Pociągi stały się Hanki koszmarem. Pociągiem przyjechało do Hani szczęście.

…ciemna noc. Pod łapami coś chrzęści. Robi dwa kroki w przód – potyka się o coś twardego. Dwa kroki w tył – coś szarpie za szyję. Siada więc na kawałku drewna. Cicho, ciemno, chłodno. Czeka…

…słychać szum. Ona uszy nadstawia, nos wyciąga. Nic nie czuć, ale słychać. Coraz głośniej. Coraz głośniej stuka, puka, STuka PUka, czuć coś strasznego, STUKa, PUKa, czuć coś, czego nie da się nazwać… STUKA, PUKA, i ten wiatr… STUKAPUKASTUKAPUKA… K O S Z M A R R R R R R r r r r….

…szyja boli od wyrywania się, pazury zdarte, serce chce wyskoczyć gardłem, oczy ledwo trzymają się powiek… NIE MA ucieczki…

…powoli się przejaśnia, już coś widać. Jakiś mur, jakieś drzewa, jakieś dłuuuuuugieeee, brązowo-szare coś od jednego horyzontu po drugi się ciągnie. To o to się potykała w nocy….

…znów ten szum… ooooo nieeeee, już to przeżyła w nocy, nie chce drugi raz, nie chce, NIE CHCE. Szyja boli, łapy ranią się o żwir, a szum coraz głośniejszy… i znów ten dziwny zapach… znów to samo, znów stuka, puka, STUKa, PUKa, STUKA, PUKA, STUKAPUKASTUKAPUKA… K O S Z M A R R R R R R r r r r….

Ile razy się to powtórzyło? Nie wiadomo. Ktoś w końcu czterołape, przerażone nieszczęście przywiózł do nas, do schroniska. Brodziate to! Dorodny pies z piękną brodą! Nazwiemy go Rumcajs (to taki dwunożny z solidnym zarostem, z bajki)! Ale się nasi przyjrzeli… eee… psiolaska…! No to będzie bajkowa żona Rumcajsa – Hanka.

To jest właśnie Hania:

Nie wiemy, czy do skorupki zamknęło ją tylko to uwiązanie przy torach, czy może coś działo się wcześniej. Hania w schronisku nie mogła się przekonać do ludzi… Nasi się starali jak mogli, ale Hania przez 4 lata leeedwo, leeeeeedwo brodę ze skorupki wyciągnęła… Tak jej coś w serce wlazło…

Jak szukać domu dla psa, który tylko czasami nos wyściuboli z budy? I to na widok tych najbardziej znajomych dwunożnych, bo ci, którzy przychodzili pierwszy raz, to tylko przypadkiem mogli koniec ogona zobaczyć, reszta zaraz znikała w budzie.

Wolontariusze jednak ogłaszali Hanię w tej, no… SIECI. Uda się, czy nie, ale przynajmniej nie będzie można sobie potem powiedzieć, że się nie próbowało. I do tej naszej, która brodziatą psiolaskę ogłosiła odezwała się jedna dwunożna… Zapytała o wzrost, o charakter, zapytała, czy ta historia to prawdziwa… Właśnie, że o wiek nie spytała! Popisała z tą naszą, porozmawiała potem… i zdecydowała się przyjechać.

   

Ta pani wcale nie miała blisko! W dodatku chyba nie ma własnego jeździdełka, bo przyjechała… wielkim, sapiącym, jeżdżącym po szynach, robiącym STUKUPUKUSTUKUPUKU pociągiem… Trzy godziny jazdy do naszej Hanki!

Dwunożna weszła na wiatę, podeszła do kojca i właściwie broda jej tylko mignęła, nie wspominając o reszcie. Ta nasza wolontariuszka, co wie, jak skorupki strachowe rozbijać, przekonała Hanię do spaceru i wszystkie psio- i nie psio- laski wymaszerowały do lasu.

W lesie Hanka zachowywała się jak zawsze – wzorowo! Spokojna, grzeczna i łagodna. Dwunożna-z-pociągu podumała w tym lesie, porozmawiała jeszcze z naszą i zdecydowała: Hania będzie moja. Przecież nikt jej nie weźmie! Kto ma jej pomóc, jak nie ja?

Szybko się to rozeszło, ale wiecie, sami baliśmy się o tym myśleć i tylko cicho trzymaliśmy kciuki… Różnie to bywa, może się coś rozwiać, różne rzeczy już nasi widzieli… Ale jednak zakiełkowała u każdego myśl, że może jednak… Może jednak Hance się uda… Oj, jak byłoby dobrze!

…tymczasem pani, która do Hanki przyjechała raz, ani myślała przestać! Upał, nie upał, pociągiem czy też z kimś samochodem, ale przyjeżdżała wytrwale, spędzała z Hanką czas jakiś i jechała znów szmat drogi do domu.

Na spacerach tłumaczyła cierpliwie Hani kim jest, skąd, gdzie zamieszkają, rysowała Hani na piasku, gdzie będzie leżało jej posłanko, że będzie fajnie, że smacznie, że nie ma się co bać, że razem dadzą radę…

W przekonywaniu pomagały przywożone smaczki:

…i wiecie co… ten dzień nadszedł! Niech mnie Tyson obszczeka, ale nadszedł ten dzień! Wiadomo było, że nadejdzie, więc nasza brodziata psiolaska pojechała do psiego SPA, została wykąpana i trochę wymodelowana, przy okazji przestała być brodziata… na pewno jej odrosną kudełki hyhyhy…

Dzień po wykąpaniu, przystrzyżeniu i wypachnieniu przyjechała Haniowa Pańcia. Samochodem tym razem. Umowa w biurze podpisana, Hanka przeprowadzona po lesie w celu wiadomym, potem zapakowana do samochodu!

W domu Hania sama wybrała sobie miejsce, akurat w mieszkanku jest malutkie pomieszczenie, w którym idealnie zmieściło się posłanko. Na pewno można się tam poczuć bezpiecznie, taka trochę buda, tylko z wysokim sufitem.

Hanka na początku nie wychodziła za bardzo ze swojego legowiska, chyba, że na jedzonko. Na pewno będzie się to zmieniać, bo Haniowa Pańcia ma w sobie całe pokłady cierpliwości! Poznaje Hanię każdego dnia, widzi, czego się psiolaska boi, kiedy czuje się mniej bezpiecznie, czego nie lubi, ale też – co lubi! Wiadomo, że luuubi spacerki i na widok smyczy bardzo chętnie wychodzi z posłanka. Wiadomo też, że lubi głaskanie, tylko jeszcze sama jest zbyt nieśmiała, żeby po nie przychodzić… Wszystko przed nią! Z taką pańcią wszystko się uda!

Przy mieszkanku jest też malutki ogródek. Właściwie to bardzo dobrze, że mały, nie przytłacza, a jednak na świeżym powietrzu można swobodnie poleżeć, pogapić się na niebo, posłuchać ptaszorów…

CUDOWNIE, że Hani się udało, CUDOWNIE, że trafiła na taką dwunożną i że ta dwunożna zdecydowała twardo, że Hania wyjdzie ze schroniska i to wyjedzie Z NIĄ, i koniec! I okazuje się po raz kolejny, że SIĘ DA! Tak jak z Małą-Lucynką, o której Sonia pisała TUTAJ, tak jak z Pragą, o której pisała TUTAJ… Można pokonać odległość, można się poświęcić, można potem specjalnie dla czworonoga wziąć urlop, żeby pomóc przetrwać ten pierwszy czas w nowym miejscu… Wszystko można, kiedy się chce!

…jedni dwunożni żegnają zwierzaka, bo ten warknie RAZ na kota, drudzy oddają, bo starszemu psu nogi zadrżały po wejściu na trzecie piętro, trzeci – bo pies nie spodobał się komuś z rodziny, który nawet nie mieszka w tym samym miejscu… a inni witają zwierzaka we własnym domu, chociaż na początku dzieliła ponad-stu-pięćdziesięcio-kilometrowa odległość i gruba skorupka strachu…

Będziemy czekać na wieści o pierwszym merdnięciu ogonem, o pierwszym radosnym powitaniu po powrocie z pracy, o pierwszym podejściu w celu głaskowym… W schronisku się nie udało, ale w spokojnym domu, z cierpliwą, wspaniałą dwunożną wszystko się uda!

Trzymamy kciuki!


Z całej hankowej historii płynie ogromne, DOBRE przesłanie. Bardzo dobre. Ale ja mam jeszcze jedno.

Kilka miesięcy temu, zaraz przede mną, pisała bloga Sonia. Sonia PędzącaKluska. W schronisku mieszkała 10 lat. Okropniaście dużo, ja nawet tyle nie mam! Chyba… Co się mówi o szansach na dom, jeśli pies ma lat kilkanaście i zdecydowaną większość z tego mieszka w schroniskowym kojcu? Wiadomo… że właściwie ich nie ma. W przypadku Soni to był moment, błysk, dwa kliknięcia. Pstryk pierwszy – zdjęcie Soni pojawia się na jednej stronie. Pstryk drugi – na tej samej stronie pojawia się pewna dwunożna. Wkrótce potem jest w schronisku, tego samego dnia Sonia odjeżdża, a wszyscy nasi chodzą z wysuszonymi zębami przez szczerzenie się w uśmiechach jeszcze kilka dni, a JA, Tyś, zaczynam pisać bloga.

Jakby kto był ciekawy, to u Soni i SoniowejPańci – jest wszystko w porzo!

 

Ufff… Sonia nic nie robi sobie z wieku, nadrabia i wreszcie przechodzi spokojne, beztroskie, szczenięce czasy… Rozbraja pluszaki, kopie dziury, wierzga kopytkami na leśnych ścieżkach, jest tak, jak Soni to wymarzyliśmy…

    

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)