…dzwonię do państwa, bo chciałam zgłosić, że…

Oooooj nasi to telefony odbierają ciekawe! Większość to takie typowe, że pies się błąka, że kot chory, że ktoś ma małe czterołapki i co dalej ma zrobić, że sierściuch to, a pies tamto, a czy można zbiórkę zorganizować, czy może karmę chcemy albo kordełkę czy poduszki dwie. Różnie. Ostatnio jednak były takie telefony, co to się często nie zdarzają!

Pewnego dnia zadzwonił ktoś i powiedział, że widział kotka… Jak w jednej takiej bajce, a że kotki to dość powszechne zjawisko w mieście, to nasi nie byli zdziwieni. Osoba po drugiej stronie telefonu nie dała jednak za wygraną i powiedziała, że tego kotka to widziała z daleka, bo siedzi on… na drzewie. Próbował sierściuch zleźć, ale mu to niebardzo wyszło, bo tylko wspiął się o kolejne dwa piętra do góry. O, kto dojrzy?

Podpowiem, że jest czarny i widać go mniej więcej na środku, ale trochę w górę.

Co było robić, jak futro takie mądre było, żeby świat z góry obejrzeć, ale mądrości wystarczyło na krótko i pomysł na zejście się nie pojawił… trzeba było ratować! Pojechali nasi, pojechały samochody takie wieeeelkie, czerwone!

….do jednego, małego sierściucha! Ale wstyd, nie ma co! Próbowali dwunożni różnymi sposobami się dostać, łatwe to nie było, bo drzewo nie jakieś grubsiejsze, nie było jak drabiny podstawić, więc ostatecznie, po sierściuchowemu trzeba było po futrzaka wleźć…

Na szczęście zwierz nie postanowił nagle, że właściwie sam sobie poradzi i nie sfrunął z drzewa. Dał się złapać i przyjechał do nas. Się okazało, że właściwie to przyjechałA. Na imię jej dali Syrenka.

Całkiem miłe to stworzenie było, jak na sierściucha. Odkarmione, grubiutkie, z oczydłami tak zielonymi, że Burkot mało się nie obraził, że ktoś może mieć ładniejsze oczy od niego. Na szczęście wkrótce właściciele się znaleźli i powiedzieli, że sierściucha im zwiała, że takie piękne imię za bardzo do niej nie pasuje, bo charakterne rogi jej za uszami czasami wyrastają iiiii że ma na imię Tośka.

Tośka narobiła zamieszania, zachwyciła zielonymi ślipiami i wróciła do domu, pełnych miseczek i swoich dwunożnych…

Niedługo potem, po kilkudziesięciu innych, całkiem zwyczajnych telefonach, ktoś powiedział do słuchawki… Dzień dobry, bo tutaj, przy cmentarzu, siedzi jaszczurka… Nasi na początku stwierdzili podobnie, jak wyżej, że to przecież nic nadzwyczajnego, jaszczurek jest w okolicy trochę… A że siedzi w takim miejscu, to cóż, może akurat nie ma innych planów, zastanawia się, co dalej zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem… chociaż to już było popołudnie. Nasi jednak zaczęli pytać, jak wygląda jaszczurka, może chora jest, może nie może się ruszyć? Jak usłyszeli, że zwierzak jest zielony i ma jakiś…. metr długości, to zaraz machina wyjazdowa ruszyła! Ziomp taki na dworze, a metrowe jaszczurki bynajmniej chłodu nie lubią.

…i przyjechała… jaszczurunia…

Szpony długaśne, ogon jeszcze dłuższy…. Co z nią zrobić, do licha?! Nie wiadomo nawet było, czy to pan igułan czy pani igułana! …ja się nie znam, nasi mówili, że to igułańskie coś…) Wiadomo, że jeden z psiowetów jest też dizonaurolubem, to może on…? Jak do niego zadzwonili, to przyjechał zanim zdążyli odłożyć słuchawkę, a jak tylko zobaczył zielone zwierzątko, to oczy mu zabłysły i cały rząd zębów pokazał z tej radości!  Jaszczura pod pachę chwycił i poleciał, bo przecież trzeba ogrzać, nakarmić i nie wiem co jeszcze tam się robi z takimi dizonaurami… Szukali nasi właściciela, ale się nie przyznał nikt.

Nie tylko nasi od nas odbierają takie telefony. Nasi z Miasta Ciuchci i Pary też odebrali pewnego dnia telefon i usłyszeli, żeee… krokodyl siedzi na płocie! Nikt nie wie, co z nim zrobić, a że nasi są od zwierzątek, to przecież krokodyl też zwierzątko… Co było robić, pojechali. Na szczęście gadzina nie była krokodylem, a tym, o:

Agama brodziata. Jak nasz najgłówniejszy! On też jest brodziaty! …a nie są podobni… Nasi zaraz jej skombinowali jakieś mieszkanko, żarło, ogrzewanie, ale wiadomo było, że trzeba jej poszukać agamolubnego domu, bo to trzeba lubić i umieć się zająć. Może ten poprzedni właściciel właśnie nie umiał…

To szare, szponiaste zwierzątko znalazło dom u Kiedyś-Tabletkowej (która teraz nam kierownikuje) i ma się całkiem dobrze między fretkami, psami, kotami i co tam jeszcze mieszka innego od czasu do czasu zanim wróci na wolność czy wyjedzie do ośrodków dla dzikich zwierzów… Nie nadążam czasem…

Ostatnio tak straszliwie wiało, że pewnie każdy o tym wie, bo albo prądu nie miał, albo wody, albo wszystkiego na raz, albo przynajmniej czytał, że u nas tak było. I w tym domu też nie było prądu, a że takie gadowate lubią ciepełko…

Ubranko pożyczone od ciłałki (która też tam mieszka, ma na imię Chilli, ma 134 lata i dużo innych ubranek, więc nie mazrła) pasowało idealnie!

Widzicie, jakie niespodzianki czasami się zdarzają. U nas to nigdy nie wiadomo, jak wysoko trzeba będzie włazić, co przyjedzie i na czym trzeba będzie się znać. Nasi wstają rano i nie wiedzą, czy nagle będą musieli szukać lamp do grzania gadzin, czy całą bandę pożarniaków wzywać do jednego sierściucha, czy będą biegać za psami, czy może krokodyla przyjdzie łapać… Każdego dnia może się trafić niespodziewana niespodzianka, ale dadzą radę!

Jeden komentarz

  1. Cudownie napisane💚💙brawo💚💚

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)