Jejku, rety – gabinety!

Obiecałam, to będzie, chociaż uprzedzam, że znów zdjęć dużo, ale za to chyba czytania nie będzie aż tyle. Tydzień temu było o psięcie wetów, więc teraz Wam pokażę, co też takiego się działo u nas w roku ostatnim, a musicie wiedzieć, że trwaaaaaało to i trwaaaaaało i prawie że końca by nie było, ale oto i jest! Oczywiście ma to związek z wetem, a już zwłaszcza z naszą Adą-Wetką, a i najstarsi stażyści w życiu nie śnili, że mogą mieć takie warunki podczas badanka w schronisku!

…bo musicie wiedzieć, że dawno-dawno temu żadnej miejscówki wetowej nie było. Przyjeżdżali do nas w zielonych ubrankach, z wielkimi torbami na ramionach, wędrowali z Tabletkową po schronisku, spisywali różne rzeczy, zaglądali do gardeł, uszu i gdzie się tam tylko dało, zalecali leczące kulki i jechali z powrotem.

Potem nasi stwierdzili, że warto byłoby mieć takiego weta na miejscu, który by znał zwierzaki, spędzałby w schronisku prawie cały dzień, wiedziałby co i gdzie piszczy, a i zabiegi na miejscu też niektóre by były i w ogóle mniej jeżdżenia, i takie tam. W ten sposób zawitała do nas Ada-Wetka i zajęła maciupcie miejsce w dawnej tabletkowni, ale wiadomo było, że to nie będzie na stałe, bo już wtedy były poważne plany przebudowania budynku stojącego na środku schroniska, który służył do tamtej pory za miejscówkę Wolontariuszy (nie martwcie się, oni też dostali nową).

Tutaj możecie zobaczyć, jak wyglądał kącik lecząco-badający:

A tutaj obok było miejsce na stół do krojenia:

A po drugiej stronie kawalątek miejsca do siedzenia, wypełniania papierków i takich tam…

Sami widzicie, że jeszcze jak się dołożyło wetkę i pomocników, i jeszcze do tego wszystkiego wprowadzono do zbadania owczarka, to tylko fruwanie pozostawało, jak ktoś chciał się przemieścić…

Rozpoczął się więc remont! Oto żółty domek prawie przed wszystkimi zabiegami, bo ani się obejrzałam, to już coś robili na dole, zdaje się, że dokładali takie specjalne coś, co by cieplej było:

I patrzcie, jak porządnie robili, że jeszcze wkopywali te sprytne ocieplenia niżej, żeby nie ciągło w łapki!

Wiadomo było, że nie mogą zostać takie maciupkie okienka, wet musi wszystko dobrze widzieć przecież. Tutaj widzicie przygotowanie od środka do zmian:

…a tu widzicie, jak sprytnie te ocieplacze dawali tylko tam, gdzie trzeba, a tam, gdzie okna będą wielkie, to nie, bo po co to potem ciąć. Ha!

…a tu, na tym zdjęciu, to zgroza! Wam piszę! Jak pewnego dnia pierwsze zwierzaki wyszły na spacer ze szpitalika, to w oczach widać było przerażenie, że O-LA DOOGA, jak tu teraz się wydostać?! Szybko jednak zmajstrowali kładkę, po której całkiem bezpiecznie i suchą stopą można było przejść. Bez tych dołów by się nie obeszło, inaczej wetka nie miałaby jak włączać światełka, a z kranu woda by nie leciała, także widzicie, że to arcyważne było:

Na poprzednim zdjęciu było widać, ale tu widać lepiej, że okienka już były duże… znaczy dziury na okienka, i te klocki docieplające już też są zalepione:

O, a tu widzicie od środka:

Tej dziury tam na końcu to kiedyś nie było, bo się wchodziło od drugiej strony i tam było miejsce na kulki jedzeniowe… Ale uznano, że tam będzie super pomieszczenie do robienia takich zdjęć, co to widać zwierzaka od środka, dlatego właśnie ta dziura tam jest, żeby się można było dostawać bez wychodzenia z budynku. Wygodniej!

A tu widzicie poskładane już różne rzeczy, które potem wylądowały na ścianach i podłogach, i w ogóle… Nie znam się, psem jestem, ale to robili mądrzejsi ode mnie! …na szczęście…

Musicie wiedzieć też, że domek wolontariusza był jednym pomieszczonkiem w środku, a tak zostać nie mogło, bo gdzie korytarzyk, żeby łapał zimne powietrze, a gdzie kawałek do ustronnego posiedzenia? Dlatego też zamontowano ścianki:

A potem wszystko zostało wyrównane i przyklejono takie ładne, śliskie prostokąciki, które na pewno łatwiej myć w razie czego. Tu widzicie, jak się stało gładko i jak to jeszcze to wyglądało przed dokończeniem sufitu:

…i druga strona, już z oknami:

A tutaj widok na tę stronę z nową ścianką, możecie też podziwiać w pełni skończoną podłogę:

Nastąpiła nawet wizytacja z zewnątrz, wnętrze zostało wstępnie zaakceptowane, podłoga okazała się stabilna i godna zaufania, żeby na nią wejść, a musicie wiedzieć, że wizytator jest w tej kwestii wybredny:

Jak już środek był skończony, to cały budynek został też pomalowany od zewnątrz na kolor nieba w letni poranek. Wybór odcienia łatwy nie był, ale na szczęście jakoś wszyscy do porozumienia doszli:

Pamparampammmmm, lecimy dalej! Szafki to też nie była sprawa przypadku. Konsultacje, oglądania, rozrysowywania, dumanie po nocach, przestawianie w głowie, mazanie na papierze…. W końcu wszystko poszło do takiego odpowiedniego dwunożnego, który razem z innymi wyczarował takie cuda! Tu jeszcze w trakcie montowania:

A tu już gotowe! Strona jedna…

…i druga…

…i trzecia!

…a to niewątpliwie jeden z najszczęśliwszych schroniskowych wetów pod słońcem, bo z takim super-w-dechowym miejscem!

Ach, potem to dopiero się działo! Trzeba było pakować w starej miejscówce wszystko…

…i pakować…

…i pakować….

Potem trzeba było się zastawiać, gdzie co rozłożyć:

…więęęęc potem było rozpakowywanie…

…i układanie…

…i rozkładanie…

…i wkładanie…

…aż wszędzie wszystkiego zaczęło być pełno!

…a ciągle było dużo do rozkładania:

Nie myślcie jednak, że wszystkiego było ZA dużo albo coś, bo każdego dnia jest potrzebnych tak bardzo wiele przeróżnych rzeczy, że czasami co ktoś coś przyniesie, to się już kończy za pstryknięciem palca… Pamiętajcie, że u nas jest tylu pacjentów, że w setkach by policzyć, więc pojęcie „za dużo” czegokolwiek po prostu nie istnieje.

A tutaj już prawie urządzone do końca miejsce Ady-Wetki:

Potem przyszedł też czas na sprzęty. Tu na przykład widzicie, jak transportowane było takie specjalne urządzenie z magicznym patykiem, co jak się go przykłada do nażelowanego zwierzaka, to wszystko można obejrzeć:

Stanął też stół, teraz jest na niego całkiem dużo miejsca i można z każdej strony go obejść, a to ważne bardzo:

Po drugiej stronie stanęły inne sprzęty, też ważne, a musicie wiedzieć, że to jeszcze nie wszystkie. Teraz jest ich więcej:

A tu widzicie inne najważniejsze urządzenie – do robienia zdjęć od środka! Ono jeszcze nie działa, bo pewni bardzo ważni dwunożni muszą nam dać jeden papierek, ale teraz tak się wszystko na świecie zawirusowało, że nie mogą się spotkać i zdecydować… Tak więc czekamy my i czeka sprzęt…

Własny kubeczek, czyli „kropka nad i”! Wtedy można było uznać przenosiny za zakończone…

Tu jeszcze Wam pokażę klatkę, których też narosło kilka, a w których mogą dochodzić do siebie te najbardziej chore czterołapki:

A tu już drużyna w akcji! To zdjęcie widzieliście już na pewno w poście sprzed tygodnia:

O całej ogromnej pracy, jaka się odbywa w tym miejscu, mogliście przeczytać TUTAJ. Niektórzy z nas wciąż muszą odwiedzać innych wetów w innych miejscówkach, ale to tam też pisałam, że jak komuś pompka wysiada czy stawy bardziej skrzypią, czy ślipia mgłą zaszły, to wtedy trzeba pojechać do innych, ale większość naszych dolegliwości już mamy leczonych na miejscu, i dużo badanek też możemy mieć robionych.

No i to troskliwe oko tej jednej, jedynej wetki, która nas ogląda całymi dniami, a nie jest „na dojezdne” na godzinkę czy dwie, to już całkiem bezcenne!

To jak, podoba się Wam też, prawda? Mucha nie siędnie! Wiadomo!

Muszę tu jeszcze nadmienić, że tych wszystkich sprzętów by nie było gdyby nie baaaardzo wielu dwunożnych z naszego miasta, którzy zagłosowali za tym, żeby tacy bardzo ważni dwunożni w bardzo ważnym urzędzie kupili za MILYJON monetek urządzonka ważne bardzo, a musicie wiedzieć, że one są tak niemoiwie drogie, że żadna zbiórka by nie pomogła… Za to już dziękowaliśmy wiele razy i dziękujemy teraz znowu, i w ogóle zawsze-zawsze będziemy za to wdzięczni psiogromnie!

Uff… Takie to rzeczy magiczne się dzieją i chociaż potem post ma tyle kilometrów, to się muszę z Wami tym dzielić, bo jakże to tak inaczej?

Tymczasem ledwo już na oczy patrzę od tego całonocnego pisania… Dziękuję za uwagę i dobranoc!

Jeden komentarz

  1. 💙💙💙💙💙💙💙💙💙💙💙💙

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi