…i zostali sami…

Tak bywa czasem, a wręcz każdego to czeka, że pewnego dnia odejdzie tam, skąd się już nie wraca… I kiedy takiego dwunożnego to spotka, w większości przypadków pozostanie po nim masa rzeczy, które inni chętnie przygarną, tylko dlaczego nie zawsze jest miejsce dla kogoś, kto tę rozłąkę przeżyje najbardziej…?

…bo telewizora się na śmietnik nie wystawi, przecież szkoda, ale zwierzaka za drzwi się wypchnie czem prędzej… Żeby nie było, ja nigdy nie wrzucę wszystkich do jednego worka! Są tacy, którzy przygarniają te biedaki, które nie rozumieją zupełnie, dlaczego nagle ich dwunożnego nie ma, ale które przynajmniej zostają przy tych, których znają. Lżej im, łatwiej, mniej samotnie. …ale są też tacy, którzy ot tak po prostu przywożą zwierzaka, bo ktoś z rodziny odszedł i co to tu zrobić z takim czworonogiem, nikt go nie chce i już…

Jak to było z tymi, których opiszę zaraz – nie wiem. Albo niech będzie, że nie wiem. Zresztą teraz to nie jest rzecz najważniejsza na świecie, one tak samo, jak my wszyscy, potrzebują domów…

Najniedawniej przyjechał do nas Dolar.

Bida taka zupełnie, pazury za długie, chude to było, na pleckach…

…takie coś… Paszczę od środka mogłabym jeszcze pokazać, bo w życiu chyba takiej nie widzieliście, ale już tego oszczędzę. Jedno wielkie FUJ. Powoli Dolarka nasi prostują zdrowotnie, plecki już zarośnięte, jest lepiej.

Charakternie to złoto, nie pies – kochany, grzeczny, nasi się nachwalić nie mogą. Jeszcze mu tam papierki załatwiają, żeby już całkiem mógł iść do nowego domu, bo tam jeszcze jakiś podpis trzeba złożyć czy coś, ale dom to już może się szukać! …niech się tylko znajdzie…

Podobnie niedawno przyjechała do nas Nuka zwana też Bonanzą.

Baaardzo psiolaska przeżywa, że tu przyjechała. Sąsiedzi jej dwunożnego mówili, że jest grzeczna, usłuchana, że była wpatrzona w swojego pańcia jak  w obrazek! …u nas nijak tego wszystkiego po niej nie widać, ale nie ma się co dziwić. Dom i bieganie luzem po ogrodzie zmieniły się w budę, kojec i… strach przed smyczą i spacerami. Cisza zamieniła się w stukanie, szum, szczek… W oczach smutek i niezrozumienie, w łapach ucieczka i powolne, niepewne podchodzenie, nos pracuje w poszukiwaniu chociaż ociupiny podobnego zapachu, a tu nic… Nowe życie przed nią, oby jak najkrócej takie zakratowane.

Oby ta dwójka nie musiała czekać tak długo, jak chłopaki, o których teraz wspomnę. Dam sobie zresztą kawałek ucha odciąć, że był już taki temat i że ten pierwszy pies był w nim opisany. Nic to wtedy nie dało. Nie dało też pisanie o nim jeszcze później kilka razy. Nic a nic nie dało. Bandżi wciąż czeka.

Przyjechał sześć lat temu. Już sześć… Sam ma siedem, był całkiem młody, kiedy wprowadził się do kojca. Wszyscy byli pewni, że zaraz do domu wyfrunie, że to kwestia czasu, że taki super pies, grzeczny, przyjacielski, cudowny, uśmiechnięty, że zaraz ktoś przyjedzie i powie, że właśnie takiego szuka! …a tu nic…

I mieszka Bandżi w schronisku, mija już kolejny rok, wciąż tak samo grzecznie i spokojnie na spacerki chodzi, wciąż z taką samą nadzieją, patrzy nieśmiało przez kraty… I wciąż nikt nie pyta…

Przed nami najstarszy stażem (chociaż tylko miesiąc dłuższym niż Bandżi) i wiekiem Miśko, który kilka lat temu wyglądał tak:

Dziś, po ponad sześciu latach, z trzynastką na wiekowym koncie, Miśko wygląda „troszkę” smutniej…

Tak, to ten sam Miśko, tylko bardziej starszy, mniej widzący, o wiele biedniejszy… Trudno mu było, trudno mu jest nadal, a domu jak nie było, tak nie ma i jak mamy wierzyć, że jeszcze się znajdzie..? Miśko nauczył się chodzić na smyczy, nauczył się ufać, chociaż to łatwe nie było wcale i właściwie do tej pory nie rozdaje tego zaufania na prawo i lewo. Trzeba sobie zasłużyć. Smaczki pomagają, cierpliwość, spokój też, bez tego ani rusz, ale nawet ci najbliżsi, miśkowi psiolontariusze muszą szanować staruszkowe różki, bo musicie wiedzieć, że swojego zdania ten dziarski staruszek nie pozbył się nigdy i już pewnie tak zostanie. Nic w tym złego, ot po prostu taki jest, nasi go kochają tak czy siak i gdzieś tam jest w nich kawałek nadziei, że ktoś przyjdzie i powie, że chce dać dom komuś, kto ma bardzo małe szanse, i że chętnie spróbuje się zaprzyjaźnić właśnie z Miśkiem…

Zostawione same na świecie, nierozumiejące, dlaczego jednego dnia miały swojego dwunożnego obok, a kolejnego już przytykały nos do krat. Przy większości zwierzaków mamy nadzieję, że jednak ktoś po nie wróci, że ktoś ich szuka. W tych przypadkach nic takiego nie nastąpi… My to wiemy, one chyba nie i nikt z nas nie ma najmniejszej ociupiny odwagi im tego szczeknąć…

Nie ma co wracać do tego, co było, po co to rozdrapywać. Trzeba iść na przód, trzeba ruszać ku nowej przygodzie, tylko takiej bez krat. Samych nas jednak nie wypuszczą, wiecie, musicie przyjść i powiedzieć, że nas poprowadzicie w świat, że razem będziemy dreptać, ile tylko łapki będą mieć siłę… Byle przy Was i byle do końca…

2 komentarze

  1. ☘💜💚💙💙💜💛💛💜💚💚💚☘

  2. Strasznie szkoda mi tych piesków. Co one muszą czuć 🙁 bardzo trzymam kciuki,że znajdą domy. Jakie to ważne,że są ludzie jak Ty, którym się chce pomagać. Tak pięknie piszsz o tych zapomnianych.

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi