planuje mieć tylko jednego czworonoga, to akurat Saba-Aza się nadaje doskonale!

Najlepsze jest to, że ta kluskowata suczka doskonale radzi sobie z długimi dystansami! Powiedzielibyście, że Saba-Aza przebiegnie bez zadyszki 15 kilometrów? Na pewno nie, a jednak daje radę! Brała niedawno nawet udział w biegu na 6 łap o którym pisałam w środę, można przeczytać jak klikniecie „starszy post” pod tą opowiastką.

Saba-Aza czeka wciąż na swojego człowieka… Jeszcze nikt nie chciał jej zabrać do takiego prawdziwie dobrego domu… A ona będzie oddaną, wierną, najlepszą przyjaciółką, z którą nikt nie będzie się nudził, która nie pozwoli, żeby za długo siedzieć w miejscu, która sama pociągnie na długi spacer, a to tylko dla zdrowia!

A teraz uwaga, hasło reklamowe:
Z Sabą/Azą bilety na bieżnie się nie przydadzą!
Ona przebiegnie kilometrów dziesięć, czy deszcz, czy słońce, zawsze chce jej się!
Na spacery i do głasków, Saba/Aza…poleca się i już! (rymy nieważne, liczy się przekaz… tak…)

…niech jej się poszczęści…

————————

A co z Emmą? Ma się bardzo dobrze! Trafiła do domu z ogrodem, latem nocuje w kojcu, zimą w domu na kanapie, na spacery chodzi…

Jej pańcia przyznaje, że jest bardzo silna i się nie spodziewała, że z Emmy będzie taka wariatka! Ale już jej nie odda i by nie oddała za nic!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)