Macaj bąble!

Dziś będzie bardzo ważny post. Z przesłaniem. Piszę go, bo mnie znów jeden dzień w kalendarzu natchł i co prawda to dzień skierowany bardziej do dwunożnych, ale zapewniam, że nas – psów – też to dotyczy. Znaczy psiolasek. Sierściuch też podobno, ale w życiu o żadnej nie słyszałam, której by się to przydarzyło, chciaż kto je tam wie. W każdym razie chodzi o dzień walki z tym paskudztwem, co chodzi tyłem, a co czasami się czepia i dwunożnych, i nas, i sierściuchów, i wszystkich, co żyją sobie na świecie, tylko to też nie tak ogólnie. Chodzi o Dzień Walki z Raczydłem Bąbli na Torsie. Znaczy to dwunożnych święto, dlatego na torsie, bo jakby to wyglądało, jakby pisali, że „na torsie i wszędzie indziej”. Dość głupawo. Co prawda dwunożni mają tylko dwa, my mamy ze sześć albo i więcej, to i patrzcie, jak większe ryzyko! Tak więc po tym przydługawym wstępie już wiecie, że dziś będzie właśnie o tym.

Otóż… kogo to może spotkać? Każdego! Kiedy? W każdej chwili! Ma jakieś znaczenie, czy bezdomniak, czy domniak? Żadnego! Groźne? ….ech…

Jak można uchronić psiolaskę czy sierściuchę – o tym będzie za chwilę. Teraz pokażę, że to jest częściej spotykane niż się może wydawać…

Guziki na podwoziu miała na przykład malutka Lonia:

Przesympatycznej psiumpelce, Grabie, też się coś brzydkiego tam zrobiło:

Te dwie już są dawno po zabiegach, zresztą nie tylko te, bo jeszcze i Misia miała, i pewnie kilka innych, ale starszawa już jestem, to nie pamiętam… I Optima mieć będzie usuwane, urocza Becia też jeszcze czeka na swoją kolej na stole u naszej psiowetki…

Nie jest też tajemnicą, że i mi się takie paskudztwo przyczepiło swego czasu. Nasi odkryli, zapisali mnie do kolejki i potem paradowałam w zielonym wdzianku.

Bo widzicie, jak się odkryje takie guziki na podwoziu, to trzeba koniecznie, ale to najkonieczniej wybrać się do psioweta, żeby je obejrzał i zdecydował, cóż to takiego. Najpewniej powie, że to trzeba wyciachać, a potem zdecyduje jeszcze, czy wystarczy taki jeden tylko usunąć, czy lepiej polecieć po całości, żeby już nic więcej się nie tworzyło. To takie wredoctwo jest, że jak jest jedno, to może być i drugie, piąte, dziewiąte, rozsiewa to się jak kwiatki na wiosnę, a jak mało mu miejsca na podwoziu, to włazi do środka… U mnie akurat zdecydowano, że wszystko trzeba usunąć. Znaczy połowę. Bo tak to skonstruowane jest u nas, że mamy dwa rzędy bąbelków i się usuwa tylko z jednej strony na raz, jak już. Potem wygląda się tak:

Tak, to ja. Już mi się zagoiło wszystko i sierście mi odrosły, golizną nie świecę. Pewnie, że ciągło i bolało, ale plus dodatni z tego taki był, że Tabletkowe do mnie przychodziły z torcikami!

Teraz muszę nadać sytuacji trochę powagi, bo ja wiem, jak to na razie brzmi. Ot – coś się pojawi, to się wytnie i już, wielkie mi halo. Otóż tak, to jest wielkie halo. Przede wszystkim – trzeba to w ogóle odkryć i bez macania się nie da. Wiem, jak to brzmi, ale tak samo, jak to u dwunożnych lasek jest ważne, to i u psiolasek, tylko u nas to jest, zdaje się, łatwiejsze, bo przy mizianku można na plecki wywalić i sobie wygłaskać też część klatkowo-brzuszną i wtedy powinno coś być czuć. Znaczy nie powinno, co ja plotę… Jak coś czuć mniej fajnego pod skórą, jakiekolwiek guziki, to trzeba do psioweta i to bez czekania za długiego!

…bo jak się nic z tym nie zrobi, jak się nie wymaca, jak się nie pójdzie po pomoc, jak się uparcie twierdzi, że „przecież jak się wytnie, to będzie gorzej”, jak się uda, że się nie widzi, to potem jest tak, jak na przykład z Misią…

Z nią to taka historia, że miała coś na podwoziu, nasi pomogli, wszystko wyleczone, oddali psiolaskę do jej domu z zastrzeżeniem, że trzeba ją macać, bo guziki były wyjątkowo bezczelne (w badaniach potwierdzone) i nie można o tym zapomnieć! ….po jakimś czasie odebrali telefon i tam ktoś powiedział, że od Misi tak jakoś nieładnie zalatuje i mokra taka od spodu. Nasi pojechali… a tam się psiolaska już rozkładała za życia, bo nowe coś wyrosło, pękło… Psiowetka, jak się zabrała za golenie, żeby przygotować do operacji, to zobaczyła to:

Jak można było nie zauważyć, zwłaszcza że się mówiło, że trzeba bardziej uważać…? Nasi nie oddali już Misi do tamtego domu, złożyli też stosowne papierki do odpowiednich miejsc…

Szmytka trafiła do nas jakiś czas temu już, starutka była jak świat.

Właściwie to okazało się, że została podrzucona, bo miała to:

Nie wydaje się duży, ale już dawno był rozpadły, zapaszek był bliższy zwierzakowi, który już wieki nie oddychał… Pewnie w domu zaczęła przeszkadzać, to po co to takie trzymać? …a to dwa dni nie rosło na pewno.

Wasabi była o wiele młodsza i miała co prawda większego guza, ale wydawać by się mogło, że nie jest aż tak źle, bo była tam tylko malutka dziurka…

Widzicie już może, ale żeby tak bardziej, to pokażę jeszcze tak:

…tylko że w Wasabi było tyle guzików jeszcze w środku i była już tak bardzo słaba…

Tych dwóch psiolasek nie ma już z nami. Szmytka była staruszką, prawda, ale nie musiała żyć z tak ogromnym bólem, jaki z pewnością jej towarzyszył od dawna. Wasabi mogła mieć zabieg na samiuśkim początku, gdyby ktoś chciał zauważyć problem… Ale pozwolono, żeby guz rósł i się rozprzestrzeniał… Kiedy trafiła do nas, było już za późno…

Wiem, że niektórzy mówią, że przecież jak się wytnie jedno, to potem się dopiero guziki posypią i w ogóle wszystko się pogorszy i nie wolno nic robić, bo właśnie wtedy to już prosta droga do odejścia tam, skąd się nie wraca. Otóż… napiszę tak… CO ZA B-Z-D-U-R-A! Może się tak zdarzyć, że po wycięciu jednego pojawią się kolejne, ale ten typ guzika ma tak właśnie, że się mnoży, czasami na potęgę i jak się za późno zacznie robić cokolwiek, to i bardziej prawdopodobne, a nie że jak się wytnie, to potem dopiero jak na złość rośnie! Jak nic się nie zrobi, to właśnie jest większa szansa na kolejne. Dlatego tak ważne jest reagowanie szybciej i robienie takich specjalnych zdjęć, co to widać psa od środka, żeby zobaczyć, czy nic tam już się nie rozwija, skoro podwozie zaatakowane.

Można mieć wpływ na to, czy guziki się pojawią na bąblach? Akurat w przypadku psiolasek można, ale to się okazuje, że do drugiego roku życia, tak mniej więcej. Podpatrzyłam u naszej psiowetki taki sprytny i bardzo naukowy artykuł, który mogę wysłać komuś, jak ktoś chce, ale go przeczytałam w odpowiednich fragmentach i żebyście też byli tak mądrzy, to Wam napiszę, że wynika z niego, iż kiedy się pozbawi psiolaskę możliwości do rodzenia psieciaków mniej więcej do roku-dwóch, to wtedy obniża się bardzo ryzyko zachorowania, a w ogóle im wcześniej, tym bardziej się obniża. Niestety przy starszych psiolaskach taki zabieg już raczej nic nie da niestety…

Czy w takim razie nic się więcej nie da zrobić? Da – MACAĆ. Nie wpłyniecie może na to, czy coś się pojawi, ale na pewno będziecie wiedzieć wcześniej, a im wcześniej się zacznie, tym lepiej, wierzcie mi… I wcale nic się więcej nie musi pojawiać nowego, może to być raz jeden i ostatni. A może i nie być… ale to niczyja wina będzie…

To teraz po pierwsze – wywalacie swoje psiolaski na plecki i miziacie po klatobrzuszku z nadzieją, żeby nic nie znaleźć, ale jeśli coś, to pamiętajcie – psiowet i trzymamy kciuki, żeby to nic…

…a po drugie… Jak już jesteśmy w temacie Dnia Walki z Raczydłem Bąbli na Torsie… Drogie dwunożne laski, chociaż w sumie nie tylko… Pamiętajcie, że Wasze zwierzaki chcą się Wami cieszyć do końca swoich dni. Napiszę prosto z mostu – siebie też macajcie. I na stojąco, i na pleckach, i z ręką w górze jedną, potem na odwrót, czy jak to się tam robić powinno. To ważne…

Wszyscy chcemy tu być jak najdłużej i wszyscy chcemy mieć siebie jak najdłużej…

2 komentarze

  1. …tak to niesamowicie ważne u cztero łapnych jak i u dwu nożnych u nich jest w sumie dużo trudniej wymacac gdy futra pełno ale właśnie wtedy mus mocniej sie przyglądac!!!!to wnioski dla nas wszystkich co maja swoje pupile bo to każdego z nas dotyczy bo teraz taki czas że i ludzie i zwierzaki na raka choruja!!!!!

  2. Ja od siebie dodam, że nie tylko suczki ale wszystkie samiczki trzeba badać! Moja kochana świneczka (obecnie podobno cavia) też zachorowała na to paskudztwo. Obecnie jest po udanej operacji. Guz był złośliwy i było duże ryzyko przerzutów. Minął już ponad rok i mała cieszy się zdrowiem 🙂 Małe zwierzątka też chcą żyć i też mogą być z powodzeniem leczone. Piszę to, bo wiem, że wielu ludziom wydaje się, że gryzonie są zbyt małe na leczenie i operacji się u nich nie wykonuje, a to nieprawda!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)