Nie podchodź, bo się boję… ale pod paszką pomiziaj!

Coś wiem o tym. O mnie też mówią, że wolę, jak mnie z daleka omijają dwunożni… To nie tak do końca, ja jakoś tak śmiałości nie mam… Wybaczcie wszyscy, którzy by chcieli się ze mną zaprzyjaźniać i którym się podobam, po prostu dajcie mi czasu nieco więcej niż innym. Prędzej czy później przestanę się telepać na Wasz widok, pewnie nawet ogonek mi merdnie! Na mnie można ćwiczyć te wszystkie „stań bokiem, poczekaj, nie patrz się, nie wywołuj presji” i inne takie złote zasady postępowania z psem nieśmiałym…

Nie tylko ja jestem taki mało odważny, jest nas tutaj więcej. Dzisiaj o trzech z nich. Bardzo trzymam za nich kciuki! A to naprawdę dla psa nie jest łatwe…

Pewnego dnia, a było to ohohoho jak dawno, ponad rok temu, przywieziono do nas trzy psy. Psiolaski znaczy. Kolinka, Paura i Praga. W budach siedziały, ani myślały pół nosa wyściubolić, lepiej było nie podchodzić, bo na pewno zeszłyby na zawał ze strachu! Pradze się udało, jeden Pan o nią zawalczył i ta psiolaska całkowicie już wtopiła się w życie – czworo-dwunożno-rodzinne.  Sońka opisała jej historię TUTAJ.

Kolinka i Paura do tej pory u nas mieszkają. Wolontariusze stają na głowach, żeby jakoś te strachulce uwierzyły w dwunożnych i świat. Z tym staniem na głowie tak się tylko mówi, bo jakby naprawdę stanęli, to się obawiam, że cały trud w soca…. cosasji… s o c j a l i z a c j ę  włożony poszedłby na marne…

Z całej trójki, którą opiszę dzisiaj, to Paura jest w najgrubszej skorupce.

W schroniskowym kojcu Paurka zwykle po prostu siedzi w swojej budzie. Im większy ruch i im więcej osób obcych się kręci na wiacie, tym ona jest w tej budzie bardziej. Powoluuuuśku, powoluśku się to jednak zmienia. Na razie zaczęła wychodzić do ludzi, których zna bardzo dobrze. Nawet smakołyka by chętnie wzięła! …gdyby tylko się bała mniej… jeszcze nie bierze, chociaż widać, ze już ślinka kapie, ale… Jeszcze trochę czasu musi minąć, jeszcze „kilka” razy wolontariusze będą musieli próbować.

Na spacer do lasu już wychodzi sama, nie trzeba jej transportować na wolontariuszowych rękach, przynajmniej tyle pomaga! W lesie też się już poprawiło, już nie musi być na całą długość smyczy od człowieka, czasami już sama się zbliży, a czasami, o:

 Czyli Paurka jest właśnie taka „nie podchodź, ale lubię drapanie po brzuszku”! Sama się do tego wykłada! I okazało się, że Paurka ma hobby! Jest nim WODA. Czy strumyk, czy kałuża, psiolaska musi chociaż stópki zamoczyć, ale jak jest możliwość zanurzenia całego brzucha, to też chętnie. Jak jest cicho i spokojnie, to się psiolaska zamienia w całkiem normalnego czworonoga. Tylko jak gdzieś coś stuknie, ktoś obcy się na horyzoncie pojawi, coś zaszeleści niespodziewanie… To znów HYC do skorupki się chowa… Tylko już na coraz krótszy czas. Trzymam kciuki!

Kolinka otwiera się szybciej, ale też jeszcze daleko jej do miziania się na każdym zakręcie.

Bardzo ładna jest, przyznać jej trzeba… Ja to lubię taki dłuższy włos u psiolasek… Nie będziemy tu jednak dzisiaj o moich wzdychaniach…

Kolinka jest psem wycofanym, ale to, co było kiedyś i to, co jest teraz to niebo i ziemia! Najważniejsze, że można z nią pracować i Kolinka też chce i się stara. Widać to po niej i wolontariusze też widzą, że to tylko strach jest silniejszy niż ta chęć otworzenia się. Psiolaska co prawda bierze smaczki z rąk, ale łapeczki chowa przy zakładaniu szelek… Daje się jednak namówić, że jak nie ma łapeczek w szelkach – nie ma spacerku i można potem z nią zrobić wszystko co potrzebne, żeby wyjść. To bardzo ważne, bo nie ma się co szarpać przecież! W lesie też już ogona pod zadem nie chowa, tylko nosi go ładnie, jak przystało na bardziej wyluzowanego psa. I pogłaskać się da też! Jak chce… ale już chce coraz częściej!

Kolinka mieszka w kojcu z Lerojem. Z nim też były przeboje na początku, ale już jest lepiej. Leroj jest właśnie tym trzecim psem, o którym będzie dziś. To jest zdjęcie z dnia przyjęcia:

  

Nie szło mu zrobić innego. Na budzie będzie leżał i koniec. Albo w środku, ale wtedy już całkiem zdjęć się zrobić nie dało. A jeszcze jak smycz się trzymało w ręku, to już całkiem dwunożny mógł zapomnieć o jakiekolwiek rozmowie z Lerojem! Może w życiu takiego sznurka na oczy nie widział, a może widział aż za dobrze i za blisko…

Wzięli się nasi za Leroja, bo jak taki fajny las na około, to żaden pies w budzie siedział nie będzie! Okazało się po jakimś czasie, że i Leroj jest całkiem w porządku i ta smycz wcale nie taka straszna, o:

 

Teraz można było napisać Lerojowi odpowiedni opis. Że grzeczny, że nie szaleje, chyba że w kojcu, jak zobaczy smycz… Że lubi głaski z prawej i głaski z lewej, że lubi też swoją współpsiolokatorkę Kolinkę i razem im raźniej, że woda to mu tylko do picia służy, wcale się kąpać nie chce, a spacery też woli te mniej męczące niż biegające. Dużo dobrego można napisać o tym psie! Jak się już okazało, że Leroj jest całkiem psiejski, to powinni odwiedzający zwracać na niego większą uwagę. Szkoda, żeby taki zacny czworonóg mieszkał w schronisku. Tylko byle się więcej nie gubił jednak…

Te psy dalej siedziałyby w budzie, gdyby nie NASI. Nasi Pracownicy i nasi Wolontariusze. Nie udawałoby się z tą trójką i w ogóle z żadnym strachulcem by się nie udało. Bo jest ich więcej… i jeszcze będę o nich pisać.

I z tego miejsca ja, Tysiak, DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, którzy odczarowują te trzęsizadki i małym młoteczkiem, co się nazywa CIERPLIWOŚĆ rozbijają powolutku skorupki… Odłamek po odłamku, warstwa po warstwie… Ostanie kawałki do rozłupania ma często przyszły opiekun, ale takie odskorupkowywanie zwiększa szanse na adopcje o miliard! Conajmniej!

Dziękuję i wzruszam się zawsze, kiedy widzę dumnie kroczące psy, które jeszcze kilka tygodni temu „szły” na spacer niesione na rękach… Ach, cudnie!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)