Jak oddany to smutniej niż znaleziony…?

Nasi teraz prócz nas mają też innych duużo kilometrów dalej. Czyli są naszymi nie tylko dla nas. Jakiś czas temu nawet o tym pisałem, o, TUTAJ.  Wszyscy jesteśmy ich i oni wszyscy są NASI. I tak ostatnio wlazłem sobie do nich tak wirtualnie, żeby popatrzeć na psiumpli zza nizin, dolin i pagórków i wiecie co… smutno mi się zrobiło…

Morus został oddany jako 11-latek.

Nie wiadomo, dlaczego musiał się przenieść z kanapy do schroniskowej budy. Ot tak po prostu. Może stwierdzili, że ile można żyć! Że 10 lat to już nadto, a tu już 11 rok idzie i po Morusie nie widać, że stary nawet, to ile żyć będzie?! No i siedzi, i łatwo mu nie jest… Taki mało wylewny, nie rzuca się z miłością od początku znajomości, a czasami zgrywa też niedostępnego…

Basko miał 2 lata, kiedy go oddali.

Powód? A kto ich tam wie! Charakterny to chłopak, to może po prostu nie dawali sobie z nim rady… Do dzisiaj łatwo z nim nie jest, ale walczą. Taka dwunożna tam przyjeżdża też, aż z zagranicy! I wychodzi z nim na spacer, pracuje i stara się przemówić do tego mieszano-owczarkowego łba…

Kicia też musiała pomachać na pożegnanie…

Została oddana, bo przytrafił się nagły, pilny wyjazd i miejsca dla sierściucha nie było w walizce. Kicia się zamknęła w sobie zupełnie… Nie umie się odnaleźć, do dwunożnych nie chce, do sierściuchów niebardzo, ale jakby lepiej… I śni o własnych miseczkach, spokoju i oknie, z którego wyglądała co dzień…

Markus miał lat 8, kiedy zmienił miejsce zamieszkania.

Dlaczego? Jakby to Wam napisać… Bo tak. Wesoły, inteligentny, znający komendy, lubiący się chwalić co umie, chętnie chodzący na spacery pies-ideał. Oddany po dziewięciu latach wspólnego życia. Bo tak.

Brownie miał być na chwilę…

…ale nie dzwonią, nie pytają, nawet prawdziwego imienia nie podali… To Brownie to nasi nadali. Ponoć w schronisku mu lepiej, tak mówili ci, co byli tam, gdzie mieszkał. Ponoć to mieszkanie to nie można mieszkaniem nazwać… I czeka rudzielec przelewając miłość na wolontariuszy i pracowników, bo nie ma na kogo innego, a ma jej dużo…

Tak dla wyjaśnienia – to schronisko, gdzie mieszka Brownie, Kicia czy Morus to przyjmuje takie zwierzaki, które muszą być oddane przez właścicieli. Nasi co prawda tam rozmawiają dużo, a przynajmniej się starają, żeby może dom poszukać, może przemyśleć sprawę, może jednak się inne wyjście znajdzie… Czasami się udaje, a czasami dwunożni słyszeć o tym nie chcą, przyjeżdżają, zostawiają, ani imienia czasami nie podadzą prawdziwego…….. A przecież jakby ktoś zawołał Azorka jako Azorka czy Henia jako Henia to jakoś tak przyjaźniej może ociupinę……? Ale nie, potem taki Azorek staje się Mirmiłkiem, bo skąd to wiedzieć, jak ma być dobrze…? I wszystko obce dla takiego zwierzaka, obce ściany, obcy dwunożni, obce miseczki, posłanko, kocyk i jeszcze nie wołają tak, jak wcześniej… Nasi stają na głowie, jak zawsze, żeby potem ten jeden z drugim zwierz otrzymał całe wiadra czułości, ale to nigdy nie będzie to samo…

I wiecie, tak mi się smutno po tych historiach zrobiło, ale potem pomyślałem o psiumplach i psiumpelkach stąd…

Leg się błąkał w miejscowości niedaleko nas…

Smutny, zagubiony, samotny. I właściwie do tej pory nie można dojść do ładu z jego zdrowiem. Znaczy wiadomo, co mu jest i że właściwie tak średnio mu to przejdzie… Taki już będzie specjalnej troski.

Jarek bardzo zaniedbany przybłąkał się do kogoś i nie miał najmniejszego zamiaru ruszać się spod drzwi.

Już nie przypomina dawnego Jarka z byle-jaką sierścią. Taki to owczar, że jedni się boją, drudzy miziają, a Jarek to wykorzystuje – na tych pierwszych szczeka, tym drugim daje się tulić i głaskać, ile tylko czasu na spacerze jest! Niegłupie to psisko, tylko wytłumaczyć trzeba trochę rzeczy o współpracy dwunożno-psiej. Będzie pies idealny!

Jędrek tułał się po ulicach zmarznięty, zmęczony i głodny…

Jedna dobra dwunożna się zlitowała nad mikrusem, przygarnęła na chwilę, ale nie było właściciela, to musiała zadzwonić do naszych… Bardzo jest towarzyski i stęskniony za dwunożnymi, jakby mógł, to by zaraz kogoś zaczarował, żeby wziął go pod pachę i wyniósł, ale na razie mu to nie idzie… A stara się chłopak bardzo!

Rula wciskała się ludziom na podwórka.

Nikt jednak nie mógł przygarnąć misia o pięknych oczach… Teraz psiolaska nimi czaruje ludzi i przekonuje na każdym kroku, że jest grzeczna, spokojna i może już teraz, zaraz wymaszerowywać do domu. Już nawet umowę sobie przygotowała i trzyma pod siankiem, żeby nie tracić czasu na formalności, jak już przyjedzie do niej ten najlepszy, wyśniony pańcio…

Wiza się przybłąkała na jakąś budowę i nie wiedziała, czy dalej ma iść w lewo, czy w prawo.

I to było już pół roku temu… I wciąż ani pół telefonu nie było w jej sprawie, jakby zupełnie nigdy nie istniał jej poprzedni dwunożny… A przecież wiem, że był. Psiolaska powoli jakoś się odnajduje, chociaż łatwo jej nie było.

To nie wszystkie błąkające się, jest ich u nas duuużo więcej. Część z nich na pewno zgubiła się przypadkiem. Pognały za kotem, zającem czy inną zwierzyną albo na ścieżce było tyle zakrętów, że straciły swoich dwunożnych z oczu. Z pewnością część z nich była poszukiwana, za częścią nawet się ktoś spłakał po same skarpetki, tylko drogi poszukiwań jakoś się mijały z tymi schroniskowymi… Bywa i tak. Sporo z nich jednak było porzuconych specjalnie, przy drogach, w lasach, na parkingach. Przywiązane niektóre i może się same odwiązywały i szukały drogi do domu, różnie bywało pewnie… Tak się smuciłem, że oddany jeden z drugim i trzecim, a przecież te zabłąkane i przywiezione do nas to przecież też porzucone, tylko inaczej… Tylko nie razi w oczy, że ODDANY, ale że się błąkał, to się myśli, że nie wiadomo, dlaczego, bo może się zgubił i zaraz się odnajdzie jego dwunożny…?

I zgłupłem, wiecie? Trafić do schroniska, jak się komuś ktoś znudził i wiedzieć, że już nie ma miejsca dla niego w czyimś życiu czy nie wiedzieć, że się było zbędnym ciężarem i żyć w przekonaniu, że to wszystko był przypadek, nawet jeśli nie był…? Przeżywać dramat widząc odchodzącego dwunożnego, który nawet się nie odwróci, żeby ten ostatni raz spojrzeć w oczy, a potem czekać, czy jednak wróci, czy lepiej odczuć, jak bardzo straszna jest samotność i bezradność, kiedy jest się na ulicy samemu zupełnie i znikąd pomocy, a potem trafić do schroniska, gdzie wreszcie pełna miseczka, wreszcie miękki, ciepły kocyk albo ciepła buda i oczekiwanie, i wlepianie oczu pełnych nadziei w każde przechodzące nogi, bo to może są TE nogi TEGO dwunożnego, który zaraz krzyknie „ZNALAZŁEM CIĘ!”, chociaż to może nie nastąpić…

Tam, daleko, też są psy, które się zgubiły, też są cudowne odnalezienia i odbiory, gdzie niejeden sobie zmoczy policzki albo gardło zedrze z okrzyków radości. Są też jednak te ODDANE, BO TAK… I może to i lepsze niż to porzucenie, ale jakby łatwiejsze może…?

Tak głośno myślę, bo i tak każdemu dwunożnemu, który robi to specjalnie, bez przemyśleń, bez szukania rozwiązań, mając w zadzie to, co pomyśli i jak się poczuje sierściuch czy pies, zatopiłbym kły w łydce albo i nieco wyżej, a potem wyprowadził do lasu i kazał siedzieć, albo w bunkrze jakimś, a ja MOŻE przyjdę i uwolnię. I z kanapy na twarde dechy, obiadki na sucharki bym zamienił i kazał siedzieć za kratami albo przy drodze i nie powiedziałbym za co…

I może w tym wszystkim to jest najgorsze…? Że nie wiemy, czemu jesteśmy winni? Że nie powiedziano nam i nie dano szans się zmienić? Że katujemy się wieczorami tymi pytaniami i jeden drugiego męczy, że może to przez to czy przez tamto…? I winimy siebie, a może to jednak nie siebie powinniśmy…

2 komentarze

  1. Ludzie od psiaków miłości i przywiązania uczyć się powinni.

  2. Ale się spłakałam. Żałuję że nie mogę wziąć ich wszystkich. Mogłam jednego. I wzięłam. Teraz tworzymy rodzinę kompletną.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)