(Nie)sforne kudełki.

Niektórzy wiedzą, ale pewnie nie wszyscy, że pałam miłością do kudełków. Mnie natura poskąpiła i mam takie krótkawe dość, że to ani nie ma co czesać, ani tym bardziej wiatr nie rozwieje, ale mam inne zalety, więc jakoś zniosę ten jeden, jedyny „brak” w moim pełnym gracji wyglądzie.

Kudełki dzielimy różnie, bo są takie, które układają się tylko pozornie niesfornie i zawadiacko, jak na przykład u Nino:

Trochę wchodzą do ślipek, trochę odstają przy uszach, pewnie w te z szyi wplączę się niejeden listek, ale można nad nimi zapanować. A co z tym nieziemskiej urody terierkiem? To akurat zależy, jaki dwunożny stanie na jego drodze, bo jeśli będzie super i Nino to wyczuje, to pójdzie za nim na koniec świata! Jeśli jednak z jakiegoś zrozumiałego tylko dla psa powodu coś w tym dwunożnym będzie nie tak, to wtedy podwinie urocze, kudłate fafle i będzie białe zębiszcza pokazywać… Psiolontariusze pokazują mu świat i przekonują, że lepiej jednak uśmiechać się do wszystkich, ale z terierami to tak bywa, jak z tymi kudełkami – albo sforne, albo nie i już. Wiem jednak, że Nino znajdzie najlepszy, terierolubny dom i będzie szczęśliwy… Przed nim całe życie!

Kolejny będzie Poldek – jego kudełki są takie pół na pół, bo co prawda świat zasłaniają tylko od dołu, ale wciąż pozostałe jako-tako się trzymają.

…chociaż myślę, że fryzury to ten pies ładnej nie utrzyma za długo, bo nawet, jak się go wyczesze na wszystkie strony, to wystarczy, że wiaterek zawieje i już znów jest sierściowy bałagan. Komu by to jednak przeszkadzało? Tym bardziej, jeśli jest się psem, który miał o wiele większe zmartwienia i każdego dnia jest wdzięczny, że w ogóle chodzi. Booo musicie wiedzieć, że Poldek trafił do nas leżący, z zupełnie niedziałającymi łapkami, a jak go weci posprawdzali i zrobili mu takie zdjęcie, co widać każdą kosteczkę (taka magia), to wyszło, że ten słupek z kręgów, co idzie od szyi do samego ogona, jest złamany… Zwykle to wyrok, ale Poldek się nie poddał, spiął w sobie i jakoś przekonał te wszystkie nitki nerwowe, które biegną w tym słupku, żeby wzięły się w garść i jednak doprowadzały moc do samych końców palców. Poza tym to bardzo grzeczny kudłacz, może nie lubi, jak się go podnosi, czy coś, ale nie każdy musi przecież, poza tym jak się dobrze z dwunożnym pozna, zaufa i zobaczy, że mu żadna krzywda nie grozi, to kto wie, na co pozwoli?

Kolejny do kolekcji iii tu już przechodzimy do kudełków jeszcze bardziej niesfornych – oto Viraj.

Cóż to jest za diabeł! Przyjechał do nas bardzo niedawno temu, jeszcze w dniach można policzyć, i może to dlatego? Jeszcze nie wie, że tu mu nikt krzywdy nie zrobi, że na rzeź nie wyślą, więc na wszelki wypadek pokazuje się z najbardziej warkolącej strony. Nasi będą z nim pracować, na spokojnie i pomaluśku mu pokażą, że nie ma co walczyć, że nikt tu nic złego mu nie zrobi. Może będzie potrzebować więcej czasu, może mniej, i prędzej czy później wyjdzie na spacer, da się pogłaskać, może nawet poczochrać kudełki, które za jakiś czas się przemyje i wyczesze? …a może już za chwilkę znajdą się jego dwunożni i go odbiorą…?

Na koniec cudo nad cudami! Oto Mocherek, który w zależności od wiatru i kierunku trzepnięcia głową, raz ma grzywkę na jedną… 

…a raz na drugą stronę:

Prawda, że można wzdychać pół dnia na sam widok? Przyjechał do schroniska prawie całkiem w połowie wakacji i patrzcie – kolejny miesiąc mija i nic. Nasi podejrzewają, że musiał być psem podwórkowym, bo nic a nic na smyczy chodzić nie umiał, chociaż psiolontariusze od razu się za niego wzięli i teraz to nikt by nie poznał, że miał jakieś braki. Pojętny jest bardzo, młody też prawie całkiem, energii ma za pięciu, a że nie należy do najmniejszych (chociaż do największych też nie), to i pociągnąć lubi solidnie czasem przy spacerze. Mocherek może zachwycić urodą, ale jeśli nie będzie się miało czasu ogarniać jego kudełków, które akurat u niego są zdecydowanie niesforne, ale jakże wiele uroku dodają, i nie będzie się mieć tyle sił i energii, i chęci na długie spacery, to jednak nie ma co się pchać na tą wspólną drogę życia, to muszę jolalnie uprzedzić. Na pewno jednak gdzieś na świecie jest ktoś, kto zawsze marzył o takim kudłatym towarzyszu przygód wszelakich, już ja wiem!

Też macie słabość to takiego rozwianego sierścia?? Dwunożni to mają łatwiej, bo im na głowach zwykle rośnie takie cały czas i mogą albo zapuszczać, albo ścinać, jak im tam wygodnie i jak się podoba. Mi zostaje cicha zazdrość, że mnie natura poskąpiła tej możliwości… W każdym razie jak szukacie takiego zwierzaka, w którego sierści można bardziej zatopić palce, to bardzo proszę – przedstawiłam! Co prawda niektóre są mniej chętnie do współpracy od pierwszego wejrzenia, ale jeśli poczujecie, że właśnie TEN jest Wam pisany, to reszta już będzie prosta.

Nino i Mocherek mieszkają w tym schronisku, co to niżej na mapie jest, a Poldek i Viraj tam, gdzie ja. Gdzie są te schroniska, to się dowiecie, jak tam wyżej gdzieś klikniecie „gdzie mieszkamy”.


Teraz historia z innej beczki, przez którą gładko przejdziemy do kolejnej. Ha, tak długo dziś! …ciekawe, kto z Was wytrwa…

Jakiś czas temu się zorientowałam, że mi coś wpadło dawno temu do skrzynki z wiadomościami na fejsie i nie sprawdziłam, nie blimblało mi, wstyd po prostu, ale już trudno. W każdym razie tam było zdjęcie Drapka, którego akurat uchwycono z niezwykle dostojną miną:

Najwidoczniej bardzo mi ten wstyd do łebka wlazł, bo się obudziłam pewnego dnia z bardzo wyraźną myślą, że Drapek wrócił do schroniska! OLaDoga, pomyślałam, że przecież jak to, znowu, w tym wieku, z takimi przygodami, z tą energią, charakternymi momentami, co teraz będzie, jak kolejny dom znajdzie!

….aż za piętnastym mrugnięciem ślipek w niedowierzaniu uświadomiłam sobie, że to był sen… Tylko sen… Koszmar jakiś!

I tak mi się napisało do tej drapkowej dwunożnej, że taki sen miałam, że wiadomo, że tylko sen, ale ona i tak zaczęła mnie bardzo zapewniać, że Drapek mimo problemów, jakie sprawił na początku, mimo szukania miliona dróg, jak by tu naprawić skrzywdzonego najwidoczniej kiedyś psa, bo i starszych dwunożnych się boi, i nie lubił za mocnego czochrania po zadzie (czyżby ktoś kiedyś sobie nie radził i uważał, że bicie to metoda….?), a jeszcze się okazało, że w łapie ma śrut…… i właśnie mimo tego wszystkiego, że i w nos udziabał, że w nocy koszmary mu się śniły chyba i też warkolił, to Drapek zostanie na zawsze-zawsze w domu, który sam sobie wybrał.

…a pisząc, że zostanie na zawsze-zawsze, to mam na myśli, że naprawdę na zawsze-zawsze-zawsze…

Napisałam też, że chłopak sam sobie ten dom wybrał, bo ta drapkowa dwunożna tak po prostu przychodziła do niego wolontariacko, jak do innych psów też, aż dnia pewnego przed jej wyjściem z kojca po spacerze, chłopak się wyłożył na pleckach przed furtką i „a teraz cię nie wypuszczę aż do wygłaskania na śmierć”. Myśl zakiełkowała, potem zaczęła porządnie rosnąć, potem został zakupiony cały szelkowo-miskowo-smyczkowy osprzęt i w domu ta dwunożna powiedziała, że albo się inni na adopcję zgadzają albo trudno, Drapek dostanie prezent do schroniska! Iiii tak chłopak wylądował w domu z miłością jego życia.

Ta sześcionożna para przeszła sporo, przez uszanowanie niektórych bolączek Drapka z przeszłości, po naprostowanie mniejszych czy większych skrzywień. Nie było czasami łatwo, ale zdecydowanie warto.

Drapek wygrał w psiolotka i tyle.

Wciąż są rzeczy, które w Drapku denerwują, ale bynajmniej nie jest to uparte przeganianie wiewiórek, bo rude zwierzątko może być na dzielni tylko jedno, albo wrzask na całe gardło do dzika znajdującego się całkiem niedaleko, że ma sobie zmiatać, gdzie żołędzie zimują…

Drapek ma swoje metody na wywołanie poczucia bezsilności. Wizyta u psioweta. I jeśli ktoś pomyśli, że cóż w tym dziwnego, przecież większość czterołapów kiedy tylko rozpozna, że droga prowadzi do lecznicy, to jakby nagle mają pilną rzecz do zrobienia na drugim końcu miasta, to się akurat pomyli! Drapek do weta leci jak na skrzydełkach, za to powrót….

Wetki to mają ubaw z niego i nacieszyć się nie mogą, tylko dwunożnej drapkowej jakoś mniej do śmiechu, że musi czekać, aż osiołek skończy strajk, bo dlaczego wizyta w lecznicy minęła tak szybko….

Szansa jedna na milion wykorzystana w milionie procent…


Wspomniałam wyżej, że z tamtej historii sprytnie się przejdzie do następnej i właśnie to będę robić teraz. Przeczytaliście, jak bardzo warto dać szansę, że nie ma co się kłócić z przeznaczeniem, że tak dobrze mieć zwierzaka, bo nuda idzie w kąt. Iii nasi zorganizowali taki konkurs, gdzie można wygrać super-puper nagrody, które widzicie o tutaj na tym zdjęciu, co to powstało dzięki dwóm dwunożnym laskom (jedna obfociła kulkę futra, a druga podokładała różne rzeczy i napisy):  

Co trzeba zrobić? Udostępnić u siebie na fejsie albo instagramie zdjęcie zwierzaka razem z logami, co to je widzicie na dole zdjęcia, a które znajdziecie zaraz-powiem-gdzie, i można albo wydrukować, albo wkleić magicznie na komputerze, ja tam nie wiem, jak, ale pewnie Wy wiecie. Do zdjęcia trzeba dopisać, dlaczego dobrze, że macie tego zwierzaka i w ogóle dlaczego jest dla Was tak bezcenny. Potem trzeba jeszcze tylko oznaczyć naszych i tą super firmę, która podaruje nagrody, iii zrobione! Ja to mogłam może niedokładnie napisać, ale TUTAJ znajdziecie wszystkie niezbędne informacje.

Konkurs jest dla wszystkich, czy macie zwierzaka ze schroniska, czy nie, czy mieszkacie gdzieś niedaleko, czy po drugiej stronie kraju. Liczy się pokazanie, dlaczego warto przygarnąć czterołapka!


Tak, wiem, znów przesadziłam z długością….. Podejrzewam, że część wyłączyła po drodze, bo ile można, macie ważniejsze zajęcia, wiadomo… Dziękuję tym, którzy dotarli aż tutaj!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)