Co za bzdura, że u nas nie obchodzi się rocznic!

Ktoś pisał jakiś czas temu, że rocznic się nie obchodzi w schronisku, że dat nie pamiętamy, bo po co. Po co pamiętać, kiedy się przyszło? Zaraz się zobaczy, który mamy dzisiaj i szybko, w godzinkę, się policzy, ile to już minęło. I co… i przykro będzie. Nie ma co. Nie paczymy na daty, nie zeskrobujemy sobie linii na budzie. To i tak nie jest nasza buda… Okazuje się jednak, że rocznice się u nas obchodzi. Nie takie psie czy kocie, ale dwunożne! Nocami paczę czasami na fejsa, czy ktoś może mnie polubił albo wiadomość wysłał (na razie na paluchach jednej łapy mogę policzyć, ile ich było, ale było!), i natkłem się na post jednych psiolontariuszy, że oto mija im rok w schronisku. Pamiętali! Obeszli! Tak to ważne dla nich, że wiedzieli, kiedy ten rok minął! …a wszystko się zaczęło tak…

…że adoptowali od nas psa. Sukę znaczy, co Laba miała na imię i ma nawet dalej. Cielę takie! Potem stwierdzili, że co tam, jedno cielę, jak można mieć dwa! Zaczęli do schroniska znów przychodzić, żeby dobrze wybrać i żeby się Laba też poznała porządnie, i tak oto do stada dołączyło kolejne cielę o wdzięcznym imieniu… Smrodek. Żeby się ludzie na dzielni nie śmiali z psa, który i tak łatwej przeszłości nie miał, to ci dwunożni zmienili mu imię na Orton. Ładniej jednak. Od tamtej pory tworzą zgrany psiuet!

I jeśli myślicie, że to by było na tyle… to jesteście w ogromniastym błędzie! Jak się ci dwunożni już przyzwyczaili do przychodzenia na spacery przed adopcją Ortona, to już nie umieli przestać iiii przychodzili nadal, chociaż nie jako psiolontariusze – po prostu ot tak, co jakiś czas wpadali, że niby przypadkiem, że wcale nie wiedzą, czy to relugarnie będzie, to w sumie lepiej się nie zapisywać na stałe, bo to nie wiadomo właściwie i takie tam inne terefere. Nasi jednak suszyli im głowy (chociaż w życiu nie widziałem, żeby choć raz przyszli z mokrymi!), aż się wreszcie zapisali! W ich przypadku to co tam to szkolenie… Przecież i tak połowę już wiedzieli, to rachu ciachu ich ta nasza wtedy-najgłówniejsza psiolontariuszka wyszkoliła i było po strachu. Dostali takie specjalne identyfifkatory, papierki podpisali, smycze w łapki i wio!

Od tamtej pory uczą…

…bawią…

…wychowują…

…wybiegują…

…wymęczowywują…

…natychają nadzieją…

…tulą…

…wymiziowywują…

…zawsze są gotowi wyciągnąć pomocną dłoń…

…a dzięki temu, że przychodzą z dwunóżką – uczą i ją, i psiurki, jak należy się zachować ze wzajemnością.

Chociaż dalej gustują w cielątkach…

…i całkiem szalonych, zwariowanych i skomplikowaniejszych psach…

(tak, wiem, mina niewiniątka, ale swoje za uszami ma…)

…to nie pogardzą też spacerem z tymi mikrymi i najgrzeczniejszymi psami w całym schronisku…

To akurat Sziva, chociaż małom jej nie pomylił z Filim! Ozór ją zdradził… A tutaj widzimy reprezentytanta tych najoryginalniej urodziwych, Krejzola:

Z żadnym nie jest wstyd wyjść!

Przez to, że są w schronisku już rok, chociaż właściwie dłużej, to zdążyli być świadkami przemian tych nadziejowych, kiedy to pies z obrażonego na cały świat zmieniał się w „jestem cały tfuj”, i to też w dużej mierze dzięki nim właśnie (wspominałem, że ich ciągnie do wariatów? Ma to swoje dobre strony…). Widzieli też te mniej fajne zmiany… Właściwie całkiem niedawno jeszcze wychodzili przecież z Brutusem na dłuższe spacery:

…teraz zamiast gonić za nim na długiej lince, podtrzymują mu zadek i pomagają prosto stać…

Ale widzieliście tą dwunożną? Coś ma pod nosem! Widzicie? UŚMIECH. Nikt nie jest zły na nikogo, że ustać nie umie, że krok koślawy, że przecież jeszcze miesiąc temu na koniec lasu szedł, a dzisiaj na koniec własnego kojca prosto nie pójdzie. Żadnych pretensji. Uśmiech i dobre słowo.

Bo ci dwunożni to nie tylko w łikendy przychodzą, ale jak mogą, to i na te ćwiczenia jeżdżą, co to o nich pisałem niedawno. Bardzo ważne takie jeżdżenie, bo to nie tylko przywieź-odwieź, ale też zapewnianie, że jest się najfajniejszym psiundelkiem na świecie i że wcale jakieś rasowce nie są lepsze, chociażby nie wiadomo jak bardzo próbowałyby przekonać, że jest inaczej…

…i pokazywanie ze wszystkich sił, że się JEST… chociażby miała krew nie dopływać do wszystkich girek i chociażby było najniewygodniej na świecie…

(tak, to Loza, która już patrzy na nas z góry, i która wreszcie może sobie potargać miśki z psiumplami na czterech sprawnych girkach…)

I za to wszystko jest najpsiejskie „dziękuję”:

Takich psiolontariuszy mamy w schronisku, a nie są jedyni! Są tacy, którzy już nawet lat nie liczą, ale zdaje się, że ich już niewielu… Ja każdemu życzę takiej wytrwałości, niepoddawania się i dzielenia radością. Ja wiem, że nie każdy ma tyle sił na zewnątrz i w środku, żeby zajmować się wariatami na czterech łapach, żeby docierać do tych trudniejszych psów. Niczyja wina, każdy jest inny i każdy ma czerpać z tego radość. Jeden wychodzi z mniejszymi psiurkami, inny w tym czasie może wyjść z cielęciem. O to chodzi – psiolontariusze się uzupełniają i każdy jest potrzebny.

Każdemu jednak na pewno życzę takich rocznic, potem dwuletnic i wieloletnic! Bywajcie z nami jak często tylko możecie (a nawet jak możecie raz w tygodniu czy raz na dwa, to też super!) i tak długo, jak… nie, nie jak, po prostu bądźcie z nami jak najdłużej, jesteście przecież bardzo ważną częścią naszego schroniskowego świata…

Obeszliście już rocznicę swoją z nami? A może odliczyliście setny spacer, albo coś? Może jesteście na początku przygody i wszystko przed Wami, a może już tyle tego było, że przestaliście liczyć? Ciekawym…

Mam tylko nadzieję, że nie mija Wam na przykład rok od kiedy zastanawiacie się, czy w ogóle nas odwiedzić i jeszcze nigdy nie zrobiliście chociażby kroku w naszą stronę…

No powiedz sam przed sobą, nie chcesz wtłaczać nam do serc nadziei…? Dzięki Tobie może być właśnie tak… 


…a na koniec…

Był psem wyjątkowym. Od początku samego właściwie… Znaleziony tak zabiedzony, że imię nadało mu się samo, potem za nic nie było powodów, żeby mu je zmieniać… A to go adoptowali i wrócił, bo zatrzęsły mu się łapki po wejściu na trzecie piętro (wyobrażacie sobie, że jedziecie do DOMU, wchodzicie po schodach i zaraz robicie w tył zwrot i jedziecie do schroniska z powrotem…?), a to z uszu bakterie nie chciały dać się wygonić, a to badanie za badaniem trzeba było robić, a to jeździć daleko daleko na przetykanie jakieś, a to potem znosić te wszystkie grzebania w uszach, bo przecież goić się nie chciało jak trzeba… Uroku przy tym mu nie brakowało, czarował uśmiechem na lewo i prawo, słyszał coraz mniej, gadał coraz więcej. Nawet zaczął bloga prowadzić! Tak, był jednym z wrrredaktorów.

Tyle szczęścia miał w tym bidnym życiu, że zamieszkał na dobre w sercach pewnych dwunożnych, którzy mieli już jednego takiego podobnego wyglądem, tylko czarnego, a ten był całkiem jasny. I im wcale nie przeszkadzało, że łapki się trzęsą, że w uszach wciąż psiliardy żyjątek, które mimo wypędzania wszelkimi możliwymi sposobami, budują kolejną wioskę i już planują loty w kosmos. Nic im nie przeszkadzało, po prostu na sercach wyrosła im obok sierści czarnej – sierść z biszkopta.

Z tymi uszami to się potem tak porobiło, że sobie wyobraźcie… jedynym sposobem to było je po prostu usunąć… Ja nie wiem, ja za małą głowę mam chyba, ale mnie się to nie mieściło, że jak to? Nie mieć tych fruwających po bokach? Łysym być?! Ale jak powiedzieli, że to jedyne wyjście na spokój z chorobami… Nasi uzbierali więc, ile trzeba i pojechał biedny biszkopt daleko daleko… Nie wrócił już jednak nigdy do schroniska… Wyjątkowy pies z wyjątkowymi dolegliwościami i wyjątkowo bez uszu (jednak mu zostawili te klapeczki odstające po bokach!, tylko w środku nic nie miał!) trafił do wyjątkowego domu i wyjątkowych dwunożnych, gdzie razem z wyjątkowo wielko-jęzorzastym psiumplem wiódł nareszcie niebiedne życie. Brak uszu zastąpił zmysłem wyczuwania otwierania lodówki i wierzcie lub nie, ale zawsze był pierwszy. Wspominałem, że to wyjątkowy pies?

….wspominałem, że wyjątkowy…? To nie mogło być tak całkiem normalnie… bo kto słyszał, żeby guzik urósł w pompce…? Pompka ma krew pompować. Bez pompki nie ma życia. A jemu w pompce urósł guzik… Nikt nie wiedział, bo skąd, do momentu, aż nagle nie zemdlał… Potem ganianie po psiowetach, wyjazdy, osłuchiwania i te inne, i cóż… nic się nie dało zrobić… Dawali mu takie zaszczyki, po których odżył, mógł się jeszcze pocieszyć spacerami, mógł pochodzić po lesie, mógł się nacieszyć ciepełkiem i początkami jesieni…

…mógł…

Wyjątkowy pies, z wyjątkowymi uszkami i wyjątkową pompką opuścił wyjątkowych ludzi…

Bidek jeszcze nie raz będzie się przepychał do lodówki, jeszcze nie raz nie będzie można przez niego wyprostować nóg w łóżku, jeszcze nie raz szczeknie nagle…

…czy może to się będzie tylko wydawać…?

…do zobaczenia…

2 komentarze

  1. Biegaj piesku po tęczowych łąkach.Mimo, że Cię nie znałam śledziłam Twoje losy i trzymałam kciuki a teraz tak smutno….jeszcze nie raz będziesz się przepychał do lodówki, jeszcze nie raz Twoi ludzie Cię usłyszą ale z dnia na dzień będzie coraz ciszej….
    Piękny post, wspaniali ludzie.

  2. hehhhhh, miło,smutno jak zawsze niezwykle przejmująco. uwielbiam, choć przez ciebie czasem ryczę….

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)