GwiazDłużyniaki!

Wszyscy jesteśmy wyjątkowi do granic możliwości, a niektórzy to nawet się z tym wylewają do internetu! Tylko chwalić, wszak JA TEŻ z wyszłam na przeciw potrzebom i informuję szerszą publiczność, jak to u nas jest. Znaczy nie ja, a Cygan, on był pierwszym wrrredaktorem, ja jestem którymśtam z kolei, ale tak samo istotnym. Właśnie.

Takie stawanie się zwierzakiem publicznym, zwłaszcza jak się kiedyś żyło za kratami, jest ważne głównie dlatego, że inni mogą zobaczyć, że w schroniskach są jak najbardziej fantastyczne i wyjątkowe czterołapy i niejedno może w nich zaskoczyć, zachwycić, zaczarować, a może i dzięki temu ktoś się zachęci do znalezienia przyjaciela właśnie „z odzysku”?

Dziś będzie o gwiazDłużyniakach, czyli czterołapach, które kiedyś mieszkały w tym schronisku, co nasi prowadzą też, ale jest niżej na mapie niż to, z którego ja do Was nadaję… o czym to ja, bo się wzięłam i zakręciłam… aaa tak! W każdym razie będzie o tych zwierzakach, co to kiedyś tam właśnie mieszkały, ale już nie mieszkają, bo ich domem jest najprawdziwszy DOM i w dodatku co jakiś czas dają znać wszystkim na świecie, co u nich słychać. A historie i życie mają magiczne!

Kama mieszkała w schronisku kilka miesięcy i chociaż nie brakowało jej urody i wielkościowo też jakby idealna dla wielu, to nie było łatwo, bo taki z niej był trzęsizadek, że kłapała zębami i niezbyt miała ochotę się zaprzyjaźniać…

Aż pewnego dnia zakochały się w niej dwie dwunożne laski mówiące w zupełnie innym języku niż nasi, ale nic to nie przeszkadzało w tym, żeby się porozumieć w sprawie adopcji, więęęc….

HA! I tak we wakacje w zeszłym roku zapakowano ją w takie miętkie pudełko i zawieziono do domu:

Kama ma swoje konto na takiej stronie, gdzie się dodaje saaaameee zdjęcia i ta psiolaska ma ich caaaaałąąą masę!

I wszystkie takie psiękne… Aż trudno uwierzyć, że jeszcze rok temu Kama, która teraz jest Karmą, była zupełnie niepewnym siebie psem…

Gdybyście chcieli zajrzeć i zacząć śledzić gwiazDłużyniankę, to tutaj jest jej profil – KLIK.

Karma wiedzie życie pełne przygód i nauki, którą zresztą uwielbia, a czasami nawet odwiedza byłych psiumpli, żeby z nimi chodzić na spacery i umilać im czas. Taka psia psiolontariuszka do kwadratu!

Lecimy dalej!

Pewni dwunożni szukali psa, który… lubi wszystkie zwierzątka bez względu na to, czy mają pazurki, kopytka, wełenkę, piórka i takie tam! Można by napisać, że to wyzwanie, aaleee włala, oto opowieść o Antku, który od podpisania papierów nazywa się Leonardo.

Rok temu wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy się z rodziną na adopcję pieska. Szukaliśmy energicznego, radosnego czworonoga, który odpowiedzialnie będzie strzegł naszych kurek. Kiedy zobaczyłam Leosia w schronisku moje serce zaczęło walić jak szalone. Zaledwie w ciągu jednego spaceru zdążyliśmy pokochać tego psiak i natychmiast zdecydowaliśmy się zabrać go do domu!

Leonardo to najmilszy pieseczek jakiego poznałam w życiu! Jestem bardzo zdolny, szybo po adopcji w pełni nam zaufał i rzetelnie zaczął pełnić funkcję stróża. Choć, mogę śmiało stwierdzić, że muchy by nie skrzywdził! Świetnie dogaduje się z baranami i owcami mieszkającymi po sąsiedzku. W niespełna rok czasu opanował ponad 15 komend potrafi już nawet skakać przez przeszkody. Leo wprost uwielbia kopać dołki w ziemi i zakopywać w nich swoje skarby np. zabawki. Jest wyjątkowym sportowcem, chętnie zabieram go na rolki, wielką radość sprawia mu ciągnięcie mnie za sobą, w końcu uwielbia biegać. Cieszy się z codziennych spacerów do lasu, jest bardzo przyjacielski zarówno w stosunku do ludzi jak i innych piesków. Często wskakuje mi na kolana i domaga się pieszczot. Jest niesamowitym przyjacielem i mam nadzieję, że nadal będzi.

Leonardo sam, bez niczyjej pomocy, prowadzi swój profil na tej samej stronie, co dwunożna Karmy:

Ma go od niedawna, ale nie miał wcześniej czasu na pisanie, przecież było tyle zajęć! 

Jego strona jest tutaj – KLIK.

Czas na sierściucha! Taak, one też są w necie! Oto historia Kruszka, który swoje schroniskowe imię nosił na szczęście niezwykle krótko:

Nasza historia zaczęła się od śmierci naszego poprzedniego psa. Gdy ten umarł to nasza kotka Kiwi została sama, postanowiliśmy więc po jakimś miesiącu, że przygarniemy drugiego kotka. Przypadkiem trafiliśmy do Dłużyny i tam dali nam na ręce, wtedy jeszcze Kruszka. To był 1pierwszy kotek jakiego nam panie pokazały, miał jakieś pół roku. Nie pojechaliśmy tam żeby szukać jakiegoś wyjątkowego kota, tylko nowego członka rodziny. No i tak po jakiś 3 minutach wypełnialiśmy wniosek.

Patrząc na niego stwierdziliśmy, że Kruszek do niego nie pasuje, jak się okazuje był to słuszny wniosek, a że oboje jesteśmy fanami Wiedźmina to padło na imię Lambert. Jak przyjechaliśmy do domu, po kilku dniach izolacji postanowiliśmy poznać go z naszą kotka. Delikatnie rzecz ujmując, chciała go zabić. A więc zaczęło się szukanie w internecie, pytanie innych właścicieli co by można było zrobić, no bo przecież nie ma opcji żeby któreś z nich oddać. Po jakimś tygodniu kiedy zaczęliśmy stosować feromony dla kotów. Kiwi zaczęła tolerować Lamberta.

Tak jest po dziś dzień. O Lambercie można pisać wiele i długo, ale jest to mały rozrabiaka, który bawi się dosłownie wszystkim, niczego się nie boi, wszędzie musi wsadzić nos i na końcu jest tak łasy na jedzenie, że prawie nam naszego pierwszego kota zagłodził. Jest też najsłodszym kotkiem świata. Jak śpi…

Rozwiązaliśmy więc problem jedzenia, miska Kiwi jest na lodówce, a że Lambert to największa kocia fajtlapa jaka znamy, to nie umie tam po prostu doskoczyć. Tak więc sytuacja została opanowana. W grudniu zeszłego roku, dokładnie rok po odejściu naszego 1 psa, pojawił się kolejny wiedźmin Eskel. Przyjechał do nas z Podlasia i jest naukochanszym i najspokojniejszym psem na świecie. Z kotami po pierwszych 5 minutach się dogadał i teraz został szeryfem tej niesfornej dwójki. Kiedy tylko zaczyna między nimi zgrzytac, biegnie do nich i staje po środku, czekając aż kłótnia się skończy. Tak więc na dzień dzisiejszy mamy idealna ekipę. Każdy z naszej wielkiej 3 zapełnia nasze życie w inny, ale równie piękny sposób.

Profil Kiwi i Lamberta jest tutaj – KLIK. Możecie podziwiać ich beztroskie życie iiii jak wychodzą na spacery! Super sprawa dla sierściucha, o ile jest przyzwyczajony do tego i się czuje swobodnie w szeleczkach.

Aaaa teeeraaaz, na sam koniec, historia najniezwyklejsza, którą trzeba przedstawić długo i dokładnie, bo warto ją przeczytać. Historia o przywracaniu utraconej nadziei i o przemianie z psa z problemami w psa, który…. pomaga sobie z nimi radzić. Znaczy to akurat wiadomo, że my, psy (niech będzie, sierściuchy też), jesteśmy lekarstwem na wszystkie smutki, ale akurat Nelson ma na to najprawdziwszy papierowy papier!

O wszystkim najlepiej opowie dwunożna laska, która pewnego najpiękniejszego dla niego dnia zdecydowaniała się zabrać go na zawsze-zawsze…

Nelson przeszedł bardzo wiele, kiedyś przykrych i ciężkich lat lecz nareszcie szczęśliwie zdobywa świat.
Opowiem wam historie o tym jak miłość, wytrwałość i chęci potrafią zmienić“ trudnego“ psa. Również zwierzaki ze schronisk zasługują na swoją szanse. Oddadzą o wiele więcej w podziękowaniu za okazane im serce.
Jego historia jest długa i burzliwa, już jako szczeniak trafił do schroniska z poważnym złamaniem łapki, którą trzeba było operować, a skutki tego niestety odczuwa do dziś. Gdy piesek doszedł do siebie , wydawałoby się że uśmiechnęło się do niego szczęście i został adoptowany, niestety widząc wiele blizn na jego ciele można domniemać że tak kolorowo nie miał…
W wieku ok 6 lat trafił ponownie do schroniska niechciany, porzucony. Pies który tak bardzo pragnie kontaktu z człowiekiem, najbardziej towarzyska istota na świecie znów bez nadziei na lepsze jutro. Odnalazłam go wtedy tam, znalazłam przyjaciela któremu dając dużo miłości otrzymałam jej jeszcze więcej z powrotem. Przez tyle lat bólu i cierpienia, walki o przetrwanie. Nelson był początkowo bardzo “trudnym” psem, wykazywał agresje o jedzenie czego powodem jak później odkryłam była ostra niewydolność trzustki. Nie trawił on praktycznie niczego, mięsa, tłuszczu ,walczył o każdy kęs i znikał w oczach , odsłaniając coraz więcej żeber. Dożywotnio musi zażywać leki razem z weterynaryjną karmą. Stoczyliśmy ciężką walkę żeby być razem, najbliższe otoczenie obawiając się jego ostrych zębów kazało nam się rozstać.
Nie odpuściłam, z ogromną pomocą wspaniałego człowieka pana Marka Młodzińskiego jesteśmy dziś razem. Wyszkolił Nelsona tak że tamten dominujący pies zmienił się nie do poznania, a pan Marek w podziękowaniu za tak ciężką pracę oczekiwał tylko naszych szerokich uśmiechów. (…)
Nelson moją wytrwałość wynagrodził mi w najtrudniejszych dla mnie momentach życiowych, (…)  spokojnie można nazwać go psem terapeutycznym i o taką jego funkcję tym razem zawalczymy. Rozpoczynamy nowy rozdział naszej przygody. (…)
I co, wzrusz, nie?? Tam co prawda jest napisane, że Nelson walczy o bycie psem tepa… terapeutycznym, ale to już wiemy, że ZDOBYŁ!
A tu jest najprawdziwsza legitymacja, po prostu dumni jesteśmy z psiumpla, chociaż się nie poznaliśmy nigdy, bo jesteśmy z innych schronisk, ale przecież też jest zza krat, a taki mądry!

Nelson zwiedza cały świat, wciąż się uczy nowych rzeczy i uczy innych zapoznawania się z psami czy postępowania z nim właśnie dzięki profilowi na fejsie:

Znajdziecie go tutaj – KLIK!

Widzicie, jak cudownie? Najcudowniej! Zaglądajcie na te strony byłych bezdomniaków, patrzcie, jakie życie mają, jak ktoś z Was jeszcze nie ma zwierzaka, to może to Was natchnie, że warto? Że potrafimy być najsuperowsi i trzeba dać nam szansę?

Czterołapy, które mieszkały w tym samym schronisku, co ja teraz mieszkam, na pewno też mają takie strony, wiem chyba o ze dwóch, ale to muszę wyszperać… Chyba, że ktoś z Was akurat to czyta i chce się podzielić ze mną, to ja chętnie!


PeeS. Blog też jest na tych stronach! O tutaj – KLIK i tutaj – KLIK.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)