I znów… albo bez nogi, albo w sierści… rogi!

Wzięło mi się i zasło ostatnio, i muszę Wam napisać, że byłem pewien, że nie trzeba będzie kończyć tamtego postu, bo zaraz po publikacji zgłosiła się jedna dwunożna do poznania Alfika, a i ten czarny, kudłaty diabełek o psiolaskowej pełci też miał mieć zapoznanie, tak więc czekałem śpiąc…

…czekałem dziamlając…

…w końcu czekałem tak niecierpliwie, że mi się chałupa wywróciła prawie do góry dachem! Omal nie zginąłem!

…w końcu przestałem czekać, bo okazało się, że nie dość, że nie muszę szukać nowego tematu, to jeszcze powinienem powtórzyć poprzedni.

Alfik…

…trójłape kudlątko, o które nikt nie dbał przez lata, o czym mogliście przeczytać we poprzednim poście, miał spotkanie zapoznawcze, ale obwarczał psiumpla, z którym miałby mieszkać i tyle z tego było… Co mu strzeliło do łba? Nie wiem! Przecież to szalone, radosne stworzenie, które lubi każdego! …zwykle… No nic, lepiej teraz, niż po adopcji, ale to oznacza, że Alfik wciąż szuka domu, jeśli więc wtedy się nie zgłosiliście, bo stwierdziliście, że eeee, pewnie zaraz ktoś go adoptuje, więc ja nie mam szans – zgłoście się teraz, cyferki do dryndania podam na samym dole. Lepiej spróbować, bo może akurat to Wy zmienicie jego świat, niż nic nie robić; chłopak za kratami mieszkać nie może.

Jak już napisałem wcześniej – poprzednio miało być jeszcze o psiolasce, ale mi się zasło, poza tym ona wkrótce miała się zapoznawać z dwunożnymi, ale niestety i u niej jakoś się nie udało. Z jedną rodziną jakoś nie pojawiło się TO COŚ, a innej się zachorowało i nie mogli przyjechać…. aaaleee ja tu końcówkę już piszę, a początek gdzie?? Oj, doświadczenia nie mam i się motam, ale już kasować nie będę, bo wiecie, ile trwa szukanie tych guziczków do wciśnięcia, żebyście mogli to przeczytać?!

Zacznę więc, jak trzeba.

Lili przyjechała do schroniska na koniec jesieni, jeszcze w zeszłym roku. Wyglądała dość… kudłato.

Pewni dwunożni znaleźli ją w rowie, a ona mimo tego futra, była już zmarznięta do kości! Dobrze, że nikt nie uznał, że to tylko jakiś kożuch leży albo czapa czy inny śmieć, na którego nie warto zwracać uwagi, bo przecież by Lili zamarzła niechybnie… Psiolaska okazała się niezłą damesą, bo kudełki miała zamiar oddać tylko pod opiekę wykfafi… wyklafi… w y k w a l i f i k o w a n e g o…. jeżu kolczasty, co za słowo jest… fryzjera psiego, więc naszych obdarzała pogardliwym, a nawet nieco warkolącym spojrzeniem, jak tylko jej tak zaglądali pod sierście.

Nasi jednak się nie dali (jak zwykle), ale musicie wiedzieć, że nie chcieli ot tak sobie jej ostrzyc dla własnego widzimisię czy coś, ale dla jej komfortu przecież i tego, że i zaraz zima miała być, śniegi zapowiadali, a i tak z krótkimi kudełkami łapała białe kulki na łapach!

Jak bum-cyk-cyk to ta sama psiolaska! Zgodnie z marzeniem i arystokracją wewnętrzną pojechała też do prawdziwego fryzjera, który był godzien dotknąć szlachetniej liliowej sierści, a potem tylko sesyjka była mała i patrzcie:

…ja tam stary pies jestem, więc mi może i nie wypada, ale GDYBYM BYŁ MŁODSZY…. toooo bym oko zawiesił! Nawet dwa!

Wracając jednak, bo na razie widzicie, jak psiolaska wygląda, a jaka jest? Wprawny Czytaciel już mógł wyłapać co nieco, ale spieszę donieść, że ta arystokracja bynajmniej nie wynika z tego, że spała na podusiach i jadła specjalnie dla niej zbierane z najczystszych terenów mięsne kulki we sosie własnym. Nasi mówią, że psiolaska była podwórkowa, dzieciaki miała nie raz i dwa też nie, nie miała pojęcia, co to szelki i po co jej je ubierają, czesanie było złem największym, a już jak czuła szczotkę przytkniętą do zadu, części najwrażliwszej, to i otwierała paszczę do kłapania! Pewnie, że i cieszyć się umie, i docenić dobre słowo też, nawet i na fotel się pcha; Lili jest w dechę, tylko czasem jeszcze jej się coś przypomni…

Łatwego życia nie miała i teraz powoli przyzwyczaja się do tego, że jest warta lepszego domu, że dwunożni nie są źli, że dotyk może być dobry i że od teraz będzie tylko łagodnie i nieboląco.

Potrzebuje domu, w którym powoli przyzwyczai się do nowego życia, w którym ktoś cierpliwie jej pokaże, że warto zaufać, kto się nie zniechęci po jakimś niewielkim pokazaniu zębów, bo ona tak niespecjalnie, odruch ma jeszcze… Może i nie od razu poczujecie, że to jest to, że bez niej nigdzie się nie wybieracie, ale możecie przyjeżdżać kilka razy na spacerki, na głaskanko, możecie się uczyć siebie.

Warto. Już ja wiem.

Teraz uwaagaaa, bo podaje magiczne cyferki, co to jak wystukacie w urządzonku do dryndania, to się nasi odezwą i opowiedzą, jak przygarnąć bezdomniaka: 75 778 04 12.

Udało mi się dokopytkować do końca postu bez zaśnięcia iii mało tego – pokażę Wam coś jeszcze.

Oto ja iiii kolega Wełniak, jak go nazwałem roboczo:

Żeby nie było – nie bałem się go wcale, a i on na mnie nie warkolił, po prostu nie wiedziałem, czy nie zepsuję zdjęcia swoją psią osobą, stąd to oko łypiące…

Wełniak był potem wystawiony (już nie jest, bo się wziął i sprzedał) na takim bazarze specjalnym, dzięki któremu nasi zbierają monetki na różne potrzebne nam rzeczy. Jak dużo zbiorą, to będą mogli coś pomalować albo załatać, albo kupić nam coś wyjątkowego na wybieg na przykład albo inne tam rzeczy będą mogli zrobić. Ja tam nie wiem, na co zbierają aktualnie, jestem tylko psem i nie zawsze łapię i nadążam, aaaaleeee za to Wy możecie dołączyć, może akurat będzie tam coś, co będziecie chcieli bardzo mieć i zamienicie to potem na monetki? Jak klikniecie TUTAJ, to się magicznie przeniesiecie.

Dziękuję psierdecznie za uwagę i muszę jeszcze nadmienić (ale to już z pewnością będzie krótkie), że jak wrzuciłem wczoraj, że szykuje się post i jak mi zaczęliście tam polubiać, serduszkować i pisać, że się cieszycie… to mi się zad unióśł ponad ziemię, aż ogonem zahaczyłem o dach mojej szmaciankowej budy… Nie będę pisać, że mi się oko spociło, bo wiecie, no nie wypada mi, jestem twardym psem… ale spociło się…. no…

Trzymajcie się dzielnie i do przeczytania razem następnym!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)