„…zostawmy to i chodźmy na spacer…”

Ja to jestem, jak nie patyki w temacie, to jakieś kropki i kreski, jakbym się od morsa nauczyła pisać, ale nie – musiałam tak dać, bo nie ja wymyśliłam ten zlepek, który pewnie sobie wielu z Was odśpiewało teraz. Tam coś jest dalej o tym, że świat inaczej wygląda i że wszystko kwitnie i takie tam. Dziś, po tamtych wszystkich wzruszach i dziwnych historiach (a miałabym w zanadrzu kilka tak absurdalnych wydarzeń, że dopiero byłoby co pisać, ale chyba Wam podaruję jednak…), trzeba napisać po prostu o tym, że czy zmartwienie się ma, czy coś się wydarzy głupiego albo i mądrego, i cokolwiek się czasami wydarza, zawsze dobrze jest po prostu przyjść, zapiąć kogoś z nas na smyczkę i pójść ku wspólnej przygodzie w przyschroniskowym lesie. Jak kto chce dalej, na przykład do domu, to też jak najbardziej można, ale jednak radziłabym uprzednio podpisać umowę, co by nie było potem, że coś się naszym liczba zwierzątek nie zgadza na obchodzie…

Powtórzę się, napiszę wręcz banał, ale spacery to sens naszego schroniskowego życia. Czekamy na nie całymi dniami i właściwie jak z nich wrócimy, to już czekamy na kolejne. Czasami nam się nie chce, czasami ktoś jest chorszy bardziej, jak Tolka (ona ma problem z girkami i słupkiem z kręgów, boli ją czasami przeobrzydliwie):

Ale ona też czeka na te spacery i wychodzi na tyle, ile może. 

Bo tak super jest pociągnąć już od pierwszych metrów za furtką, tu na przykład Luger.

Z nim mieszka Metka i ona wie, że choćby to było to samo drzewo widziane od miesięcy, to jednak może być na nim zupełnie nowy zapach!

Ten ogromny plus, że u nas są kilogramy cienia w lesie i o ile na placu schroniskowym musimy trochę przygrzać łapki i łepki, to już w lesie możemy słońcu pokazać język.

Nawet, jak się jest takim Rokersem, który cały rok chodzi w kożuchu, to taka przebieżka w cieniu, między powiewającymi listkami, to jest coś o wiele superowszego niż siedzenie przy budzie. Dobrze, że w końcu to zrozumiał i nie warkoli już tak, jak kiedyś, a do niektórych to wręcz jest milusim misiem.

O ile niektórzy idą na spacer z gracją, dostojeństwem i należytą powagą, jak Kumpel i Gładek (a ten akurat wykopytkował DO DOMU kilka dni temu!!!):

…o tyle niektórzy….

Krajek nie przejmuje się tym, co dwunożni powiedzą, jest sobą i korzysta z każdej chwili, żeby porobić to, na co ma ochotę:

Przecież właśnie o to chodzi w tych naszych spacerach!

I nawet takie starszawe, i już dość mizerne czterołapki wychodzą, jak Miśko:  

One to już nie zawsze na jakieś długie, czy nawet średnie kółka, bo to wszystko zależy od ogólnego poczucia się danego dnia, kondycji i w ogóle, ale KAŻDY zasługuje na ten czas spędzony poza schroniskiem z wolontariuszem.

I nawet takie psy jak Pops, które przecież mogą zamamlać na śmierć, bo zębów nie mają, ale charakterek za to zabójczy… Chociaż widać, że one też potrafią się patrzeć na dwunożnych maślanymi oczami:

I takie psy, jak Musia, czyli nieśmielsze niż inne, potrzebujące czasu i w ogóle specjalniejszego traktowania czasami. Czy nieśmiały jest, czy nie – spacer też należy się, jak to mówią.

Jak już wspomniałam wyżej przy Metce, niuchanie jest dość przeistotne i o ile spacer jest sensem schroniskowego życia, to czytanie tej zapaszystej gazety jest sensem spaceru!

Dlatego też zawsze powtarzamy, że nawet, jak ktoś ma ogród i pies może sobie po nim hasać do woli, to i tak spacer jest czymś najfajniejszym na świecie i pamiętajcie, żeby zabierać te czterołapki, żeby sobie obwąchały coś na zewnątrz, bo wszystkie zapachy wokół domu są przecież właściwie ich samych i znają je na pamięć… Radość będzie przeogromna!

Wracając do tego naszego sensu spacerowego, tutaj jeszcze Dadek przedstawia różne techniki, bo można takim najprostszym sposobem – przystanąć, obwąchać najbardziej prawdopodobne miejsce skumulowania zapachów:

…a można też stylem szyjoskrętnym-krzaczkowym, kiedy to trzeba się nieźle nawyginać, żeby z każdego zdziebełka i gałązki wydobyć te najbardziej interesujące i skryte zapaszki.

Jest też styl tropiąco-pociągowy, tutaj przedstawia go Mortal:

Też nie jest to prosty styl, właściwie tylko dla wprawionych w boju, bo łatwo coś przeoczyć, ale Mortalowi po tylu latach życia na łańcuchu po prostu jest szkoda stać w miejscu.

Jak już jesteśmy przy różnych stylach, to ten pociągowy, ale bez dodatku  tropiącego, jest też najbardziej znanym stylem spacerowym w naszym schronisku.

Wiem, że wielu dwunożnych uwagę na to zwraca, że ciągniemy na tych spacerach, że nie wiadomo, czy do domu nas brać, bo jesteśmy za silni i kto to widział, żeby tak aż się wyrywać do tego lasu, przecież można spokojniej. Otóż – nie można.

Przecież wychodzimy z kojca raz na kilka dni, to gdzie mamy te łapy wybiegać? Po ścianach mamy chodzić? Niektórzy z nas to się aż odbijają od nich, sama widziałam, ale nawet ci, co czekają najbardziej kurturalnie na świecie najpewniej pociągną na spacer byle wyjść szybciej, byle dalej, a najlepiej to jakby w ogóle dwunożny zapomniał, że trzeba do kojca wrócić. Po adopcji, po kilku dniach albo tygodniach relugarnych spacerów zwykle się uspokajamy i co prawda dalej cieszymy się na spacer jak głupki, ale wiemy, że przecież za jakiś czas pójdziemy na kolejny, więc nie trzeba aż tak zmuszać tego naszego już dwunożnego do biegania za nami i nadwyrężania mięśni.

Wiecie, co jest jeszcze super na spacerach? SMACZKI. Nasi zawsze się starają, żeby jednak nie dostawać ich za nic, cobyśmy się nie rozbestwili zupełnie i nie rozleniwili, i tak oto tutaj Świdro pokazuje, że smaczek mu się należy:

A tutaj udowadnia, że krótkie girki wcale nie oznaczają niższych zasięgów:

W zamian ta psiolontariuszka udowadnia, że jest gotowa do poświęceń i patrzcie:

Nie boi się zmoczyć butów, żeby psiak był szczęśliwszy i mógł się pobawić też w wodzie! Chociaż ten to świetnie pływa i wleźć nawet po nos się nie boi, ale wiecie, zawsze to raźniej we dwójkę.

O otwarciu sezonu pływackiego już zresztą było jakiś czas temu, więc nie będę znów trąbić o tym, że nasi są tacy w dechę, że nas tam prowadzają (znaczy akurat ja nie korzystam, fuj…), ale chociaż zdjęcie Mortala wrzucę…

…albo Bandżiego dziękującego serduszkiem z ozorka, taki to chłopak uroczy!

Ten strumyk to w ogóle okazuje się magiczny, bo że małe psy mają tam po pachy, a duże po kostki, to wiadomo.

Ale żeby wody było ledwo, a pies wyszedł od stóp do głów mokry? Magia!

Ze spaceru można wracać najzupełniej dostojnie i z powagą albo… można być Krajkiem:

U niektórych skuteczność spaceru widać po długości języka, jak u Dadka:

Jakbyście się go jednak zapytali, czy żałuje takiego wyjścia, to zacznie machać głową zanim w ogóle dojdziecie do końca zdania! Wszystko jest lepsze od siedzenia w kojcu…

A jak ktoś nie ma już siły na spacery albo w ogóle nie bardzo mu się chce danego dnia, to można zabrać kogoś na wybieg, porzucać piłeczki patyki, albo posiedzieć razem w grajdołku, jak z Kadlim:

…i radochy będzie nie mniej!

Świat zacznie wyglądać inaczej, kiedy zaczniesz pomagać. Tak, nawet taki jeden spacer to już jest coś! Przekonaj się, że to nie będzie tylko takie jednostronne, że wyjdziesz od nas może i zmęczony i wypompowany z energii takiej fizycznej bardziej, ale ile bateryjek naładujesz i jaka to będzie satysfakcja! Kto wie, może i stwierdzisz, że już żyć bez nas nie możesz…? To i smutki można potopić w tym strumieniu, i problem rozwiązać, bo wysłuchamy i na pewno jakiś pomysł wyjścia z sytuacji wpadnie do głowy; można, optymizmu nałapać i odetchnąć powietrzem świeższym; można nauczyć się cieszyć z tak pozornie prostych spraw…

To jak, otwierać bramę? Już pędzisz?

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)