…a przecież jesteśmy niczyi… Najlepsiego, Drodzy Psio-i-Kocioweci!

Takich mamy psio-i-kociowetów, że niejeden dwunożny chciałby być leczony przez takich! Na pewno nam zazdraszczają takiej opieki fachowej, takich badań od ręki i walki jak o własne zwierzaki… Kto czyta dzisiaj, ten wie, że jest 26 kwietnia, aaaaa dwudziesteeego siódmeeegooo jest Światowy Dzień Lekarzy Weterynarii! I tym naszym, i tym innym fajnym – życzymy samych szczepień i obcinań pazurów!

…i to też tylko u tych łagodniejszych, a nie tych, co się boją i zaraz warkolą.

Nie będę owijać w pasztet, jak Tabletkowa, ja tam bez ogródka napiszę na przykładach.

Takie dwa zostały znalezione w lesie… Dwunożni, którzy po lesie chodzili się natkli na nie… Ja nie wiem, gorąco było, czy coś, ale się… tego… rozpływały powoli… Nie wiem, jak to możliwe, ale może sierściuchy tak potrafią, o:

Ten to mniej, ale ten tutaj niżej…

Na zdjęciach są w wiaderku, bo leśni dwunożni akurat zbierali grzyby, to nie mieli akurat przy sobie wiklinowego koszyczka z mięciutkim kocykiem. Sierściuchy trafiły do lecznicy i się tam od razu nimi zmartwili i zajęli, jak trzeba! …chociaż niczyje były… Nikt nie powiedział, że bueeee, że strach tknąć palcem. Nikt. Tylko od razu zaszczyki, przemywanie i te inne tam wszystkie, co to kocioweci wiedzą… Jakby ktoś pomyślał, że z takiego stanu na pewno nie wyszły, toooo niech się zastanowi raz jeszcze. Nie dość, że wyszły, to jeszcze wyrosły, dorosły, wygładziły się i już się nie rozpuszczają! Patrzcie:

….a żebym miał więcej kulek nie dostać, jak to nie te same kociolaski! I jak kto myśli, że o oczach jednak trzeba było zapomnieć, bo się wzięły i roztopiły, teeeen niech się jednak zastanowi raz jeszcze… Oczy są! Dwa! Znaczy… nie PO DWA, ale w sumie dwa. Dwa koty, to i dwa oka, o jeny. Sprawiedliwie, po jednym.

Ha! Widzicie, warto było!

Inne sierściuchy też leczą, czy to mniej dzikie, jak Mandi…

U niego musieli aż szczękę drutować, bo się mu gdzieś połamała i to wcale nie było tak niedawno przed złapaniem… Musiało go solidnie łupać, ale dzielny był. Wiedział, że pomóc mu chcą… Oni każdemu chcą!

I nawet, jak się złapał taki sierściuch całkiem-całkiem dziki, to też się nie zlękli! Temu przytrafiło się coś koszmarnego…

…bo ktoś go nadział na działkach na pręt… Sam się na pewno nie, tylko ktoś jego… I ci nasi bohaterscy weci wyjęli ten kawał metalowego kija i wyleczyli! Co prawda sierściuch ani na moment nie okazał wdzięczności, ale cóż… tak to z nimi jest, szkoda szczekać.

I żeby nie było – nie tylko kociowetów dzisiaj wspominamy! Psiowetów też!

– oooo, ja coś mogę poszczekać o tym! 

– Kiara? Ciebie na blogu jeszcze nie było!

– Nie było i uważam to za krzywdzące! A ja byłam w lecznicy i się nadaję do tematu! Bo byłam! I mogę się wypowiedzieć!!! 

– ….matko suczko… ale ja też byłem!

– ALE JA BYŁAM NIEDAWNO!

– Masz, pisz, bo przecież nie wytrzymię…

– Właśnie. No więc byłam. Bo mi się słabo zrobiło ostatnio… Zrobiło mi się tak bardzo słabo, że ani mi się nie chciało na tą psiowetkę jedną powarkolić… Bo na jedną to trochę kłapię. Ja lubię, ona wie i wszyscyśmy zadowoleni! Może i bardziej ja niż reszta, ale przecież komu ma być lepiej?! Wiadomo, że mi!

No więc zrobiło mi się słabo tak jakoś. I w czapie mi się kręciło i jakieś giry miałam miętkie… To mnie powieźli do lecznicy aż! Taka byłam biedna!

Złego słowa nie szczeknę! żarełko pod nos podtykali, na trawkę prowadzili… Tylko jak wtykli mi tą rurkę i kapało do łapy, to tak mi się mniej podobało, ale powiedzieli, że jestem dzielna, to tak wiecie… nie wypadało się za długo gniewać, zresztą sił nie miałam. Jak mi się polepszyło, to nawet chciałam jeszcze trochę poudawać, że głowa ciężka, ale… ychm… no ta psiowetka, co na nią kłapnę czasem, przeszła raz z prawa na lewo… i się wtedy powstrzymałam, ale potem… jak z lewa na prawo przekopytkowała, to mnie tak to wzięło z zaskoczenia… no i zobaczyli, żem się poderwała ochoczo… I klops! Wyszło, że już mi lepiej i zaraz jedna z naszych mnie odwiozła do schroniskowego biura.

– Uf, Ares, już koniec! Napisałam.

– Niemożliwe! I nie pchasz się pisać dalej??

– …aaaa… jakoś… nniieeee, się nie nadaję chyba jednak. Pójdę pomemłać piłkę przy stróżu, może się pobawi ze mną.

I poszła! Co za porządna psiolaska! Inni to się pchają do pisania! ….sam się wepchłem Dżokejowi przecież…

Kiara to sobie może wspominać, ale ja Wam napiszę, że ta jej przygoda to taka bieda…. Ledwo jej się słabo zrobiło, ledwo tam ze dwa worki tego przezroczystego jej w łapę nakapali i wielkie halo. JA to byłem chory! Pół internetu kciuki trzymało! Taki byłem biedny, że aż przesiadywali ze mną, CZUWALI, można napisać, w razie, jakbym miał na drugą stronę odlecieć! O:

Ta dwunożna laska to nasza fotopsiografka. Na razie jej nie ma, bo się wzięła i rozpączkowała…. Wam piszę, taka zawsze ledwo cień dawała, aż tu nagle jak jej nie spuchło w jednym miejscu! Myślałem, że pęknie! …no i teraz siedzi w domu z taką dwunożną, małą kluską… Znaczy kluskiem…

…o czym to ja miałem… aaahaaaa, i taki byłem BIEDNY, że aż siedzieli ze mną! Szelki mi nawet przynosili, bo nie byłem w stanie sam chodzić! Psioweci jednak się nie poddali, wiadomo. Zresztą, co tu udowadniać, przecież wciąż piszę Wam tutaj… Światełko w tunelu jednak widziałem…

…za światełkiem zresztą poszło kilka psiumpli, psiumpelek, sierściuchów trochę… I moja Larsi też…

…ale o każdego walczyli, jakby był kimś najważniejszym na świecie…. I razem z naszymi żegnają tych, którzy muszą przejść na drugą stronę, bo już czas… I zawsze im szkoda też…

…a przecież my jesteśmy tacy niczyi… I jak przyjeżdżają do lecznicy znienacka zwierzaki, czasami brudne, czasami złe na cały świat, czasami nie wiadomo, co z czym i jak składać, co badać najpierw… a Oni po prostu rękawy podwijają, rękawiczki nadziewają na ręce i już słuchają, oglądają, macają, już włączają te wszystkie aparaty, już maziają tym obrzydliwym żelem (jak ciężko zlizać ten klej!) czy robią zdjęcia, do których nie ma co się uśmiechać, bo i tak nie widać, tylko kości same… I zmartwią się też o nas, a wiecie, że nawet słyszałem nie raz, jak siorbią tam trochę w kącie… bo przecież jesteśmy tacy niczyi…  A te wszystkie chude do granic, poranione od środka i na zewnątrz, te zagrzybiałe, zaświerzbione, skołtunione, zapchlone, te połamane, z guzami ledwo trzymającymi się w całości i tymi, które już się wzięły i rozpękły… te wszystkie zwierzaki mogą liczyć na dobre słowo, uśmiech, ciepełko takie…

…a jesteśmy przecież niczyi… A oni ani razu nam tego nie powiedzieli…

Drodzy, nasi psio-i-kocioweci,

z tego miejsca właśnie JA życzę Wam wszystkiego, co najlepSIEjsze, samych cierpliwych pancjentów, którzy sami będą pokazywać, co ich boli, i żebyście zawsze mieli dużo sił i uśmiechu dla każdego, i żebyście nigdy nie musieli mówić, że nic się nie da zrobić… i żeby tak poszła medyPSIna do przodu, żeby na wszystko było łatwo dostępna tabletka w pasztecie, żebyśmy wszyscy mogli długo, szczęsliwie sobie kopytkować po ziemi DZIĘKI WAM właśnie…

Dziękujemy, że z nami jesteście!

…a na tym zdjęciu wyżej jest nasza kocio-i-psiowetka (w lecznicy jest ich więcej, i to w dodatku różnej pci!) razem z Raszynem, jednym z większych sukcesów medyPSIny! Takie to chucherko było, bez skóry na plecach, ledwo chodzące…

 …a Oni zaczarowali plecki, zaczarowali łapki i z największego biedaka stał się Raszyn walecznym rycerzkiem…

   …a przecież był niczyj…

DZIĘKUJEMY!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)