Dzisiejszy post sponsoruje literka… M!

M to bardzo piękna literka. Ma dwie nogi i dwie górki i środkiem dziubek idzie. Jak się dostawi zgrabne I, potem dostojne T, na końcu też dwunożne A, a pomiędzy fikuśne K, to wyjdzie najpiękniejsze imię na świecie! Moje, wiadomo!

Zupełnie nie wiedzieć czemu, ale niewiele jest zwierzaków u nas z imieniem na tę piękną literkę, chociaż w alfabecie  jest ich tyle, że wiadomo, że to trzeba jakoś po równo rozdzielić.

Lecimy z tematem! Najpierw Minolta:

Przyjechała do nas całkiem niedawno, za to z całkiem daleka. Znaczy może dla naszych to nie tak daleko, ale jakbym miała przejść tyle kilometrów, to by mi łapki zwiędły. Ktoś ją tam pewnie zgubił, ale wcześniej to widac, że o nią dbali, bo i kudełki miętkie, i boczki wcale nie są zapadnięte, a dwunożnych to kocha na zabój! Może przyjadą jej dwunożni? Może powiedzą, że jest ich, że ma na imię Saba, Miśka czy Petronelka i że powinni byli jej bardziej pilnować, ale teraz to nigdy, przenigdy jej nie zgubią…? Może… Ale jak nie, to niebawem będzie Minolta do adopcji i ja wiem, że będzie najlepszą psiumpelką na świecie!

Sierściuchy też mamy nazwane na taką zacną literkę. Na przykład Maszrum.

Maszruma zapakowano razem z kilkunastoma innymi sierściuchami w worek i podrzucono komuś do ogródka. Tak się przecież robi, prawda? To zupełnie normalne, kto by się tam dziwił….. Dwa miesiące już u nas mieszka, uszy już chyba zdążył wyleczyć, teraz zaufania jeszcze nabiera, bo na początku to tak średnio z tym było. Właściwie nie wiem, czy się dziwię, przecież jakby mnie tak z worka wyłowili i wpakowali do klatki, nawet dla mojego dobra, to nie wiem, czy bym tak od razu załapała, że będzie dobrze… Pewnego pięknego dnia ktoś na pewno przyjdzie i powie, że chętnie adoptuje kilkuletniego sierściucha, który może i nie jest taki od razu miziasty i nakolankowy, ale niech w klatce nie siedzi, tylko ma swój dom… Na pewno tak będzie pewnego dnia.

Wróćmy do psów, tym razem Movi.

Z takimi brudnymi girami przyjechał i wiecie, że nawet nie zamierzał się wstydzić?? Jak widać, jest całkiem spory, ale bać się nie ma czego, on uwielbia dwunożnych i zaraz tam się głasków domaga bezczelnie zupełnie. Niczym się chłopak nie przejmuje, byle micha była pełna i ktoś do spacerów i wspólnego spędzania czasu. Reszta się jakoś ułoży. Ach, i swoją siłą też się nie przejmuje. Jak chce iść, to idzie, jak na lewo, to na lewo, ale coś z owczarka mieć musi, także wiecie – nauczy się wszystkiego. Już go psiolontariusze będą pemperować odpowiednio i będą mu pokazywać, że warto jednak iść razem, a nie każdy sobie.

O Monsunie było nawet niedawno, ale o takich warto jednak częściej. Dla przypomnienia, oto i on:

Kiedyś chowający się do budy, jak tylko ktokolwiek się pojawiał na wiacie. Potem miesiącami przekonywano go do wyjścia, chociażby tylko na wybieg, ale byle zmienił otoczenie. Pewnie, że można było siłą, ale u nas się nie robi takich rzeczy. Jakby był potrzeby psiowet, to co innego, ale tak? Dla samego wyjścia i żeby się ucieszyć, że się udało? Co to, to nie! Mijały lata, ze cztery już właściwie… Ale jakiś czas temu nastąpił przełom. Cud jakiś. Cud po wielu miesiącach ciężkiej pracy i przekonywania. Zaczęło się merdanie ogonka, zaczęło się czekanie na założenie szelek… CZEKANIE! Jakby ktoś go nie znał kiedyś, to by w życiu nie uwierzył, że to był taki trzęsizad! I tak pięknie maszeruje i nic a nic się nie boi.

Tyle zmarnowanych lat, ktoś by powiedział, ale widocznie musiało tak być. Nie ma co się zastanawiać nad tym. Trudno. Teraz jest już coraz lepiej i teraz tylko w tę stronę będzie to wszystko szło.

Niezmiennie napiszę, że czekamy na Was tutaj u nas. Czy to na spacer wyjdziemy, czy do domu na zawsze… ale bez Was to tylko zakratowana codzienność będzie. Pamiętajcie o tym, kiedy myślicie, że eee, będzie za ciężko, nie dacie rady.

Wy macie wybór.

My nie.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)