Sierściuchowe oczy, takie czarując….eeeeee………..

Psie ślipka to takie wiecie, brąz albo ciemniejszy, albo jaśniejszy, czasami błękit się wylewa. Sierściuchowymi zwykle się bardziej zachwycają, bo bywają żółte, zielone albo w szary wpadające, czasami zmrużone, czasami okrągłe te czarne guziki mają w środku, a czasami ledwo igłę widać. Nie słyszałem, żeby się naszymi zachwycali na takie różne sposoby…

…a sierściuchowymi oczami naprawdę można się zachwycić… No muszę napisać obiektywownie, muszę być prawdziwym wrrredaktorem! I tak jestem lepszy od pozostałych wrredaktorów, bo piszę o nich więcej! O sierściuchach znaczy…już mi blisko do prerfekcji…

I taki na przykład – Burkot. Prosimy nie regulować ekranów!

Tak, on naprawdę ma takie oczy. Zakradłem się specjalnie do kociarni, bo myślałem, że nasi zdjęcia podkręcili, a tu nic! Jakby gałki codziennie tarzał w trawie wiosennej! Jakby sobie landrynki japkowe co rano wkładał zamiast kulek ocznych! Każda sierściucha mu zazdrości takich ślipek… Ale żeby nie było, te oczy to nie jedyna zaleta Burkota. Jest też jednym z najbardziej miziastych kotów u nas! Dorosły jest, prawda, ale raptem rok ma, więc to taka dorosłość jeszcze żadna właściwie.

Widzicie, oczy sierściuchowe są zachwycające! ….zwykle…. bo są i takie…

Endiemu się całkiem rozmaśliło jedno ślipię, drugie było może ociupinę lepsze, ale jakoś bez szału… Nic zachwycającego w nich nie było, a wręcz oczy własne się same odwracały! Nasza porobiła zdjęcia, napisała opis, wrzucła do internetów mając nadzieję ogromną, że ktoś zdecyduje się dać mu dom, ale wiedziała też, że dwunożni wolą zwykle takie ładniejsze zwierzaki… Tu się jednak pofarciło! Znalazł się ktoś, kto postanowił Endiego adoptować! Ciągle trąbimy wszyscy, że w domu się szybciej zdrowieje i że większe szanse są na to, ale tak naprawdę ciężko przekonać nie-do-końca-przekonanego, żeby dać dom biedniejszemu zwierzakowi… Przy Endim się to udało. Chłopak wypięknieje, może z jednym tylko okiem, może i z żadnym, ale reszta sierściucha będzie lśniąca i szczęśliwa!

Jeszcze o jednym sierściuszątku napiszę. Otóż przyjechał do nas z katarem po same pachy! I dostał imię… Katar.

Katar siedział sobie na ulicy taki własnie bidny, jak widać na zdjęciu i dwunożni go mijali… i mijali… i mijali wciąż. Aż się w końcu ktoś ulitował, i bardzo dobrze, bo nie byłoby o kim pisać! Sierściuszątko okazało się mruczaste i miziaste, a ręce to było dla niego najlepsze miejsce do zasadzenia kuperka… Co jednak robić, kiedy nasi nie mają czasu tyle, żeby każdego ciągle nosić, Katar musiał przez dłuższy czas sam się sobą zajmować. …po ciemku… Na leczenie reagował całkiem dobrze, błyskawicznie katar mu mijał, aaaleeee im bardziej otwierał oczy, tym mniej się podobały….

Nie, nie bawiłem się żadnym programem! Nic a nic! Choćbym miał nigdy kulek nie dostać, tak wyglądało to naprawdę… Nasi od razu umówili Katarka do takiej psio-kocio-wetki, która się specjalizuje w ślipiach i ona powiedziała, że go wyleczy! Operacja co prawda była potrzebna, ale szansa była na to, że oczy będą sprawne i ładne! Nasi by sami nie dali rady potem dać za to dużo monetek, więc założyli zbiórkę na wuwuwu-kropka-zbiorkanaburka-kropka-peel i wielu dwunożnych się dorzuciło. Po kilkunastu dniach Katarek już wyglądał tak…

Widzicie!? Cuda! I to nie są ostatnie cuda… Katarek po operacji nie wrócił do schroniska… Znalazł dom! Przeniósł się od razu do kogoś, kto się w nim zakochał od wejrzenia pierwszego! Nie mogło być szczęśliwiej…

Nie zawsze jednak się da naprawić te ślipia… I na zawsze będą już… eee… zachwycające inaczej. Jak u Kaspra:

Nieee, to nie tak przypadkiem mu się zrobiło…. Na każdym zdjęciu tak wygląda…

…i jak polazłem do niego, to cóż, jakby innych tych oczu jednak nie miał. Ma też problemy z tylnymi girkami, więc ma mały wychodek…… eee to chyba nie to słowo… w sensie, że on wychodzić może, ale… aaaa, to się wybieg nazywa, dobra. No więc wybieg ma zrobiony, bo musi chodzić więcej, żeby ćwiczyć łapki. W domu na pewno miałby więcej miejsca do chodzenia, ale domu nie ma… Gadatliwy jest za to bardzo i miziasty też, więc może te zbiegłe do nosa ślipia nie będą taką wadą…? Czyż nie sprawi, że każdy dzień będzie weselszy??

Jeszcze inny ktoś nigdy nie będzie miał naprawionych oczu… Oczu zresztą nie będzie mieć wcale…      To jest Minimini. Nie, nie jąkam się, ta sierściuszka jest tak malutka, że naprawdę jest tyci-tyci, więc imię jest jak najbardziej dobre! Jak się podkradałem do Burkota i Kaspra, to zaraz przy drzwiach zobaczyłem kątem oka, że coś pełza w pierwszej klatce na dole. Wam piszę, jak jeż! Znaczy widać, że chodzi, ale łapek nie widziałem, takie ma krótkie! I cała taka jest kulkowata bardzo, malutka, maciupka, minimini… Mieści się dwunożnym w dłoni jednej, mi chyba zmieściłaby się w paszczy… I nie ma ślipek. Wcale a wcale. Jest na świecie samiuśka, zupełnie. Nie ma nawet rodzeństwa. Sama przytula się do ścian w klatce, sama szuka miseczki z jedzonkiem, sama… Nie zobaczy już świata, ale jej to nie jest potrzebne. Ona potrzebuje się wtulić w ręce ciepłe, przykleić do boku, oprzeć maciupeńki, kulkowy zadek w kogoś, nie w ścianę… Uda się…?

Nie zawsze można patrzeć w zachwycające, sierściuchowe oczy, nie zawsze mogą zachwycać kolorem, tymi czarnymi guzikami albo przecinkami… Nie zawsze możecie zobaczyć w nich cały świat, ale ja zapewniam, że doskonale ten cały świat, jakim dla nich będziecie, poczujecie… To nie jest ich wina, że nie mogą w pełni zachwycać sobą dwunożnych, nie ich wina, że tych ślipek nie ma, a jak są, to takie jakieś… nie takie… Czemu więc mają być skazane na życie za kratami za to tylko, że z zewnątrz nie są takie doskonałe, jakie powinny być…? Po prostu przyjdź i daj się zaprowadzić do kociarni. Po prostu je poznaj, zobacz, jak bardzo są idealne…

4 komentarze

  1. Dzień dobry, nie znalazłam informacji o kotce Minimini na stronie schroniska, w zakładce: do adopcji. W jakim jest wieku ten koteczek?, skąd się wziął?, poza wadami rozwojowymi ma jakieś choroby wymagające leczenia? wymaga specjalnego traktowania? (oczywiście pomijam to, że każdy kot wymaga specjalnego traktowania). Piękny blog, chociaż bardzo smutny, serdecznie pozdrawiam. Natalia

  2. Dziękuję za odpowiedź, zadzwonię, chociaż obawiam się, że wzięcie do domu chorego kotka wymagającego regularnych wizyt u weta nie jest dla mojej rodziny do udźwignięcia finansowo i samo wzruszanie się tu nie wystarczy. Mamy już jednego przygarniętego, którego trzeba było ostatnio leczyć (wiadomo, że za domowników się odpowiada) i trochę to zachwiało budżetem. Niemniej zadzwonię. Jeszcze raz pozdrawiam. N.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)