Miiiiziaaaj mnnniieeeee, a bedę Twóóóój…..

Powinnam znów zapytać, co widzicie w strzelaniu?! Do jasnej psianielki, mało to krzywdy wyrządziło?? Ech…

Dziś smutna historia, chociaż sierściuch ze wszystkich sił udowadnia i przekonuje, żeby się nie przejmować, bo on każdego pociągnie za sobą w tym optymizmie.

Zacznijmy jednak od początku…

Pewnego dnia pewna dwunożna przyniosła do pewnych kociowetów sierściucha.

Twierdziła, że on dziki, że sobie na dworze żyje, że nagle zepsuły mu się tylne girki, więc trzeba mu jakoś pomóc… Po czym – zostawiła futrzaka i… tyle było z dalszej pomocy czy coś. Sierściuch miał zrobione takie zdjęcie, co wszystko widać, co tam w środku jest i wyszło, o:

Widać łepetynkę, widać girki przednie, widać żeberka, widać słupek z kręgów i tam właśnie widzicie takie białe coś. To nie jest jakiś błąd, nie żaden guzik przypadkiem wypadły z kociowetowego fartucha.

To śrut.

Ugrzązł w plecach i tyle było z sierściuchowej sprawności… Uciekła razem ze strzałem….

A co do dzikości kotełka. No tak jakby…

„Miziaj mnie, byle prędzej i bardziej, i dłużej, i nie przestawaj!”.

Niestety poza opieką taką bardziej podstawową, to nie można było nic więcej zrobić w tej lecznicy, a że tamta dwunożna nie chciała futrzaka zabrać, trzeba było mu poszukać miejsca… Sierściuch został przewieziony do nas!

Iiii z miejsca wszyscy się zaczarowali! ….eee… oczarowali… się? Tak chyba. W każdym razie wzdychania na pół schroniska było słychać, że taki cudny, że miziasty, że nieziemski, że mięciutki, że…. aż wstyd było słuchać, kto by to widział, żeby sierściuch aż takie wywołał wrażenie…

Niestety przez ten kawalątek metalu, Śrutek (bo takie imię dostał), nie czuje nic, co mu się tam dzieje przy tylnołapiu i się to ze wszystkim wiąże, z czym się tylko może wiązać, z podogoniem też… No… Także ten… Najpierw nasi go porządnie wyszorowali, bo się tam z tyłu już zaczynało robić tak nie bardzo…

Jak widać – mało go to obeszło, byle go dotykać, drapać i BYĆ.

Potem go ogolili od połowy do tyłu, żeby było łatwiej tam z tym podogoniem… Bo nie wiem, czy widzicie, ale on ma te kudełki takie trochę dłuższe i podobno strasznie miętkie, to żeby mu się tam z tyłu nie babrało od tego, że czucia nie ma… Cóż, nadrabiał miną boskiego Śrutalvaro:

Do miziania pierwszy (powtarzam się, ale potem pokażę, że ot tak nie klepię bez sensu), zabawkami też nie gardził:

Nasi oczywiście nie stwierdzili, że skoro ma już tę kulkę w plecach, to niech ma, trudno, jakoś to będzie. To by nie byli nasi! Zaraz go zabrali do kolejnych kociowetów, potem poumawiali jeszcze dalej iiiii Śrutek pojechał daleko, daleko. Tam się okazało, że ta kulka akurat trafiła prosto między te kręgi, z których składa się słup… I w tym słupie z kręgów biegnie taka cieniuśka niteczka, dzięki której ruszają się wszystkie łapki. I ta metalowa kulka trafiła akurat w sam środek…..Nitka się przerwała, a podobno jeszcze nikt jej zszyć nie umie, więc sami widzicie – klops. Nasi jednak zdecydowali, że trzeba się pozbyć tego czegoś, bo może i stanu nie poprawi (ale przed operacją to jeszcze mieli nadzieję!), ale nie będzie drażnić tam, bo przecież połowa Śrutka cośtam czuje, a czuć taki kawałek w plecach, to nic fajnego.

Sierściucha więc uśpili, śrut wyjęli iiiii oto i to właśnie ono:

Takie małe coś zdecydowało o tym, że Śrutek chodzić nie będzie już nigdy. Znaczy on o tym nie wie, więc też mu nie mówcie, bo może jednak…?

….a właściwie… co też ja plotę… jakie chodzić nie będzie….

To jest sierściuch, sparaliżowany do połowy, biedny, leżąc……eeee……

Śrutek opanował podłogę, na miejscu na usiedzi, on nie żyje po to, żeby leżeć! On chce zwiedzać, chodzić, czuć wiatr w sierści, ptaków słuchać, czeka na niego wielki świat, on jest o tym przekonany! Ze swoją inteligencją, sprytem, mądrością……………………….yyyyyyyyyyy…………… znaczy ten…

Zapomnijmy, nie było tego… Przyjmijmy, że po prostu z całą gracją i wdziękiem wychodzi na spacery… Znaczy nasi go wynaszają, a trochę on sam idzie, bo tak go ciągnie, żeby czuć uciekającą ziemię pod girkami, że idzie się zryczeć z żalu, że nie może… Przecież my, psy, doskonale rozumiemy tę chęć wyjścia stąd, zwiedzania, poznawania nowych zapachów, tarzania się w trawie! I wstyd przyznać, ale naprawdę nam go szkoda, że nie może wychodzić tak, jak my.

…a jakby ktoś miał domek z ogródkiem…. a przynajmniej tyle czasu, żeby z nim pod blokiem siedzieć… to zyskałby jednego z najbardziej pociesznych, szalonych, miziastych, ciekawskich sierściuchów na świecie…

Nasi mu skombinują jakieś szeleczki, nad wózeczkiem pewnie pomyślą, żeby Śrutek mógł sobie połazić prawie samodzielnie. Ja nie wiem, czy on się tymi kółkami nakrywać nie będzie w tym szale! ….jeszcze się skończy na tym, że będzie konkurencją do wychodzenia na spacery, bo jak dwunożni przyjdą kogoś zabrać do lasu, to nasi jego będą dawać… Też coś!

Tylko wiecie…. bo to, że sierściuch sobie czasami wyjdzie w szeleczkach, to, że sobie pochodzi po podłodze, że go nasi wymiziają… ciągle będzie mu mało… To zawsze jest mało, a on to taki w ogóle szczególny jest pod każdym względem…

Myślicie, że znajdzie się dla niego dom…? Taki, w którym nie będzie nikomu przeszkadzało, że do kuwetki nie pójdzie…? Że trzeba go będzie przemyć tu i ówdzie…? Taki, w którym mu zamontują codziennie dwa kółeczka, żeby sobie pobiegał…? I wyjdą z nim na spacer albo do ogródka, żeby poczuł miętkość trawy, posłuchał ćwierkania, poczuł wiatr w grzywce…? W którym go wymiziają, przytulą, dadzą zapolować na kawałek włochatej kulki na wędce…? Znajdzie się taki dom…? Przecież po tym co przeszedł, musi w jego życiu jeszcze zaświecić słońce! Popatrz na niego, on się niespecjalnie przejmuje swoim kalectwem, nie użala się nad sobą, nie marudzi. Zarazi optymizmem!

Jeśli myślisz, że mógłbyś mu to zapewnić, ale się ciutkę wahasz jeszcze – przyjdź i poznał Śrutalvaro, w którym zakochuje się KAŻDY. (Mało i mnie nie trafiło… TFU!) Porozmawiaj z naszymi, opowiedz o wątpliwościach, pytaj, ile wlezie. Lepiej poznać swoje siły zanim ewentualnie obowiązki przerosną. Pewnie, że możesz zapytać, a potem uznać, że jednak nie dasz rady, bywa różne, może za to inny sierściuch znajdzie u Ciebie dom? Może jutro czy za tydzień znów ktoś się zjawi, tym razem pewny, że da radę…?

Nie, żebym tam miała jakoś przekonywać jakoś bardziej, bo tutaj ktoś po prostu musi być sam pewien, że podoła.

Nic nie napiszę już więcej, wstawię tutaj tylko jedno jeszcze, zupełnie nijakie i niezobowiązujące zdjęcie, na którym nic a nic nie widać boskości i cudowności Alvaśrutarrrro….


Jeśli nie możesz przygarnąć Śrutka, ale chciałbyś mu pomóc, możesz dorzucić drobniaka do jego zbiórki, bo ciągle zbieramy na opłacenie tej operacji wyjmowania tej kulki z pleców… Kliknij TUTAJ, a się przeniesiesz, gdzie trzeba.

Możesz też kupić takie coś, na czym się leży i w co wsiąka wszystko, co ma wsiąkać, ale nie przecieka niżej… Się to nazywa jakoś mądrze pewnie…. gdzie ja miałam to zapisane… o! Mam! Podekład! Śrutek trochę tego zużywa…. Możecie przynieść, albo kupić i wysłać, bo nie wiem, skąd jesteście… Adres schroniska naszego znajdziecie TUTAJ.

Możecie też wejść do takiego specjalnego sklepu, kupić coś specjalnie dla tego sierściucha i nie płacicie nic a nic za wysyłkę, bo raz w miesiącu to ten sklep do nas wszystko wysyła! Jak klikniecie TUTAJ, to Was przeniesie. Gdzieś przy końcu listy są te podekłady też, możecie je tam kupić i one same do nas przywędrują.

Ech… oby to moje pisanie o nim coś dało…

Dziękuję psierdecznie za uwagę i wybaczcie to moje rozpisanie. Taka to już chyba cecha wrrrredaktorów. Prędzej czy później każdy z nas nie umie postawić tej ostatniej kropki…. Ale czasami się nie da krótko…

Prawda…?

Właśnie.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)