Bliznami malowany…

Ile musiał przejść? Co go spotkało? Nic nie musi mówić, wszystko widać…

Mnie się wydaje, że ma takie same blizny też od środka…

Nikon przyjechał do nas jesienią, ale nie tą, co była teraz, tylko jeszcze wcześniejszą. Przybyłby może i prędzej, ale przecież nikt go złapać nie mógł, w końcu musieli takie sprytne puzderko postawić z karmą, które jakimś cudem wie, że w środku jest zwierz i się zamyka. Magia, Wam piszę! Jeszcze tego nie rozgryzłam, ale w sumie na mnie klatek nie trzeba, na ślepo lezę za każdym zapachem… W każdym razie dobrze, że w końcu się udało, bo przecież po jesieni zwykle przychodzi zima, a wraz z nią ziąb taki, że się ani pół nosa nie chce wystawiać, czeka się na wiosnę…

Tylko z tym owczarkowym strachajłem to akurat było tak, że czy słońce grzało, czy wiaterek wiosenny wiać zaczynał, z budy ewentualnie wystawało jedynie ucho…

Nie musiał nic mówić, zresztą nawet nie chciał… Trawił tę swoją historię, czy też może – ona trawiła jego.

Pewnie, że nasi nie przechodzili obok tego obojętnie, ot tak sobie! Byli tacy, co im to sen z powiek spędzało, zwłaszcza jednej takiej, co zawsze szczególniej myśli o tych poharatanych od środka…

Niełatwe to zadanie zazwyczaj. Się siada i…. się siedzi. I siedzi. Bez zapasów cierpliwości się nie da.

O smaczkach nie wspomnę nawet, ale na samiuśkim początku to i tak zwykle pożytku z nich nie ma, chociaż porządny psiolontariusz zawsze ma pełno po kieszeniach.

Z czasem jednak zaczynają się przydawać…

…z czasem to i łeb przestaje się chować na sam widok dwunożnego, chociaż wciąż zależy, co to za dwunożny.

Pewnego pięknego dnia do Nikona zaczęła przychodzić też jedna z najmłodszych psiolontariuszek. Behapsiorysta nawet uznał, że to może być świetny pomysł; pewnie chodziło o to, że mniejszy dwunożny to i mniej strachu wywoła, a ciepełka da tyle samo.

I tak oto Nikon zaczął poznawać czesanie…

…i zobaczył, że żadne niewygody nie są straszne naszym, nie poddają się tak łatwo. Nawet, jak nos z budy wyjść nie chce, to i tak żaden problem, żeby się do niego dostać, o:

….a potem są takie nagrody….

….czekajcie, bo nic nie widzę teraz….. jakąś cebulę ktoś chyba zostawił tu gdzieś w biurku….

…dobra, już.

Zaczęły się oraz śmielsze merdanie ogonkiem, coraz weselsze powitania, których jednak Wam nie pokażę, bo Nikon uznaje, że one są tylko dla tych najszczególniejszych i przy próbach uwieczniania, robi w-tył-zwrot i tyle. Nieważne, najważniejsze, że zaczął ufać, widzieć sens, że zaczynał czekać…

To jeszcze zdjęcie z innego kojca, który stał na środku trawnika niemalże, a teraz mieszka w innym, cichszym, gdzie ma spokoju więcej, gdzie można go wypuścić, żeby mógł swobodniej pochodzić, bo tam wybieg też jest taki akuratny i można uczyć śmielszego dreptania. To już była jego druga przeprowadzka i o ile ta pierwsza została przypłacona zapaskudzonym wszystkim, co się dało, łącznie z psiolontariuszami….. taki to był stres…. to druga już była o niebo sprawniejsza i mniej stresowa, więc nasi byli dumni co najmniej tak, jak ze mnie, kiedy ktoś przyniesie worek z karmą, a ja ani nie tknę!  Trochę trwało, żeby Nikon zaczął w ogóle wychodzić sam z kojca, ale nasi mają duuuużo czasu i cierpliwości w zapasie, więc i to się zaczęło udawać. Co prawda pomaluśku i nieśmiało, a do tego po ścieżce z kulek, ale jednak!

…..jak tu naszych nauczyć, żeby i mi takie robili na spacery…….

W każdym razie – idzie ku dobremu dzięki psiolontariuszom, jest coraz bardziej bezpiecznie….

…i rozkosznie…

I będzie jeszcze piękniej! Nasi pójdą jeszcze dalej, jak tylko Nikon na to pozwoli, i będą pokazywać mu coraz większy świat… Chociaż tak całkiem całego mu nie pokażą, tylko tyle, co tu na około w lesie…

…tutaj będzie musiała zacząć się już rola kogoś, kto zobaczy w Nikonie to samo, co nasi widzą, a kto będzie mógł podarować mu jeszcze jedno, ostatnie, najlepsze z najlepszych miejsce na ziemi, w którym blizny znikną już całkiem i na zawsze… Niestety tylko te w środku, na pewno na nosie pozostaną, będą do końca jego dni przypominać o tamtych strasznych chwilach… Może i już zawsze będzie panicznie reagował na burze, gradobicia, strzelania, może i już na zawsze będzie smutniał z tylko jemu znanych powodów, ale jeśli już na zawsze będzie miał u kogo się skryć, u kogo szukać pocieszenia, czy chociaż będzie wiedział, że może to zrobić, to to będzie coś najpiękniejszego na świecie….

DZIĘKUJĘ za wszystko, co wszyscy robią dla Nikona… Możemy spać spokojnie, bo wiemy, że cokolwiek by się nie działo, i ktokolwiek by do nas nie trafił, jak bardzo zabliźniały od środka, to nasi się postarają te szramy rozmasowywać….

…wiecie, że sami stają się wtedy mniej poharatani…?

Magia…


Pees. W związku z tym, że Nikon znalazł miejsce w sercu tej naszej jednej z najmłodszych, a inny nasz ma taki dar szczególny w rękach i głowie, to powstał Nikon w formie kreskowej:

Czyż nie jest psiękny?? Zawisł już na ścianie u tej dwunóżki, bo chociaż na żywo nie może tam zamieszkać, to musiał być obecny chociaż w taki sposób…


PeeS bis. Mam takie dojścia i znajomości, że mogę Wam pokazać też inne portrety autorstwa tego samego Wolontartysty! Oto Nursik:

A to Lily…..

I wiecie, że Wy też możecie mieć taki obrazek?? Znaczy swojego zwierzaka! Czy psa, czy sierściucha, obojętnie! Czy adoptowany od nas, czy skądś, czy nawet z papierkami i tatuażem – nieważne, warunek jest jeden, jedyny – trzeba mieć serce porośnięte sierścią i wesprzeć nas monetkami kilkoma… No dobra, ze kilkadzieści albo i – siąt, ale to wszystko idzie do nas! Na leczące kulki, na moc w kablach i wilgoć w rurkach. Każda jedna monetka nam pomaga…

To jakby co, to śmiało pisać mnie (adres tam na dole strony podany jest, pod hasłem „maila ślij”, albo i na fejsie), a ja dam namiar na tego zdolnego dwunożnego, który po obgadaniu szczegółów zrobi dla Was takiego kreskowego, fajowskiego zwierzaka.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)