Niby pozytywnie, a jednak niedobrze.

Są takie rzeczy na świecie, o których się psom mogło nie śnić, w każdym razie mi na pewno się nie śniło. Dziś znów będzie o sierściuchach, ale temat to ważny bardzo, bo z niego dowiecie się, dlaczego czasami pozytyw nie wróży nic dobrego, czyyyliii – blog uczy, bawi, wychowuje!

Zaczniemy od tego, że sierściuchy mogą chorować na bardzo wiele rzeczy (niech będzie, psy też, ale dziś nie o tym), z których można ich wyleczyć i się zapomina o sprawie. Są jednak też takie przypadki, że chociażby podać leczących kulek wagon, to się choroby ze zwierzaka nie wyciągnie i jeszcze mało tego – może zarażać inne….

Ktoś może powie – przecież chorobę to widać, a jeszcze taką poważną, to tym bardziej, więc jakie tam zarażanie innych, wystarczy od razu takiego chorego dać do osobnego miejsca i już. Tutaj się znów musimy odnieść do poprzedniego tematu – kto nie czytał, tego zachęcam psierdecznie – że nie należy zawsze oceniać zdrowia po wyglądzie, o czym i tutaj się zaraz przekonacie.

Trzy akapity, a ja jeszcze nie napisałam, o co chodzi i o czym dziś właściwie będzie… Najpierw trzy magiczne literki – FIV, a potem cztery magiczne literki – FeLV. Nie, nie bawię się w kalambury, właśnie tak to się nazywa i, jak już mogliście wywnioskować po tym, co napisałam wyżej – ani jednego, ani drugiego nie widać po sierściuchu, chociażby nie wiadomo jak bardzo oko przykładać i właśnie w związku z tym wszystkie mruczki, jakie do nas trafiają, mają robione takie testy specjalne, których lepiej, żeby nie zdały… Znaczy lepiej, żeby negatywnie wyszły, bo jak wyjdą pozytywnie, to klops i to bynajmniej nie taki będący smakowitą kulką mięsną.

Tak wygląda test robiony przez naszą wetkę:

Te pierwsze kreseczki powinny się zawsze pokazać, te drugie – lepiej, żeby nie. Niestety tutaj widać, że bezczelnie jedna postanowiła się lekutko zarysować, więc to już był znak, że może nie być dobrze… W takich przypadkach wetka pakuje trochę krwi z tego podejrzanego sierściucha do maciupkiej specjalnej buteleczki i wysyła w siną dal do takich dwunożnych, którzy mają sprzęt i możliwości zbadać dokładniej, czy aby na pewno mamy do czynienia z choróbskiem, czy może jednak szczęśliwie nie…

To, co widzicie wyżej, to test Szili. Oto i ona:

Szila już ma potwierdzone, że ma FeLV, czyyyliiii sierściuchową białaczkę. Wiem, że ciężko uwierzyć, bo jest w większości czarna, w dodatku puchata i ma milusie futerko, ale krew nie kłamie – białaczka jak nic. Zła wiadomość jest taka, że nigdy się z niej nie wyleczy, że nie będzie mogła mieszkać ze zdrowymi sierściuchami, ale są też i dobre – przez lata Szila może żyć jak każdy inny, zdrowy, niewychodzący mruczek, może czuć się świetnie, może się bawić, być kochana i głaskana, może spać na parapetach, kaloryferach i kolanach… Jej życie może być krótsze, mogą się do niej przyplątać całkiem poważne następstwa tego, że jej krew nie ma takiego składu, jak powinien mieć każdy szanujący się sierściuch, ale dopóki to możliwe, niech ma najlepsze życie, jakie tylko może mieć, tylko że za kratami na pewno takie nie będzie. Szila jest grzeczna i bardzo lubi dwunożnych, daje się głaskać i u wetki była bardzo cierpliwa, a musicie wiedzieć, że swoje musiała przejść, bo najzdrowsza nie trafiła. Teraz czuje się dobrze, ale w schronisku, wśród hałasu, w klatce, bez częstego kontaktu z głaskającymi rękami i dobrym słowem, może być różnie… Uratować ją może dom, wiecie…? Wciąż będzie mieć białaczkę, ale może dłużej choroba nie będzie wyłazić na wierzch…?

Drugim takim paskudztwem chorobowym jest FIV, czyyyliiii… wirus, przez którego odporność jest prawie żadna. Mała choroba nawet może nagle się stać poważną, a byle ranka może się nie chcieć goić. I chociaż to zupełnie inna choroba niż ta, którą ma Szila, to jednak tak samo taki zaFIVowany sierściuch nie może mieszkać ze zdrowymi mruczkami, tak samo może czuć się wyśmienicie przez lata. W końcu się coś przyplątuje, ale czy zdrowy zupełnie zwierzak nie zaczyna chorować na starość…? Niektórym się udaje, ale jednak wielu coś wysiada.

W naszym schronisku mieszkają trzy sierściuchy z taką żadną odpornością.

Pierwszego opiszę Ciacho:

Jest jeszcze prawie całkiem młody, nasi mu dali dwa lata. Wygląda na poważnego i po części nawet taki jest, chociaż pobawi się bardzo chętnie i dzięki temu przyzwyczaja się do nowych osób, bo musicie wiedzieć, że on nie jest taki wylewny od pierwszego kontaktu. W schronisku nie jest mu łatwo, bo Ciacho lubi spokój, a tu jednak jest jak jest… Ma co prawda osobną klatkę, ale to nie z wyboru, a z musu – nie może zarazić tą nieodpornością innych zwierzaków.

Kolejne dwa to nie dość, że są czarne, a takim trudniej dom znaleźć czasami, to jeszcze takie zawirusowane. Najpierw Ori: 

Ori mógłby całymi dniami nie schodzić z kolan! Domaga się miziania, potem odkleić od ręki się nie chce, brakuje mu kontaktu z dwunożnymi, a w schronisku ma go całkiem za mało… Mieszka u nas już półtora roku i ciągle w klatce właśnie przez to, że odporności nie nabierze zbyt imponującej już nigdy… Nasi nie mogą narażać innych sierściuchów na zarażenie tym wirusem od Oriego, więc chłopak siedzi sam, samiuśki… Ile można…?

Na koniec Lejzer.

Mieszka u nas od jeszcze bardziej dawna niż Ori, bo już ponad dwa lata i wiek średni mu się dośrednił, bo wtedy miał lat pięć, a teraz już siedem, to tym bardziej mu szanse na dom uciekają, a jeszcze przecież trzeba do tego doliczyć to, że tej odporności ma prawie nic. Lejzer jest z tych bardziej dostojnych sierściuchów, co to głasknąć można, ale czy na kolana wejdzie, czy będzie chciał czas spędzać bliżej czy dalej, to już zależy od niego. Nic w tym złego nie ma, po prostu jeśli ktoś szuka bardziej wylewnego przylepę, to może Ori okaże się idealny, a jak mniej – Lejzer może być w sam raz.

To nie jest niczyja wina, że sierściuchy łapią te wirusy. Wszystkie te mieszkające w schronisku już przyjechały z takim dodatkiem i teraz trzeba po prostu zrobić wszystko, żeby jak najdłużej wszystko było w porządku, a przecież to trudniejsze za kratkami, gdzie dochodzą te stresy wszystkie i taki mały kontakt z dwunożnymi…

Nie bójcie się, że one mają w sobie te choroby, to „tylko” świadomość, wirusy przez lata mogą sobie spać w zwierzakach i nic a nic nie dawać po sobie poznać, że istnieją. Wy już to wiecie, więc wiadomo, że będziecie o sierściuszki dbać i uważać, żeby się nie zaziębiły, będziecie zwracać uwagę na każde kichnięcie, ale dzięki temu podarujecie im może kilka kolejnych lat w szczęściu, którego by nigdy nie zaznały w schronisku…?

Prawda, taka Szila nie może mieszkać z innymi sierściuchami, chyba że te też mają białaczkę, ale może mieszkać z jakimikolwiek innymi zwierzakami! Ciacho, Ori i Lejzer tak samo – albo do towarzystwa sierściuch z FIVem albo będą jedynakami, aalboo mogą mieć za kumpla psa, królika, chomika, czy co tam macie innego w domach.

Nie myślcie, że są chore, że zaraz odejdą czy coś. One właściwie są „zdrowe”, można powiedzieć, że wirusy śpią. A że kiedyś czekają ich jakieś dolegliwości? Każdego z nas to czeka, tak naprawdę Was też. Nigdy nie wiemy, na kogo co przypadnie, jakie choróbsko, kiedy kto kichnie, kto się zrobi słabszy. U nich też nie wiadomo, widzicie? Nie różnią się!

Jeśli chcesz mieć jednego sierściuszka, to pomyśl, czy może akurat któryś z tych powyżej nie byłby idealny? Schronisko to nigdy nie będzie najsuperowsze miejsce dla żadnego zwierzaka, a już dla takiego, u którego trzeba pilnować, żeby żaden wirus się nie obudził, to już tym bardziej… Dom ratuje życie, a w tym przypadku napisałabym, że ze zdwojoną mocą.

…myślisz, że to mógłby być Twój dom….?

PeeS. Nie bój się, że monetek dużo trzeba na leczenie czy coś. Jakby co, to nasi pomogą! Już mi to obiecali… Tylko zadzwoń do nich i powiedz, że weźmiesz sierściuszka, którego nikt nie chce, że się nie boisz, że dasz radę, że chcesz uratować któremuś życie…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)