Trzeba dzielić się szczęściem!

Dostałem majla! Znów dostałem! I to takiego, że ach! A że jestem grzeczny i ułożony, to się dzielę, a co. Szczęściem się trzeba! Dzielić znaczy. Żeby było wiadomo od razu, wiadomość jest od Blejka. Pisze się to różnie, ale się tak wymawia, to tak napiszę od razu. Oto, co mi chciał przekazać, ohohohoho…….

Ares, Ares, Ares! Ja to się czuję jak prawdziwy haumerykanin! W sensie ja nigdzie się nie przeprowadzam aż tak daleko choć paszport mam. Chodzi o to, że podobno oni, ci haumerykanie, całe życie pracują, a jak idą na emeryturę to tylko podróżują i odpoczywają- i tak jest ze mną!

Całe życie pilnowałem podwórka, nie dość że ubrany w kolce na szyi i łańcuch to jeszcze zapłatę w misce miałem marną…

Wygrzebałem zdjęcia z poprzedniej… ekhem… wilii Blejka… Oto i ona:

A to jest to podwórko, którego pilnować musiał. Nie ma co, same skarby!

Sam Blejk… cóż… Chuchro było takieeee, że nasi musieli ze trzy razy na wagę go dawać, bo im nie pasowały cyferki. Niemożliwe było, żeby tyle ważył owczarek!

…wróćmy jednak do majla…

…ale jaka za to emeryturka się trafiła, to ja Ci mówię! Na początku wszystko było trochę straszne. Bałem się na początku okropnie tego wielkiego jeździdła, bo chcieli żebym wszedł do środka- a co jak by mnie to zeżarło?! Okazało się, że obawy były niepotrzebne i jestem pies- podróżnik.

Sam wdreptuję do bagażnika po pochylni (żeby nie męczyć starych łap i żeby pańcia nie musiała się zrywać przy moich wątpliwych wskokach), kładę się na swoją poduchę i jedziemy! Jeździdło jest super, bo oznacza wycieczkę! Ja się kładę, czasami podrzemię,  wstaję,  a tu jesteśmy w nowym miejscu i nowych zapachach! Podróże mamy małe i duże, często do lasu gdzie już biegam wolno puszczony,

…nad wodę…

…nieczęsto do rodziny bo to daleeeeeko, ale czasem po prostu na wycieczkę! Chwilę potupałem nawet za granicą, taki to ja już jestem światowy, choć żadnego sznurka oddzielającego nie widziałem…  ja nie wiem skąd oni biorą te granice, co mają niby dzielić i po co…

Dużo się pozmieniało przez ten rok. Bo to właśnie dziś miałem 1 rok, moje pierwsze urodziny! Nie, nie w metryce, bo tam już powoli ustawiają się dwie jedynki obok siebie. Dokładnie rok temu obudziłem się w budzie, zrobiłem poranne przeciąganie się w kojcu, a wieczorem  zasypiałem już w kocykach i na podusiach.  Swoich własnych.  Dziś są moje domodziny. 12 sierpnia mój najlepszy dzień.

Pańcia jak pół roku ze mną w schronie chodziła i później już w domu na początku byłem, to nie raz się łezka jej oka nie trzymała przy głaskaniu i czesaniu po żeberkach. Toż to ja tylko 28kg ważyłem jak już w domu 2tygodnie łapczywie się pasłem… owczarowi to aż nie wypadało no ale co jak jutro by kulek i mięska i smaczków nie było? Lepiej było skoczyć na miskę, wysypać wszystko i zbierać z ziemi bo miska mogła odlecieć, a co na podłodze to moje! okazało się że miska nie miała zamiaru nigdzie uciekać.. dopiero jak była pusta… przychodziła na śniadanie i kolacje pełniuchna i zmaczniuchna… no i urosło mi się aż do 42… psioweci pomachali palcem, że tyćkę dużo bo łapki mogą przestać słuchać i pilnować żeby nie było więcej. No to pańcia dała mi takie specjalne kulki co to w boczki już aż tak nie idą, a jestem pojedzony i wszystko później się ładnie formuje. Teraz pilnujemy żeby było koło 39kg, grunt żeby była trójka z przodu, bo biegać i zwiedzać chcę jak najdłużej na własnych łapkach!

Początki były ciężkie dla wszystkich, bo nie wiedziałem co, po co i dlaczego i wszystkiego musiałem się nauczyć. No ale przecież wiesz, ja owczar, i to najczarniejszy, a owczarka zobowiązuje wszechobecna mądrość i pojętność. Teraz już wiem wszyyyyystko, taki jestem intelipsiętny.

 Nie wyobrażam sobie już poranka bez spacerku, przytulanka i śniadanka. Później czas na odpoczynek…

…bo przecież pańcię po pracy trzeba zająć zabawą, wariowaniem, lasem, spacerami, piłkami i innymi ważnymi psielementami dnia codziennego.

No właśnie… PIŁKI… moja największa miłość, im większe, tym lepsze!

A co do pracy, to taki jestem ułożony, że zdarza mi się też iść z pańcią do biura, wtedy pilnuję wszystkich żeby pracowali, a czasami żeby zrobili sobie przerwę od komputerów na głaski- o ich oczy trzeba przecież dbać!

Moim zadaniem w domu jest pilnowanie świniąt…

…niby one morskie ale pływać to one wcale nie chcą. To one rządzą w domu i sobie pozwalają na wszystko, takie one są żyjące na wolności…

…a nie zamknięte w klatce, rozwydrzone wieprzki. Pozwalają sobie np. na przechodzenie mi po łapach, ogonie czy po mordzie. Czasami próbują mi wyskubać kudełki z ogona.

Gdyby miski były niżej, a nie na podwyższeniu, to by mi kulki wyjadały, bo wiem że poprzednikowi tak robiły! Bezczelniki dwa! Ale im trzeba wszystko wybaczyć, bo to takie świńskie dziadki, od pół roku codziennie do karmienia strzykawkami. Można by było w tym czasie biegać na podwórku za patykiem…

Bez problemu bym je zjadł, bo to takie małe, ale po co? Ja je też lubię, szczególnie polizać, więc niech mają te parę godzin dziennie dla siebie z pańcią na leczenie, a ja zawsze leżę obok i pilnuję żeby jadły do końca.

Czas na moje ulubione patyki, piłki, przytulania i czesania też się zawsze znajdzie. Pomyśleć, że kiedyś się bałem, że ktoś chce mnie objąć- wstyd się przyznać ale cyrk urządzałem przy każdej próbie- uciekałem, waliłem się na ziemię (położeniem się nie można było tego nazwać), pyskiem odpychałem, a przy tym darłem się czasem jakby chcieli mnie ze skóry obedrzeć… Pańcię to zawsze smuciło, ale stopniowo coraz częściej i na sekundkę dłużej pozwalałem jej się przytrzymać. Nawet nie było źle, powiem Ci że było zupełnie psiarnie, do tego stopnia że teraz sam przybiegam się wtulić i czekam na przytulasy!

Jak to wszystko z czasem się zmienia… Może nie wszystko ale większość. Nadal się zdarzają na spacerze dwunożni faceci którym nie pozwolę się zbliżyć i bym wygryzł nie powiem co. Nadal nie lubię dużych psiumpli, średni- różnie, ale ci całkiem mali są w porządku (do wąchania i lizania jak świnięta, bo to zwykle podobnej wielkości).  Przez to, że za żadne skarby nie chcę się przekonać do niektórych z powyższych i potrafię stanąć dwóch łapach z uśmiechem na mordzie, to noszę taki kosz jak na grzyby. 

Ale nie przejmuj się, jest tak wielki, że i szczeknąć i ziewnąć mogę bez problemu, a przede wszystkim mogę dyszeć i chłodzić się w te ostatnie upały (uf… jak ja już czekam na zimę… pańcia zmarzluch, ale dla mnie poubiera się tak że jest prawie że gruba i możemy ruszać, a najlepiej to się bawić w śniegu!).

No a co do tego namordnika to jest to tak lekkie, że mi wcale nie wadzi! Nie próbuje ściągać, bo mi nie przeszkadza, no chyba że jakieś żarełko pachnie w trawie… ale to już przecież całkiem inna sprawa, trzeba przecież sprawdzić czy jeszcze zdatne do zjedzenia!

Jak widzisz, Aresie, jestem na emeryturze, bawię się dobrze ale mam też dużo obowiązków, wszystkiego muszę pilnować żeby świat mógł się kręcić dalej. W między czasie dużo i twardo sobie śpię, bo przecież już mogę.

Nie trzeba już pilnować podwórka i chować się do budy. Mogę spać spokojnie. Moi ludzie przychodzą do domu, czasami się rozbiorą, odłożą torby i dopiero się budzę. Już nie jednego tym wystraszyłem- pytanie u nich w głowie czy jeszcze dycham…

…ale co ja się tam będę przejmował nimi, trochę się pomartwić mogą i obudzić drapaniem za uchem… a potem po brzuszku… a potem cieszyć się z tego że 15min się nie widzieliśmy i tak się stęskniłem!

Ares, jako psi wrredaktor wstaw proszę z tej całej paki zdjęć parę fotek (na których dobrze wyszedłem) na stronę z info z domu, niech Ci nasi schroniskowi co mnie znali pooglądają jak się miewam, a jak mają ochotę to niech dadzą znać pańci i przychodzą do mnie w odwiedziny na kawę! Dodaję oczywiście wtedy nieodłączny czas na lizanie-buziaki na wszystkich dostępnych częściach rąk, nóg i twarzy.

Pozdrawiam z całego wielkiego, czarnego serducha i znajdźże w końcu i Ty, Aresie, swój własny dom.  Porób oczy maślane czy liźnij w rękę kto przychodzi- na wielu to działa. Obyś i Ty, i reszta naszego schronu znalazł swoich ludzi jak najlepszych i to jak najszybciej!

Trzymajcie się,
Blake

P.S.Ale się rozpisałem… Prawie jak Ty na swoim blogu… ale zawsze do końca czytam! 🙂

To się nazywa list, co?! Zdjęć dałem bardzo dużo, ale przyszło ich ohohoooo, więcej! Na koniec jeszcze moje dwie ulubione. Pierwsza to ta, na której już zupełnie nie widać, że kiedyś psu brakowało ponad jedną czwartą siebie…

Chociaż to na pewno tak gorąco było, że zaczął się roztapiać! Na pewno!

A drugie to takie, na którym widać pełnię psiego szczęścia! Im mniej widać, tym większe szczęście, czyli tutaj musiał być szczyt!

Cudniaście, prawda?! Też się wzruszyliście po same pachy?


…ode mnie też PeeS… trzymajcie za mnie kciuki… tak mocno, mocno, mocniście…

2 komentarze

  1. Super historia😀 Takie wlasnie kocham😀

  2. No właśnie cudowna historia 🙂 aż łezka w oku się zakręciła ale szczęśliwa łezka tak jak szczęśliwa opowieść 🙂

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)