Dzisiaj o dachowcach i pewnym Dzielnym Psie!

Larsi ostatnio napsiała, że mi pisanie nie idzie. PFFFFF JAK TO NIE IDZIE??? Ja przynajmniej jestem na chodzie i za mną nie trzeba biegać z jedzeniem i przynosić to rybkę, to pieczeń, to parówkę, to kanapeczkę i zastanawiać się, co łaskawie dziś zjem!

Właśnie, że pisać umiem i dzisiaj właśnie, że będę pisać! Zamkłem się tutaj w biurze i sam piszę i nikt mi się wtrącać nie będzie. Właśnie.

Dzisiaj będzie o dachowcach. Udowodnię, że sierściuchy nie mają dachów na wyłączność! Co prawda taki kociasty dachowiec też u nas mieszka. Wręcz jest bardzo dosłownym dachowcem!

Imię ma niewyszukane. Gruba. Znaczy to imię, nie, że ona jest. Moje ładniejsze, wiem… Właściwie to jak przyjechałem do schroniska, to ona już była. Koty mają siedem żyć, więc jeszcze trochę tu pobędzie. Mieszka sobie na tym dachu, czasami złazi, ale to jej miejscówka. Ma miseczki, ma mieszkanko, nasi pilnują, żeby tam miała to, co potrzebne sierściuchowi na dachu.

Za tymi drzwiczkami sobie wolno bytuje i może wychodzić, kiedy chce. Nie wiem, dlaczego się mówi, że koty wolno bytują, skoro biegają całkiem szybko…

Wczoraj właśnie Gruba została złapana! Przejdzie niezbędne badanka, zostanie zaszczepiona, odrobaczona, odpchlona i jak wszystko będzie okej, to wróci znów na dach. Jak kot już pokochał wolność, to zamykanie jej na stałe to by było barbarzyństwo! Gruba już się doczekać nie może, ale trochę musi w zamknięciu pocierpieć…

Tyle o niej.

Niedawno przyjechał też do nas inny dachowiec. Mniej sierściasty, a jeszcze jakby ktoś mu powiedział, że ma coś z sierściucha, to nie wiem, czy byłby zadowolony… Abram przyjechał do nas, zamieszkał w jednym z kojców, a wkrótce przechodzący między pracownik zobaczył to…

W sumie to coś z sierściucha ma… bo wleźć – wlazł (chociaż nie pytajcie JAK, bo zielonego pojęcia nie mam), ale żeby zejść…? Nie ma mowy! Budy mu podkładali, nakłaniali grzecznie, ale nijak nie wiedział, która noga najpierw!

Nasz behapsiorysta musiał więc użyć innych metod przekonawczych…

Najważniejsze, że się udało! W wersji naziemnej prezentuje się tak:

Psiolaski się za nim oglądają, robią maślane oczy i wzdychają, że mało płuc na drugą stronę nie wywrócą… Że niby przystojny, że niby mięśnie ma i zad kształtny… No ja tam nie wiem… Wiem za to, że jest sprytny usportowiony i nie dla niego leżenie na kanapie cały dzień. Może pół. Nooo mooooże ćwierć. Reszta to powinny być przeróżne zajęcia męczące, bo faktycznie takie mięśnie same się nie zbudują, a Abram jest stworzony do skoków, zabaw, gonitw za patykami! Jest też całkiem spory i bardzo silny (w końcu mięśnie nie są na jego nogach ot tak, dla wyglądania…), więc potrzebuje dwunożnego, który za nim nadąży i który będzie rozumiał jego potrzeby, a nie tylko będzie się chwalił, że ma takiego zwierza!

Widzicie sami, sierściuchy nie mają wyłączności na dach! Chociaż może i dobrze, że te dwa nasze zwierzaki nie trafiły na jeden, bo mogłoby się to skończyć różnie… dla sierściucha oczywiście. Chyba, że Abram akurat do sierściuchów nic nie ma, tego nie wiem.


Zmieniając temat, bo dachowce tylko dwa… Teraz będzie o Dzielnym Psie Roziku! Nasza rzeczowniczka wybierała się na spotkanie, żeby poopowiadać o nas i o wolontariuszach, i wogóle o tym, że u nas jest fajnie i żeby przychodzić. Zabrała ze sobą Rozika, dla którego to dzień był niezwykły! Zwykle siedzący u Tabletkowej w tabletkowni z Polarem i Filim, a tu nagle wybrał się na wycieczkę!

Wieczorem Fili przyszedł do mnie i powiedział, żebym Rozika wpuścił na bloga, bo gada jak najęty o tym wyjeździe, zdjęcia pokazuje każdemu, a ich jest tam dwóch i widzieli je już dwadzieścia osiem razy….

Poszedłem więc do Rozika, powiedziałem, żeby mi te zdjęcia dał, to je każdemu pokażę w internecie, a tu ludzi dużo i na pewno każdy się zachwycać będzie. Rozik aż podskoczył z radości, ale poprosił jeszcze, żeby mógł opowiedzieć samodzielnie, jak było. Machnąłem łapą – przecież to mniej wymyślania dla mnie!

– Dawaj, Rozik!

Rozik rozsiadł się wygodnie w posłanku, łapę jedną na drugiej położył i zaczął…

„Pewnego dnia JA, Dzielny Pies Rozik, wyruszyłem z Kasią-Rzeczowniczką w miasto. Jechałem samochodem i nic się nie bałem! 

Grzecznie wyglądałem przez okno. Delikatnie dałem do zrozumienia, że wolę przednie siedzenie, co zostało przyjęte z entuzjazmem na szczęście – zawsze to lepiej mieć przyjazną duszę obok siebie. Poza tym Dzielnemu Psu Rozikowi się nie odmawia.

Potem wmaszerowałem po schodach na pierwsze piętro – sam!!! – do biura IDZ. I tu ponoć okazałem się psem idealnym. Nic takiego, po prostu położyłem się pod biurkiem i zająłem się lizaniem nóg – czasem swoich, czasem rzeczowniczki.

Po kilku godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem do LOPITu na spotkanie z młodzieżą z okazji Dnia Zapobiegania Narkomanii. I właśnie tu zyskałem przydomek Dzielnego Psa! Mimo hałasu wmaszerowałem na teren pikniku, dałem się głaskać dzieciom, wszedłem do budynku i dałem się poczęstować ciastem marchewkowym. Zaproszony na scenę – nie odmówiłem, wszedłem, pobyłem, pogwiazdorzyłem.

Wracając do schroniska – niestety do schroniska – dzielnie minąłem Najgroźniejszy Na Świecie Pociąg Towarowy i pełen dumy i chwały wmaszerowałem na wybieg. Przedtem jednak szukałem swojej Tabletkowej, żeby jej powiedzieć, że wróciłem i byłem dzielny.

JA, Dzielny Pies Rozik polecam się do adopcji, ale nie nachalnie! Z duma, jaka przystoi dzielnemu psu!”

Tyle do opowiedzenia miał Rozik! Stara się, jak może, żeby pokazać, że będzie psem naprawdę idealnym… Zresztą Abram też będzie, jeśli znajdzie odpowiednio idealnego dwunożnego dla siebie…

I co? Nieźle mi wyszło! Nikt nie będzie pisał, że ja pisać nie umiem…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)