Te sierściuchy takie mało odporne jakieś…

Jeden kłopot z tymi sierściuchami!

– Dżokej, nie zaczynaj….

– Ares, ale nieprawdę piszę??

– Nie.

– Się obrońca zrobiłeś nagle! I krótkołapych i sierściuchów…

-…i każdego zwierza, na którego będziesz marudził!

– Ale Ares, one przychodzą albo chore albo zaraz będą chore! Zwłaszcza te małe!

– WCALE NIE! WRRRR! ICH WINA, SIĘ PYTAM???? POSZEDŁ MI STĄD, ALE JUŻ, PÓKIM DOBRY!!!

– …oooojeeenyyyy…. sierściucholub się znalazł…. pffff….

– WRRRRRRR!!!!!

Ten Dżokej to niemożliwy jest! Ja złagodniałem na starość, ale on to powoli będzie się nadawał tylko do siedzenia pod stołem! I to w kuchni! Muszę mu zakazać pisania, bo to nie do pomyślenia…….

Taak, trafiają do nas sierściuchy chore. Maluchy też. Bywa, że chorują długo, a czasami choroba jest skuteczniejsze niż leczenie… Wyjaśnię jednak, jak to jest.

Jak się rodzą małe kitki i chłeptają sobie mleko bezpośrednio od matki, to ćlamkają też przy okazji takie specjalne coś, co potem je chroni przed choróbskami. Kiepsko jest, kiedy taki maluch gubi za wcześnie matkę, kiedy jeszcze nie dochłepta tych ulepszaczy ile trzeba… Pół biedy, kiedy ktoś go przygarnie do domu, zanim zdąży się pochorować (chociaż zapewne i tak jak ma mieć wirusa, to go ma, ale w domu łatwiej czasem wyleczyć), ale kiedy sierściuszek trafi do schroniska taki słabszy, niedoodporniony, smutny, zestresowany… To już całkiem tragedia! Nasi tylko codziennie obserwują takiego i dopatrują się łzawiązego oka czy pierwszego glutka przy nosie, czy czegoś niefajnego w kuwecie… Jak wszystko jest super, to z taką ulgą zawsze odetchną, że ich słychać aż na osiedlu za laskiem! 

Kiedy jednak pierwsze kichnięcie się rozlegnie albo sierściuch do michy rano nie podejdzie, bo ani łapką przednią, ani tylną ruszyć nie ma sił, to już dramat i psiowet ma co robić… Nie jest to jednak wina kociambrów! Jak winić takiego malucha, który ledwo na oczy przejrzał i już został sam na świecie? 

Powiesz Suszkowi, że tylko kłopot z nim?

Suszka znaleźli gdzieś, gdzie nawet nikt nie mieszka. Na około ani matki, ani rodzeństwa, sam sierściuszek… U nas na początku zgrywał dorosłego, groźnego kota, bo prychał i syczał, jak stary! Nasi się jakoś nie zlękli… Suszek postanowił zmienić taktykę, kiedy tylko poczuł, jak może być u dwunożnycch ciepło i miękko na rękach. Teraz mruczy jak tylko ktoś go pomizia, psów się nie boi, świat go interesuje, bystrzacha! Nasi już widzą, że wirusy się do niego kleją… Szybko zaczęli go uodparniać od środka i oby to zadziałało…

Matylda też trafiła jeszcze taka ledwo odrosła od ziemi…

Trzeba było ją karmić butelką, bo nie potrafiła sama jeść. Taka sierotka… Ani samemu zjeść, ani się umyć, trzy światy z takim sierściuszkiem! Nie jej wina przecież, że gdzieś zgubiła matkę… Sama do lasu też nie poszła, a tam właśnie została znaleziona. Gdzieżby ona na tych krótkich girkach przeszła taki szmat drogi! Matylda zamieszkała w schroniskowej klatce… Szybko okazało się, że jest chora, się wirus do niej przyplątał bezczelny taki! I to ten groźny, bo kitka zachorowała na palneluonepenię…. yyyy…. jakoś tak… I tak jestem lepszy, bo nasi długo mówili na to „pylylylyly”! Trudna nazwa, ale żeby nie było, że niedouczony jestem – p a n l e u k o p e n i a.  O! Tabletkowa to nawet przykładała Matyldzie takie ustrojstwo, z którego można było wdechnąć takie powietrze jakieś inne.

No i się udało. Jakoś się Matylda z tej najgorszej choroby wydostała! A mało któremu sierściuszkowi się udaje… Miała szczęście. Tylko też potrzebuje tej szczepionki, co Suszek.

Mazurka była większa już, kiedy zamieszkała u nas.

Ale co z tego, i tak się kociolaska zestresowała, że zaraz zaczęła kichać… Podrostka z niej, już nie dzieciuch, jeszcze nie panienka. Nie leci zaraz też do dwunożnych, taka z tych bardziej nieśmiałych jest, chociaż ciekawość też w sobie ma, to już pół sukcesu. Nasi jej musieli ucha czyścić i oczy przemywać, to się dawała bez problemu, tylko chwalić takie! Lepiej z nią, ale psioweci Mazurce też zalecili dać szczepionkę, żeby jej było łatwiej walczyć z choróbskiem i uchronić przed kolejnym. Tylko by kłuli! Bo to taka kłuta szczepionka… Ale jak mus, to mus, co poradzić. Mnie też kłuli, jak trzeba było i żyję. A już bym nie żył. Niech więc sierściuchy się dają szczepionkować!

Takie cudo jeszcze zamieszkało ze dwa miesiące temu:

   Kleofas mu dali na imię. Niebieskie oczydła ma, dużo gada i łapami macha do każdego, kto przechodzi obok jego miejscówki. Kleofas nie może sobie poradzić z katarem. Smarka i smarka! Nasi mu testy porobili i pierwsze nie wyszły za dobrze, bo tak trochę wyszło, że sierściuch może mieć wirusa takiego, co odporność obniża i nie można się go już pozbyć. Testy powtórzą i może się okaże, że to jednak nie to…Oby! Kleofas też musi się szczepionkować, żeby mu było łatwiej. Jak się okaże, że jest jednak nosicielem, to nie będzie mógł iść do domu z innymi sierściuchami…

Ech… Tabletkowa to ma chyba całe kartony tych wzmacniaczy odporności… I to różne rodzaje, bo i tabletki, i kapsułki, a psioweci jeszcze dowożą do wkłucia, takie najlepsiejsze. Niełatwo jest z tymi sierściuchami, bo one się częściej stresują, a jak się stresują, to odporność im spada, a jak spada odporność, to łatwiej zachorować i trudniej wyzdrowieć… I tak się to kręci… 

Potem się jeszcze przedłuża, bo każdy chce zdrowego sierściucha w domu, wiadomo. Najlepiej by było, gdyby one tak od razu po przywiezieniu szły do domów, ale też te domy muszą pamiętać, że mruczydło już może być chore, tylko jeszcze niewidocznie, bo się wirus dopiero zagnieździł… Ech, tutaj też żadnego dobrego rozwiązania…

Pozostaje życzyć wszystkim sierściuchom lepszej odporności, niegubienia matek, niegubienia się samych, niechorowania i szybkiego zdrowienia!

….a teraz muszę wymyślić jakieś hasło do komputera, żeby Dżokej nigdy więcej już nic nie napisał….

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)