simple-lightbox domain was triggered too early. This is usually an indicator for some code in the plugin or theme running too early. Translations should be loaded at the init action or later. Please see Debugging in WordPress for more information. (This message was added in version 6.7.0.) in /home/ssdyug9/oczami-bezdomnego-psa.pl/wp-includes/functions.php on line 6170nirvana zostało uruchomione zbyt wcześnie. Zwykle jest to wskaźnik, że jakiś kod we wtyczce lub motywie działa zbyt wcześnie. Tłumaczenia powinny zostać załadowane podczas akcji init lub później. Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 6.7.0.) in /home/ssdyug9/oczami-bezdomnego-psa.pl/wp-includes/functions.php on line 6170Artykuł …i uparcie nie chcą wrócić… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Może są tacy, co rozumieją taką kolej rzeczy. My nijak nie możemy tego pojąć. Wczoraj ktoś był, dziś już uparcie nie pokazuje się w drzwiach. Choćbyśmy oczy wybałuszali noc całą – nic. Pustka. Głosy nie te, zapach znika, kroki nie dają się rozpoznać.
Tego się nam nie robi.
I potem miejsca nie ma dla nas nigdzie… Telewizor się mieści, samochód nawet się upchnie, chociaż duży. Ale ani ździebeł sierści nie wejdzie już. Niczyj problem…
A my jesteśmy, istniejemy, czujemy, tęsknimy. Serce rozłożone na czynniki pierwsze ledwo bije, ale żyjemy.
Dziś o nas. To nam ta czarna dwunożna z kosą w ręce zafundowała przyszłość za kratami. To ona przewróciła nasze życia do góry girami i ubrała w samotność… A żeby ci ta kosa zwiędła! Straciliśmy wszystko i teraz mieszkamy w takim schronisku, co już kiedyś o nim tutaj było. Z Zawiercia. Jak klikniesz TUTAJ, to się przeniesiesz.
…pomożesz nam jakoś się pozlepiać…?
Reks dotrzyma Ci kroku na każdej wycieczce.
Miał kiedyś kogoś najważniejszego na świecie, ale pewnego najsmutniejszego dnia ten ktoś odszedł… I tak Reks przyjechał do nas. Trochę już u nas mieszka, więc jakoś się wtopił w schroniskowe życie. Dał się poznać od stron najlepszych, więc zaraz go zalekramuję i szybko znajdzie dom! Na pewno! Otóż Reks jest stworzony do przebiegania kilometrów. Nasi mówią, że musiał mieć w przodkach psa północy, ale co to znaczy, to nie wiem. Że północ? Noc może? Że czarny jak noc? Hm… W każdym razie Reks uwieeeelbia dwunożnych!
Może mu z innymi zwierzakami nie jest za bardzo po drodze, z ptactwem na pewno się nie zaprzyjaźni, chyba że takim, które bardzo szybko wzbija się w powietrze i to będzie taka zabawa…. ale może lepiej nie. Reks pójdzie za każdym na koniec świata, byle tylko ten ktoś zechciał go ze sobą zabrać…
Labek rozmerda się na Twój widok w sekundę.
Też miał kiedyś dom. To szczęście trwało cztery lata. Połowę życia. Spacerki, własne posłanko, głaski, drapania za uchem, wycieczki, dobrze znane ścieżki spacerowe i poznawanie całkiem zupełnie nowych, sielanka… I stała się rzecz, która nie może zdarzać się żadnemu psu. Niech będzie, sierściuchowi żadnemu też. Jego dwunożna zmieniła adres zamieszkania na ten u góry całkiem, nadchmurny, że tak powiem, a Labek czy chciał, czy nie, musiał wrócić za kraty. Myślicie, że łatwo to zrozumiał? Myślicie, że mu było wszystko jedno, gdzie mieszka i kto do niego przychodzi? Myślicie, że dalej nie spogląda w dal czekając na znajomą sylwetkę zbliżającą się prosto do niego…?
Radzi sobie chłopak, bo co ma sobie nie radzić.
Jest jak jest. Do wody go ciągnie, to sobie nie odmawia, jak jest okazja. Spacery lubi nad wyraz, to i cieszy się na każde wyjście. Będzie chłopak super psem na wszystkie okazje, tylko lat ma już osiem, teraz będzie trudniej…
Kenzo wlepi w Ciebie oczy ufne…
I jak go przekonać, że jak jest czarny i większy, to też ma szansę? Że jego przyszłość jeszcze może być zupełnie inna? On też miał swój dom, zupełnie ciepły i z dwunożną, z którą stanowili najlepsze stado. Ją też zabrała ta czarna z kosą… Nie było nigdzie miejsca dla Kenzo, więc przyjechał do nas. Pokazuje, że jest super, że umie się uśmiechać, że nie zapomniał, jak to jest być dobrym psem, ale póki co to wszystko na marne. Domu brak. Pytań brak. Nadziei… zaraz też będzie nie za dużo.

Odczaruj ciemność w sierści, pójdź pod prąd, pokaż, że właśnie taki pies będzie mieć szczęście w tym całym schroniskowym nieszczęściu!
Muki podzieli się ciepełkiem…
Przez pięć lat grzał zadek w domu. Od roku próbuje się pozbierać. Do dziś wspomina swoją dwunożną, która była dla niego wszystkim przez całą wspólną drogę. To jej imię szczeka przez sen i jej zapachu szuka co rano, zanim jeszcze otworzy oczy… Niby wie, że to nie był jej wybór, że musiała odejść tam, skąd się nie wraca. Niby wie… ale trudno i tak…
Muki jest teraz w średnim wieku, boi się, że to wada. Ma jedno ucho bardziej, jedno oko mniej i brak talii osy – to też go martwi bardzo.
Ale taki jest. I już. Poza tym to chodząca nieśmiałość i łagodność. Nie wierzy w siebie. Nie wierzy, że może jeszcze być dobrze. Nasi robią wszystko, żeby go przekonać, ale obiecywać dom to jedno, a znaleźć go, to drugie…
I tak to widzicie jest.
Czarodziejów nam trzeba wszystkim. Żebyśmy mogli budzić się rano z Waszym zapachem obok. Żebyśmy mieli na kogo merdać. Żebyśmy mieli kogo nie słuchać, kiedy akurat wcinamy w trawie starą skórkę od chleba.
Ciężko jest się zgubić, ciężko mieć złe doświadczenia, ciężko mieć dobre wspomnienia, które są tak świeże jeszcze, a już są tylko historią…
Zabierz nas na zawsze i nie odchodź nigdy…
PeeS. Powtórzę – Z A W I E R C I E!
Artykuł …i uparcie nie chcą wrócić… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Oczami bezdomnego psa. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Majl przyszedł na skrzynkę blogową z jednym z bardziej wzruszowych filmów w ostatnim czasie, bo tak bardzo prawdziwym i tak bardzo zbiegającym się z historią wielu z nas. Wielu z nas zna to aż za dobrze, aż za dobrze pamięta ten moment… Wielu z nas wciąż nie doczekało szczęścia… …wielu z nas nie doczeka…
Siądź wygodnie, przygotuj miękkie, papierowe skrawki z papierków, bo może kapać co nie co z oczu, włącz film i wyrusz w przygodę widzianą oczami bezdomnego psa.
…i jak…?
Siedem minut, prawie osiem, a wyobraź sobie, że taka przygoda potrafi trwać siedem tygodni, siedem miesięcy, siedem lat, prawie osiem, a czasami nawet naście. Czasami kraty to ostatnie, co widzimy w życiu, bo nikt nigdy nie uzna, że to właśnie my będziemy czyimiś przyjaciółmi na całe życie.
Tylko Ty możesz to zmienić.
Znajdź swojego Precla.
…zanim będzie za późno…
PeeS. Dziękuję Twórcom za chęć pokazania tej trudnej drogi, jesteście w dechę!
Artykuł Oczami bezdomnego psa. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł …niemoc… taka ogromna i potworna… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Zacznę od tego, że jakiś czas temu do adopcji poszły dwie sierściuchy. Najpierw jedna, Frotka:

Po kilku dniach wróciła ta sama dwunożna i stwierdziła, że właściwie to co tylko jedna sierściuszka będzie grzać zadek w domu, niech będą dwie! I tak trafiła do domu też Ośka.

Wszystko miło, sympatycznie, pytania, rozwiewanie wątpliwości, snucie wizji, jaki to drapak właśnie się robi dla nich, przyczepić się nie było do czego. Potem były wieści z domu od obydwu, ta dwunożna jeszcze przyjeżdżała nawet z darami, opowiadała, jak to u nich jest, że super, ohohoho, jak cudownie…
…
….hm…
….no i właśnie. I teraz problem… ale choćbym myślał kolejne kilka miesięcy (bo to się wczoraj nie wydarzyło, tylko właśnie już jakiś czas temu), to też nie wymyślę, jak to napisać, więc trudno. Jakoś to będzie.
Trzymajcie się krzeseł lepiej. Stać nie polecam.
Otóż.
Pewnego dnia zadzwoniła do naszych do biura ta dwunożna od Ośki i Frotki, i powiedziała, że ona musi je przywieźć do schroniska z powrotem, bo one nie są w tym domu bezpieczne, że dwunożny, z którym ta dzwoniąca mieszka zrobił coś złego, a kto wie, to i gorzej może być… Powiedziała też, że Frotka jest w złym stanie, ale nie ma jak zapłacić za weta, a pomoc pilna potrzebna…
Nasi od razu powiedzieli, że sierściuszki mają trafić do schroniska czem prędzej, więc ta dwunożna zapakowała obydwie i przyjechała…
….no i co, i jak teraz… Pominąłbym kawałek opowieści, ale przecież nie mogę, jaki wrrredaktor pisze kawałkami? Trzeba być rzetelnym! …a że nie jest to łatwe… ale wiedziałem, na co się piszę… Znaczy błąd – o czymś takim to nie wiedziałem, nie myślałem w życiu, że spotkam się z AŻ takimi historiami, że coś takiego można w ogóle zrobić, że…
…ech…
Ośka to jeszcze się trzymała i poza prawie łysą szyją, wydawała się być całkiem w porządku.

Szyja to wiecie – „nie wiem skąd się to wzięło”… Na pewno od głaskania… na pewno…
Ale Frotka… Nie, zdjęcia nie będzie. Wtedy to nikt nie myślał o wiszeniu nad nią z aparatem. Wszyscy się zryczeli do skarpet…
Jej dwunożna powiedziała, że dzień wcześniej znalazła ją leżącą na podłodze w żółtej kałuży i że przebierała girkami na leżąco, ale nie mogła wstać i że… niech to, jak to napisać? I że dowiedziała się od tego dwunożnego, z którym mieszkała, że to jego sprawka, że sierściuszka tak wyglądała, że nie mogła wstać, że nie wiedziała, co się wokół niej dzieje… Bo że niby dlatego, że… że poza kuwetą zostawiła niespodziankę… niby… chociaż ta dwunożna powiedziała, że Frotka nigdy przy niej niczego takiego nie zrobiła, że zawsze trafiała…
No i poza tym… Niech to jasny piorun, jestem pies, a nie jakaś psiolaska, a mnie się tak łapy telepią!
…no i poza tym to Frotka była o połowę lżejsza niż każdy normalny sierściuch. Nasi powiedzieli, że jak do adopcji szła, to ważyła dwa razy więcej, a ta dwunożna na to, że ona tak od miesiąca chudła, nie wiedzieć, czemu, ale nie badała jej, jakoś tak wyszło, nie było monetek, ale żeby poprosić o pomoc? Jakoś nie pomyślała czy jak…
Ta sierściuszka była w takim stanie, że nasze biurowniczki siorbały nad nią wszystkie bez wyjątku… Ona była, ale jakby jej nie było, połowa zwierzaka, z prawie łysą szyją, nie wiedząca kim jest i gdzie, i po co, i czy w ogóle… A naszym łzy jak kulki karmy wielkie spływały po polikach i nikt nic powiedzieć nie mógł…
…a bo ja nie napisałem jeszcze, co ją do tego doprowadziło… Znaczy kto, to wiadomo, ale co robił? Bo widzicie, to taki dwunożny, co to mu chyba nudno w życiu i za mało kolorowo, więc dla wesołości czy nie wiem, czego jeszcze, różne rzeczy sobie wszczykiwał do rąk. Albo nóg. Albo w jedno i drugie. Słyszałem, że i nosem różne rzeczy można wwąchać. Może i tak, nie wiem, ja psem jestem. Różne zapachy czuję, ale w życiu bym żadnego piachu czy kurzu nie wciągnął, ja tylko po wierzchu! …a tamten dwunożny to się nie certolił, brał jak leciało chyba, bo skąd musiał to wszystko mieć…
….no i już chyba wiecie….
….
……było podejrzenie wtedy, że Frotka mogła coś dostać w prezencie od niego… Wtedy jeszcze tylko podejrzenie…
Sierściuszka została zaopiekowana tak bardzo, jak się tylko dało, przez naszą wetkę i pojechała do domu, do naszej głównej biurowniczki. Długo tam nie pomieszkała… Odeszła cicho, opuściła zmęczone, chudziutkie ciałko i tylko kudłaty Szagi (osobisty suszek tej naszej) łypał jednym okiem, jak wylatuje przez lufcik, wolna i lekka…
Długo trwało, zanim przyszły wyniki badań takich bardzo specjalnych, w których wychodzi, co było w zwierzątku takiego, czego nie miało prawa być i muszę Wam napisać, że było tego tyle, że mi się oczy pogubiły w literkach trudnych nazw już na piątej pozycji, a ich było dużo, dużo więcej… Nie wiem, czy dwunożni mogą kupić coś jeszcze, czego tam brakowało. Biedna Frotka musiała dostawać przeróżne rzeczy nie raz i nie trzy, skoro chudła aż od miesiąca… Ile razy ktoś to widział, ale dopiero jak było źle, to stwierdził, że trzeba szukać pomocy, bo to już chyba za daleko zaszło…? I tam w badaniach zrobionych takich też specjalniejszych, z których ma wynikać, dlaczego odeszła wyszło, że jeszcze była uderzona… ale nie tak wiecie, szturchnięta, tylko uderzona czymś w głowę… Aż mi łapy ledwo się ruszają po tych kosteczkach z literkami…
I nikt nic nie robił… Ta dwunożna nic nie zrobiła… Musiała widzieć, że Frotka chudnie, musiała widzieć łysą szyję, musiała widzieć, że dziwnie się zachowuje… Musiała… O tym dwunożnym nawet nic nie napiszę, bo aż mi szkoda więcej klepać w guziczki, poza tym wrrredaktorom nie przystoi używać pewnych słów. Nie przed nami będzie się tłumaczył, a szkoda, bo Blacky to na pewno byłby chętny na rozmowę sam na sam.
Co z Ośką?
Nie wiadomo było, czy też coś dostała, czy po prostu jest wystraszona i przez stres nie chce nic jeść. Ona doszła do siebie, sierść na szyi zarosła, zamieszkała na kociarni… teoretycznie. W praktyce mieszka wszędzie, tylko nie tam i nasi do dziś nie wiedzą, którędy ucieka!
Ważna jest teraz. Do biura wchodzi, jak do siebie:

Sprawdza, czy aby na pewno papiery są dobrze wypełniane:

Kontroluje miętkość krzeseł dla gości:

Nie myślcie, że ona tylko taka wewnętrznym sierściuchem jest! Psy to już prawie wcale na nią nie szczekają, tak wrosła w krajobraz…

Aaa, no i do zdjęć dziękujących jest też pierwsza:
Ośka korzysta z wolności całymi łapami, jakby chciała odreagować wszystko złe, co ją spotkało i jeszcze nadrabia za Frotkę. Całą sobą wygląda na wygraną i pewną, że winnych spotka to, na co zasługują.

I właściwie nie wiem, jaka ma być płenta. Że jak nie pomagasz, to nie krzywdź? Banał! Że jak chcesz krzywdzić kogoś, to krzywdź się nawzajem z tymi, którzy też mają takie zapędy? Nic to nie da, tacy bloga nie czytają.
Może – jeśli widzisz krzywdę zwierząt – reaguj OD RAZU zamiast czekać, aż będzie za późno…? Frotkę pewnie by można było uratować, ale nie po ponad miesiącu bycia zwierzątkiem doświadczalnym…
Nie rozumiem ani ja, ani nikt tutaj, jak to się mogło wszystko stać i co trzeba mieć w głowie, żeby krzywdzić w tak okrutny sposób. Jak można było na to patrzeć i nie reagować. Nie mieści nam się to, choćbym miał tą myślą wypełnić wszystkie mieszkające w schronisku psy od czubki nosów po końcówki ogonów.
Pamiętam do dziś te łzy kapiące na koszulki, swetry, biurka i nasze sierścia. Pamiętam tę niemoc, nic nie mogłem zrobić, bo CO zrobić w takiej sytuacji? Sam siedziałem i nie mogłem ani pół łapy oderwać od podłogi.
A niech wszystkich, którzy krzywdzą kogokolwiek psy w łydki żrą bez ostrzeżenia!
O, takie życzenie na koniec.
…i niech się spełni…
Artykuł …niemoc… taka ogromna i potworna… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Niech czuje już zawsze tylko dobro. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Tak.
Nasi go poznali, kiedy był królem kartonu i posiadaczem ziemskim….

Tektury miał tyle, ile zdołał pod sobą zgnieść, a granice jego włości wyznaczał sznur. Pozazdrościć tylko takiego majętku! Chuda była chłopina, okrywy sierściowej miejscami trochę wybrakło…

To brązowe tam na plecach, to nie brud. To właśnie futro takie zmienione jakieś.
A ten sznurek wyznaczający granicę jego włości…
To ten…
To granice szyi też wyznaczał.
Boleśnie pewnie.

To była jego miejscówka za dnia.
W nocy była buda jakaś, ale żeby tam łańcucha więcej było, niż tego sznurka, to jakby wątpię.
Zresztą dla niego to bez różnicy, co to za pora dnia była. I tak nie widział nic a nic.
I pewnego dnia podczas takiego wegetowania na metrowym sznurku poznali go nasi. Słyszał obce głosy, wiercił się bardzo, ale nikt go nie uspokajał… Nasi nie, bo on naszych nie chciał znać nawet. A jego dwunożny? A gdzie by go to obchodziło! Twierdził, że pies ma kilka lat, że psioweta nie widział nigdy, bo przecież po co, że jest z nim od początku, ale kto to tam by liczył, ile.
To po co mu był…?
Leczyć nie miał zamiaru. Poprawiać zamieszkanko? A na co? A bo to mu źle? Nawet chętnie odda! Nawet jeszcze chętniej do jeździdła wsadzi, bo przecież czterołap się szarpał i przy każdym zbliżeniu ręki do sznurka, to kłapał, bo skąd miał wiedzieć, co się dzieje, przecież było CIEMNO, tylko obce głosy jakieś dokoła…
Bronił się, co mu pozostało.
Ale wyjścia nie było innego.

Nasi go zabrali i powieźli kawałek od tekturowego królestwa. Nie chciał wejść do kojca, nie wiedział, co to za miejsce, nie widział przecież nic, czuł tylko milion zapachów przeróżnych i pojęcia nie miał najmniejszego, co one oznaczają, wszystkiego było ZA DUŻO – tu czuć psa, tam psiolaskę, tu jakby jedzeniem, tam wręcz przeciwnie, o, słomy trochę, deska szorstka, miska dzwoniąca, szczekanie, miałk, warkot, szczęk zamka, wiatr kolejny milion zapachów przywiał, tupot łap, słowa, sypanie kulek, lanie wody….
…ZA DUŻO….
Spał tamtej nocy? Nie wiem, ale do czasu, aż mnie zmogło, to dało się słyszeć jedynie dreptanie i co jakiś czas odbicie od ściany. Potem znowu tuputuputupu i bum – kraty. Tuputupu – brzdęk. Acha, miska. Tuputuputupu – szurszurszur. Acha, tu się można położyć. Dziwnie miętko, to nie karton ani gołe dechy, ale jakoś to będzie.
Być musi.
Nasi mu kartkę powiesili na kojcu.
Miecio.
Ładnie tak.
Jak go psiowet zobaczył pierwszy raz w życiu (znaczy zarówno wet zobaczył Miecia pierwszy raz, ale i Miecio zobaczył jakiegokolwiek weta raz pierwszy), to się trochę za głowę jednak chciał łapać… Skóra była do leczenia, bo chyba tylko on wiedział, co tam zamieszkało, do kąpieli też się nadawał od zaraz, no i odkarmić trzeba było, bo chudość była za duża jednak.
W zębiszcza zajrzeli… A tam te kilka lat wieku, co to niby miał Miecio według jego byłego już dwunożnego, to było ze dziesięć lat temu. Ślipia nie widziały na pewno i widzieć już nie będą nigdy.
Ale nos będzie czuć zawsze.
I oby czuł już zawsze tylko dobro.
…
…..tutaj czas mija. I mija jeszcze trochę…
….
…i już…
Minęło kilka tygodni. Dziś Miecio nie przypomina dawnego siebie.
Patrzcie:

Jak by tego nie napisać, to uwierzyć musicie na słowo. To jest TEN SAM Miecio. Ten sam od środka i zewnętrza, chociaż w jedno i drugie ciężko uwierzyć. Odkarmiony, lśniący, zdrowy…

Tęskniący za dwunożnym tak bardzo, że chyba przebija wielu z nas tutaj…
On tak bardzo szuka rąk, tak szybko leci za głosem, tak panicznie nos wbija w kraty, bo gdzieś tutaj MUSI BYĆ ręka…
I ten spokój, kiedy ją znajdzie…
Ta błogość wymalowana na ryjku…
Ten merdający ogon…
……….
……..i to rozpaczliwe szukanie, bo przecież jeszcze przed chwilą ktoś tu BYŁ!
…
Miecio kocha dwunożnych jak nikt. Poznał dobro. Poczuł je i już odczuć nie chce.
Nie może.
Spacery są super, o ile z kimś. Wszystko jest cudowne, byle z kimś, byle nie samemu, on już się nażył sam i więcej nie chce.

Niewidzący oczami, ale patrzący nosem Miecio bardzo chętnie wyspaceruje razem z Tobą ścieżki niedalekie i dalekie od domu, który po wsze czasy będzie już domem też-mieciowym.
Chłopak mieszka w Schronisku w Dłużynie Górnej – na mapie to będzie bardzo na stronę, gdzie słońce zachodzi, a jednocześnie w dół. Podaję numerki do dzwonienia: (75) 778 04 12. Nasi odpowiedzą na wszelkie pytania!
Artykuł Niech czuje już zawsze tylko dobro. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł …a co, jeśli…? pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>
…..
…i jak mam im powiedzieć, że zawsze w takiej sytuacji mną wszcząsa…? Że zawsze się boję i za siebie, i za innych, że się nie zdąży…? …że się nie uda…
….
…przecież on przeżył piekło, przecież tak nasi walczyli, tak szukali sposobów, żeby go odebrać, żeby temu dwunożnemu, co to po ziemi chodzić nie ma prawa, to żeby jego ukarali… Udało się to wszystko całkiem niedawno wreszcie, od miesiąca Pol i Pola były wolne, wreszcie wolne! Pola wyjechała czem prędzej do domu, Pol został…
Idealny, przystojny, kropiasty, wesoły, intelipsiętny, nachwalić się nasi nie mogli…. Nie wystarczyło mu tych zalet…

Od pewnego czasu tej wesołości było mniej jakoś… Ciałka mniej było, schudło mu się… Nasi badania robili, na wszystkie strony Pola sprawdzali, ale zdaje się, że właściwie to zagadki nie udało się rozwiązać… i już nie rozwiąże się nigdy… Nawet jeść zaczął kilka dni temu, nasi tak się cieszyli…..
……….
….a dziś tylko łzy zalały policzki….
Niech to licho, ta Majka to wszędzie te zwierzaki znajdzie…
…i jak mam się nie smucić, kiedy to wszystko nie tak miało być? Kiedy po latach okładania kijem po plecach, po latach marznięcia, chłeptania brei, spania na twardym, w chłodzie albo przegrzewania w słońcu, Pol miał znaleźć najlepszy dom, który by wynagrodził wszystko. WSZYSTKO…
To jeden z tych bezdomniaków, który w schronisku miał o niebo lepiej niż w poprzednim życiu. Poznał spacery, poznał głaskanie, usłyszał słowo dobre… I co z tego, skoro wciąż gdzieś z tyłu głowy jest tak ogromny żal, że się nie udało, że to nie było wszystko, co mogło go spotkać, a co go nie spotka już nigdy…
…….a co jeśli….
……….a co jeśli pękło mu serce…? A co jeśli pomyślał, albo co gorsza – uwierzył, że nie ma już na co czekać…? Że inni idą do domu, że Pola poszła, a on nie pójdzie nigdy, bo nie jest wystarczająco dobry….? …a co jeśli sam zrezygnował…..? A co jeśli uwierzył, że nie jest wart zabrania go na zawsze-zawsze…?

I jak mam nie być smutny, kiedy tyle nas czeka, kiedy tyle historii nie będzie miało dobrego zakończenia, kiedy tyle serc pęka za kratami, a co gorsza – że one pękają tak naprawdę…. tak, że potem nie da się ich już skleić…..
Poszukajcie w sobie tego kleju najspecjalniejszego, poszukajcie tych popękanych, psich i kocich serc… Poszukajcie oczu, które już nie błyszczą, które nie mają odwagi na Was spojrzeć… Właśnie ich poszukajcie za schroniskowymi kratami… Poszukajcie chorych i zrezygnowanych, już ja wiem, że jeśli tylko dacie najlepszy dom, to ktoś Wam pomoże monetkami, żeby tylko natchnąć futro nadzieją i ogon rozmerdać…. Tylko Wy możecie to zrobić…
Zróbcie to dla mnie, co…? Każde takie uratowane serce to jest coś największego na świecie…..
Nie wiem, dlaczego Pola już z nami nie ma. Może to było tak podstępne, że sprytnie chowało się w wynikach badań, a może…. a może to było coś nie do zbadania, bo brak nadziei nie wyjdzie na żadnim monitorku….
…i dlatego żadna kulka mi przez gardło przejść nie chce…
…..
…i tak krótko dziś będzie….
…….poza tym oczy mi się zamgliły jakoś, to na pewno nie są łzy, bo psiężczyźni nie płaczą, to starość pewnie… na pewno…
Artykuł …a co, jeśli…? pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł ….pytań milion… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>……nasi nic nie mówili, ale było poruszenie… zebranie było… nawet ci, którzy już poszli do domów, wrócili wczoraj jeszcze… Stali chwilę na placu, a potem na wybieg poszli. Od razu się wydarłam na całe gardło, że ANI SZCZEKNĄĆ MI TERAZ JEDEN Z DRUGIM, bo ja słuchać będę, bo tak to się nasi spotykają od dzwonu wielkiego!
……
………
…i ja nie wiem, czy ja chcę Wam to przekazać, ale wrrredaktorstwo zobowiązuje. Muszę się wziąć w łapy.
Więc….
Ych.
Więc naszych nie będzie w schronisku. Nie będzie. Będą inni dwunożni, nie nasi. Byli nasi tyle lat, tak długo, że najstarsi stażem mówią, że jak oni przyszli, to już inni im szczekali, że są od jeszcze bardziej dawna. Ale teraz ktoś w tym budynku, co to jest najważniejszy w mieście uznał, że już ich nie chce, że teraz to ktoś inny będzie.
….ale że jak to teraz….
….co będzie z tymi psami, które przyjechały z innych miast niż to nasze…? Gdzie je wywiozą, jeśli nie znajdą domów…?
….co będzie z tymi najbardziej chorymi z nas…?
….co będzie z Ulką, która ma to obrzydlistwo w sobie, że głaskać można ją tylko w rękawiczkach i nie przytulać, a jak już, to zaraz zdejmować ostrożnie ubranka i prać?
…co będzie ze wszystkimi, którzy sprzątają, karmią, wożą, przywożą, co z Tabletkowymi i Wetem…?
…co z Wolontariuszami….?
Wszyscy nasi bez wyjątku byli po prostu NASI i my byliśmy ICH. Oni nam dawali całych siebie i jeszcze więcej, zalewali nas miłością, mieli dla nas wiadro cierpliwości, mieli siły, żeby biec nam pomagać nawet wtedy, kiedy właściwie już padali ze zmęczenia…
…czy pracownicy zostaną z nami…? Znają nas przecież od podszewki, wiedzą, z kim jak rozmawiać…
…………a co z Wolontariuszami……….? Przecież MUSZĄ z nami być…. a jak to będzie, jak naszych nie będzie……?
…….
…..
……….
…co z… …z blogiem…?
…nic… nie będzie…
…ja już pójdę spać.
Dobranoc się z Wami. Jeszcze kilka postów przede mną, jeszcze mam czas.
…mało, ale mam…
…ale dziś za dużo dla mnie…
Artykuł ….pytań milion… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Wiek ten sam, a tak różny etap życia… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Kiedy czterołapom wiek zaczyna się dwucyfrowy, to zaczyna się skrzypienie stawów, pompka się rozleniwia, nereczki wolniej pracują, wątróbka zaczyna się zmieniać, a u bezdomniaków dodatkowo powoli wkrada się niewidzialność…
W poprzednim poście przeczytaliście, że schronisko ratuje życie i mam tu na myśli takie miejsca, jak to nasze i inne, w którym są nasi czy podobni zwierzolubni dwunożni. Musicie też wiedzieć, że po tym uratowaniu to już Wasza rola w tym, żeby dopisać kolejne etapy przygód takiego bezdomniaka, a zacząć musielibyście od podpisania papierka, że odtąd będziecie już razem zawsze na zawsze i obiecujecie dbać, kochać i wszystko, co normalnie i tak się dzieje w dobrym domu.
….bo jeśli nie uratujecie, jeśli nasze życie zatrzyma się na etapie schroniskowym, to musicie wiedzieć, że nasz wiek nie uzna „okej, to teraz stoimy, czekamy na dom”. Czas biegnie, wiek się zmienia, cyferki w nim się mnożą.
Diego trafił do schroniska 5 lat temu. Wyglądał wtedy tak:

To białe na około to śnieg. Nie wszyscy mogą wiedzieć, bo dawno go nie było, ale tak właśnie wygląda śnieg, który padać powinien w zimie. W każdym razie Diego został znaleziony na ulicy, wtedy po raz chyba drugi, ale wcale po raz drugi jego dwunożny go nie odebrał. Nie chciał, wolał zapomnieć, że miał takiego zwierzaka. Nasi myśleli, że skoro kudłacz wygląda uroczo, jest łagodnym, cudownym misiem, znajdzie dom na pewno!
…i pięć lat później, właściwie już prawie sześć, Diego nadal mieszka u nas. Wciąż jest łagodny, wciąż kudłaty, wciąż tak bardzo potrzebuje towarzystwa.

Łapki ma już słabiuśkie, więc go nasi zabierają na takim wózeczku do lasu, ale też żeby sobie sam pochodził, poćwiczył girki i żeby mu nasi nie musieli zadu dźwigać, to wyciągnęli takie dwa kółka specjalne:
Wiem, że ciemno, ale jak teraz ktoś tak szybko gasi słońce, to co ja poradzę. Widać dziaduszka? Widać. Szkoda go? Jasne, że szkoda!
…a jak on ma wierzyć, że skoro przez tyle czasu, w pełni sił i sprawności nie znalazł domu, to znajdzie teraz…?
Rokersowi stukły 4 lata, odkąd u nas mieszka. Trafił ogromny, silny, pewny siebie, niedający sobie w michę dmuchać…

Dziś z tego wszystkiego została tylko wielkość. Dla wielu dwunożnych stał się potrzebującym ciepła i uwagi misiem, a dla kilku małych psów – prawdziwym psiumplem, z którym można szpanować na placu, że się ma osopsistego ochroniarza i teraz nikt nie podskoczy.
Jak już wspominałam wcześniej, czas nijak nie chce stanąć w miejscu, wkrada się podstępnie i zwyrodnieniowo w ogromne łapy ogromnego psa… Już go nie niosą tak spiesznie, jak dawniej, już nie są tak skoczne, bolą…

Nasi robią co mogą, wetka zleca, Tabletkowe biegają z torcikami z leczącymi kulkami, ale pewnego dnia to już całkiem przestanie pomagać…
I można się uśmiechać do zdjęć, jak Wandal.

Można szaleć po wybiegu, można biegać na spacery, można przeciągnąć psiolontariusza na koniec lasu i z powrotem, można pokazać, co się umie i domagać się smaczka, można się do drapania nadstawić, można wszystko…
Tylko potem wraca się do budy…

I jakoś tak smutniej, energia przygasa, oczy już nie patrzą tak pewnie, białka przyświecają dołem, kolejny siwy kłaczek bezczelnie się pojawia na faflu.
Musicie wiedzieć, że to wszystko nie dotyczy tylko psów, że nie trzeba mieć nastu lat nawet. Czasami wystarczy za długie rozmyślanie, dlaczego mimo wyglądu i cudownego charakteru wciąż tego domu nie ma, dlaczego wciąż ogląda się niewielką klatkę i kawałek okna, za którym wciąż tak samo dzień zmienia się z nocą…
Flafi trafił do nas na wiosnę zeszłego roku.

Mimo przypominania o nim, mimo cudownego charakteru, domu brak. Na kociarnię Flafi trafić nie może, bo jest zazdrosny o inne sierściuchy, bo że z jakiej racji on ma się dwunożnymi dzielić!?
…a domy, w którym byłby jedynym zwierzakiem, są przecież. Tylko jakoś poza flafiowym zasięgiem…
I tak po półtora roku, mimo najlepszej opieki wetowej i jedzeniowej, mimo głaskania, poświęcania uwagi, Flafiego teraz trudno poznać.

W schronisku nigdy nie otrzyma tyle miłości ile otrzymałby w domu; zawsze będzie jednym z bardzo wielu. Zawsze będzie się zastanawiać co jest z nim nie tak, dlaczego cały jego świat to niewielka klatka… zawsze, aż ktoś nie stwierdzi, że właściwie to znajdzie dla niego u siebie miejsce…
Schronisko ratuje życie, ale nigdy nie będzie dobrym domem na zawsze-zawsze. Nasi przywracają zwierzakom wiarę w dwunożnych, ale czasami nawet ich dar przekonywania nie wystarcza, jeśli niewiele w tym życiu klatkowym się zmienia… Ile można mówić, że będzie dobrze, znajdziesz dom, skoro kolejny raz słońce zachodzi i… nic…
Tylko Wy możecie zmieniać nasze życie do końca. Tylko dzięki Wam możemy tak naprawdę w pełni uwierzyć w siebie… Kiedy szukacie zwierzaka do adopcji, pomyślcie, czy nie moglibyście przyjąć kogoś, dla kogo czas w schronisku płynie jakoś szybciej, w domu przecież może się wreszcie odczepić i zatrzymać… Lat mniej nie będzie, ale wdzięczności, miłości i oddania też nie, wręcz przeciwnie. Głaszcz po siwych kudełkach, przykrywaj kordełką na noc, witaj każdego dnia, patrz, jak piękniejemy i wybłyszczamy oczy dla Ciebie…
Obiecasz, że pomyślisz…?
Artykuł Wiek ten sam, a tak różny etap życia… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Smutna bajka o rycerzu Czarku. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Czas jednak mijał, a to już takie rządzą w świecie zasady, że im rok późniejszy, tym i lat przybywa wszystkim, chorób więcej, sił jakoś mniej. Czarkowa dwunożna zrobiła się taka właśnie słabsza, leczących kulek zaczęła brać coraz więcej, coraz więcej w łóżku leżała… z Czarkiem, a jakże! Dzielny, mały rycerz na krok nie odstępował swojej pańci!
Nawet, kiedy przestała już prawie całkiem wstawać, nawet kiedy zaczęła potrzebować pomocy, Czarek nie rozumiał, że powinien pozwolić innym zająć się pańcią swoją, że nikt jej nie zabierze, ale niech pozwoli działać. Nic z tego, Czarek szczekał i warkolił tak, jakby go mieli do zespołu metalowego zatrudnić.
…a tam naprawdę potrzebna była pomoc i całe szczęście, że inni dwunożni to zauważyli. Przychodzili do starszej już dwunożnej z dobrymi zamiarami, ale po teatrze, jaki Czarek odstawiał, to bali się wracać! Wchodzili jakoś zerkając z ukosa na warkolącego, czarnego serdelka, bo chociaż ząbki ma małe, to jednak nikt nie chciał ich mieć w łydce. Przeganiali chłopaka, żeby pomóc, on tego nie rozumiał, jeszcze bardziej się złościł, że nikt nie bierze na poważnie jego obrony! …może, jeśli byłby inny, to by chodził na spacerki, mieszkał może ze swoją pańcią albo ktoś by go przygarnął i odwiedzał starszą dwunożną…? Nie dowiemy się, Czarek nie dał szansy.
W końcu nie było innej rady i ktoś się z naszymi skontaktował, bo przecież z psiurkiem nikt nie wychodził, do domu nikt wejść nie mógł; rycerz tak bronił swojej pańci, że żadna pomoc nie była możliwa. Pojechały od nas dwie dwunożne do agresora który okazał się…

…przestraszonym do granic i nie radzącym sobie z tym zupełnie psiundelkiem… W mieszkaniu było, jak było, kawałek możecie zobaczyć, ale to się nie ma co dziwić. Starsza dwunożna nie miała sił, a inni nie mogli do tak zajadle bronionej twierdzy się dostać za bardzo.
Wszyscy wiedzieli, że lepiej będzie go zabrać, obróżkę założyła jego pańcia. Smutno było, ale są takie sytuacje, że inaczej się nie da…
Trafił więc dzielny rycerz Czarek do naszego schroniska.

Myśleli wszyscy, że mu przejdzie ta rycerskość, że spojrzy łaskawiej, ale napiszę krótko – a gdzie tam! Czarek jest u nas dwa tygodnie, wciąż chyba wierzy, że wróci do swojej dwunożnej, ale to już się nigdy nie stanie… Musi się przekonać i zaufać, te wielkie ślipia muszą przestać się wybałuszać ze strachu…

Znaczy tak wiecie, napisałam, że on musi, ale to nie chodzi o to, że jak się nie zmieni, to się z nim inaczej porozmawia, jak nie prośbą, to groźbą, że wystawi się go do lasu, jak nie merdnie ogonem, którego nie ma. Nic z tych rzeczy! Po prostu inaczej będzie mu bardzo dużo trudniej, żeby dom znaleźć, żeby dać się głasknąć, żeby na spacer iść…
Nasi go i tak na załatwianie potrzeb zabierają, przecież nie może ciągle siedzieć w miejscu. Co prawda on po rycersku unosi się honorem i nie ma zamiaru się nawet na nich spojrzeć, ale to już jego sprawa. Trzeba czekać, aż mu przejdzie…
Wierzymy wszyscy, że to kochany chłopak jest, że uwielbia siedzieć na kolanach, że potrafi się pięknie uśmiechnąć, że potrafi się cieszyć całym, bezogonkowym kuperkiem. Na pewno tak jest!
…tylko w małym Czarku wciąż wszystko przesłania strach…

…który przykrywa warkoleniem.
W bajkach tak powinno być jednak, że mają szczęśliwe zakończenia, że nieważne, jakie przygody spotykają bohaterów, jakie burze szaleją nad ich głowami, to prędzej czy później nad ich głowami wychodzi słońce. Tu też tak będzie, chociaż póki co wierzą chyba wszyscy prócz głównego bohatera…
Artykuł Smutna bajka o rycerzu Czarku. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł …Wy się kłóćcie, a ja pochrupię… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Otóż.
Dwa miesiące temu przyjechał do schroniska, co to niżej na mapie jest, pies. Trzydzieści siedem smutków owiniętych sierścią, z zieloną mazią na oku, ze zwisającą skórą na brzuchu, przez którą nasi na pierwszy rzut zmartwionego oka nazwali zwierzaka Henri, a dopiero potem zauważyli, że to jednak psiolaska, ale już imię zostało, bo czy to ważne, jak się woła?
To nieszczęście wyglądało tak…

Nasi umieścili zdjęcie na fejsie i napisali, że szukają właściciela. Zawsze tak robią, zawsze się informuje, kto przyjechał, kiedy, skąd i gdzie można znaleźć zgubę i…
….i świat oszalał….
Zdjęcie obiegło cały kraj i połowę sąsiedniego. Wszystkie zwierzaki z tego schroniska razem wzięte nie miały takiego rozgłosu, jak właśnie Henri. Nikt nie zazdrościł, my nie tacy i wcale nie o to chodzi!
Wielu dwunożnych z daleka nawet dzwoniło i pisało, że da dom, ot tak, z miejsca.
To, że niektórzy stwierdzili, że są gotowi podarować mu najlepszy dom to nie jest nic złego. Jestem nawet przekonana, że w kilku takich miejscach Henri znalazłaby miłość i ciepło. Niestety druga strona jest taka, że ogrom takich domów jest chętnych tylko teraz, w momencie pisania, potem zapał mija. Są chęci, bo świat patrzy, więc niech widzą, jaki ktoś jest super, bo weźmie takiego biedaka. Myślicie, że tak nie bywa? Ja wiem, że bywa, znałam psa, który został wzięty właśnie dlatego, ale to wyszło oczywiście później. Ma być cukierkowo, pokaże się zwierzaka, zbierze pochwały, pozbiera monetki… a co potem? A tu się okazuje, że choroby nie mijają, że staruszkowość jest jednak męcząca, że podłogi zapaskudzone, że kontakt nie jest tak wylewny i… co dalej? Wbrew pozorom domu dla takiego zwierzaka nie wybiera się ot tak, w szaleństwie, na hura. Nie tędy droga, jak to słyszałam, że mawiają.
Wielu dwunożnych dzwoniło i pisało, że są fundacje przeróżne, które na pewno wezmą Henri, tylko trzeba się z nimi skontaktować; niektórzy nawet sami próbowali znaleźć miejsce dla psiolaski, bez pytania się naszych, bez dokładniejszego dowiedzenia się, co z nią, czego potrzebuje… Sami uznali, że gdzie indziej się nią zajmą lepiej, chociaż nawet nie starali się dowiedzieć, jak jest.
Byli tacy, którzy sami byli przedstawicielami organizacji, i którzy mówili, że biorą ją już teraz, zaraz. …wiecie, że są takie grupy, które biorą biedaki, na które można zbierać monetki, a co potem się z czterołapami dzieje, to nikt nie wie…? Ja wcale nie piszę, że tak by było i że to akurat z takich dzwonili, ale nasi takie też znają.
Kawał kraju uznał, że psa trzeba uratować czem prędzej z miejsca, które nazywa się schronisko, więc z pewnością jest koszmarne i pies zaraz zginie niechybnie! …tylko że jednocześnie niektórzy chcieli umieścić czterołapkę w innym schronisku, kojcu, klatce w przepełnionej fundacji, byle upchnąć, że tak to napisze brzydko, gdzie indziej, niż jest.
Zresztą wielu dwunożnych zaczęło pisać i mówić wprost, że nasi psa ogłosili, żeby zbierać na niego monetki, a przecież na fejsie nie było ani pół słowa o tym! Ani ćwierć. Niektórzy sami się skrzykli, że chcą przekazać to i owo na konto, więc skoro tak, to nasi podali. To się pojawiły kolejne telefony z pretensjami, że na pewno zbierają, a psa już dawno nie ma, że na pewno nasi go pożegnali byle szybko, ale niech zdjęcie sobie będzie, to więcej zbiorą; były żądania pokazania, na co dokładnie jest zbiórka (tak, ta, której nasi właściwie nie organizowali).
Wiecie, ile się zebrało po tych okrzykach, że trzeba zbierać, a potem po innych, że nasi pewnie sami te monetki do kieszeni pchają? 310. Trzysta dziesięć monetek. Oczywiście, że nasi są wdzięczni bardzo, ale ci, którzy zajmują się szerzej zwierzakami, zwłaszcza chorymi to wiedzą, że to nie jest kwota pozwalająca na szastanie…
….musicie też wiedzieć, że to wszystko, co napisałam, to całe szaleństwo, te deklaracje, te wyrzuty, wydarzyły się w ciągu dwóch dni od przyjazdu zwierzaka do schroniska…? DWA dni. Jeszcze na dobre nasi nie poznali Henri, jeszcze dobrze wet nie obejrzał jej z każdej strony, jeszcze nie odpoczęła dobrze i nie odespała, jak należy… Nasi odbierali telefon za telefonem i nie wiadomo było, czy dzwoni ktoś ze słowami wsparcia czy z wyrzutem, że pies jest trzymany na siłę (były takie słowa), a tu tyle miejsc na niego czeka! Tymczasem Henri spokojnie w najlepsze chrupała sobie chrupeczki…
Kto by pomyślał, że biedna, schorowana i starutka kupka nieszczęścia w dwa dni zostanie udostępniona kilka TYSIĘCY razy. Kto by się spodziewał, że nasi prócz wsparcia, otrzymają też tyle słów negatywnych i że usłyszą tyle opinii, że na pewno mają już wypchane kieszenie monetkami, że na pewno psa już nie ma, a oni zbierają, chociaż to wcale nie od nich wyszła propozycja zbiórki.
…i jak to możliwe, że większość z tej masy dwunożnych nawet nie spojrzała na to, jakie jest to schronisko, co nasi robią, jak dbają o zwierzaki, tylko po prostu uznali, że jest źle, że Henri pewnie zostanie wrzucony do kojca pełnego innych psów, że pewnie nie przeżyje, a w ogóle, że już zapewne godzinę po poście nie żył… Sporo osób po prostu postawiło sobie za cel znalezienia innego miejsca dla Henri, nawet jakby miała z kojca trafić do innego kojca, ale byle nie była tam, gdzie jest.
I to wszystko w ciągu dwóch dni.
Nasi mało nie osiwieli, a Henri… Henri chrupała chrupeczki. Właściwie to smaczki.
I tu mogę napisać dalszy ciąg, bo na tym filmie psina już nie jest w schronisku. Powędrowała do domu dobrze znanego naszym, w którym miejsce znajdują psie dzieciaki (te tylko do czasu znalezienia dwunożnych na stałe) i staruszki. Czternastoletnia Henri zostanie tam na zawsze i będzie zaopiekowana i kochana bez względu na wszystko. Wet powiedział, że weselej nie będzie z jej zdrowiem, że jej stan to wieloletnie zaniedbania…
Czy Henri była jedyną starszą psiną w schronisku? Nie. Czy inne w takim razie też zyskały taką sławę? A skąd. Czy domy chętne na adopcję psa z problemami powiedziały, że skoro nie Henri, to wezmą innego, który też bardzo potrzebuje, bo czas mu przemija? …chyba nie muszę odpowiadać. Zdaniem bardzo wielu Henri nie mogła mieszkać w schronisku, a nasi byli ostatnimi, którzy dobrze by się zaopiekowali nią i innymi, ale nikt nie chciał nikogo innego „uratować” z tego schroniska. Wiecie już, dlaczego napisałam wyżej, że chęci na adopcje przemijają razem z przewinięciem strony na fejsie…
….a tymczasem Henri nadal chrupie chrupeczki…
Nasi w tym schronisku nadal mówią o Henri, że jest gwiazdą. Zupełnie nieświadomie wywołała zamieszanie, zajęła linie telefoniczne, spędziła sen z powiek tych, którzy doszukiwali się oszustw i wynoszenia monetek, których wcale nie było tak dużo, jak na tak chorego psa, i o które przede wszystkim nasi nie prosili… A to wszystko w ciągu raptem dwóch dni.
Tymczasem w tym samym schronisku pomocy potrzebuje Hassa, która przyjechała tam wychudzona i zaniedbana.
Szybko nasi się przekonali, co owczarka jadła zanim trafiła do schroniska… Folia, plastik iii… kamlotki nawet. To wszystko na tyle zepsuło środek Hassy, że nie mogła potem jeść byle czego i nasi tak długo szukali, aż znaleźli jedną, jedyną karmę, która sprawia, że psiolaska czuje się dobrze.
I to właśnie dzięki tej opiece i szukaniu sposobów na polepszenie zdrowia Hassa wygląda dziś tak:
Wciąż jednak potrzebuje pomocy w kupnie kulek, i domu, w którym mogłaby odzyskać zdrowie, bo w schronisku ciężej się zdrowieje…
Nasi dbają też najlepiej, jak się da o Svano, który mieszka w tamtym schronisku najdłużej ze wszystkich.
Od początku nie był zbyt wylewny, wręcz średnio lubi jakieś spoufalanie się i może dlatego nigdy nie znalazł domu. Teraz jeszcze staruszkowość się wkradła, skrzypiące stawy… Nasi podają mu leczące kulki, które sprawią, że spacery wciąż będą przyjemnością.
Ten sam problem z girkami ma Bruno, który mimo różków wystających zza uszek, wciąż jest kochany przez naszych i wciąż starają się, żeby miał powody do radości.
Puchaty miś, którego nie można przytulać, taki jest i już. To jednak nie znaczy, że mu nasi nie będą pomagać, że nie będzie wychodził na spacery, że niech mu stawy skrzypią, bo nasi mają inne zmartwienia. Wcale nie! Bruno po prostu będzie jednym z tych zmartwień.
Hassa bardzo chętnie przyjmie jedzonko, które możecie dać jej w prezencie, ale żeby się dowiedzieć, jakie – musicie nacisnąć w jej zdjęcia. Svano i Bruno potrzebują leczących kulek na stawy; jakich – też dowiecie się, jak naciśniecie na zdjęcia tych misiów.
To nie są jedyne potrzeby, ale to już trzeba się skontaktować. Namiary będziecie mieć u góry, jak naciśniecie w „Gdzie mieszkamy?” i to będzie to drugie Schronisko. Nasi pomagają, jak mogą i wszystkim, którzy tego potrzebują. Dbają, okazują wsparcie, oblewają miłością, natychają wiarą w siebie.
…ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że wcale tak nie jest, kto nawet pół kulki karmy nie da, kto nie zobaczy zdjęć, nie zobaczy wieści płynących na fejsie… Ech…
Artykuł …Wy się kłóćcie, a ja pochrupię… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł …straszno nam… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Smoła albo została porzucona albo sama się zgubiła i chyba jej znaleźć nie mogą (albo nie chcą), bo mieszka u nas już ponad miesiąc i… nic.

Przyjechała do nas zmoknięta i trzęsąca się z zimna. Dobrze, że ktoś na nią zwrócił uwagę i zadzwonił do naszych, za kratami mimo wszystko jest lepiej niż na ulicy. Smoła jest młodą psiolaską, bardzo kochaną, ale też nieśmiałą i trzęsącą girkami tak bardzo, że moczyła podłogę, ale nasi nic a nic jej nie mówili na to, posprzątali i tyle. Nigdy nie mają pretensji, tacy są fajni! Smoła na widok dwunożnych zamerda ogonkiem, ale żeby tak od razu podbiec i włazić na kolana, to nie jeszcze… Zbyt straszno.
Leta ma dłuższe i czarno-białe kudełki, ale poza tym tak odśrodkowo jest bardzo podobna do Smoły.

Też potrafiła zmoczyć podłogę ze strachu, też trzęsie girkami, też czasami nie wie, gdzie ma ślipia podziać. Zmienia się, bo o ile na początku wolała nie wychodzić z budy, a w jej interesie zgłaszał się Sewerus…

…to teraz już nawet wychodzi, przymila się, łapki wyciąga…

Jednak kiedy nasi wejdą do kojca, chowa się i nieśmiało łypie ślipiem, tylko za kratami taka odważna, ale mamy nadzieję, że i to się zmieni. Póki co smycz jest przerażająca, spacer niemożliwy do przejścia, a jak kto na ręce weźmie, to jeszcze też może być.. tego.. no.. zmoczony od rąk po buty, ale też nikt by nic na to nie powiedział złego i nie skrzyczał nikogo! Psiolontariusze wiedzą, że najlepszych ubranek się do nas nie przynosi i tyle. Leta się wszystkiego nauczy i pewnie stanie się odważniejsza, chociaż są takie psy, z którymi nieśmiałość pozostaje do końca, ale trzeba po prostu w tym zobaczyć urok. Pewnie byłoby jej lepiej z drugim psem, ale jak ktoś nie ma, a by chciał, to Sewerus w pakiecie zawsze iść może!
Orinar też czystej podłogi po sobie nie zostawiał na widok dwunożnych…

Ten to jeszcze bardziej nie wie, co tu robi i czego od niego chcą niż Leta i Smoła razem wzięte! Smycz to już w ogóle zło największe, bo z jakiej racji ma cokolwiek założone na szyję, kto pozwolił, z jakiego prawa to?? Nie wiem, gdzie on żył wcześniej i jak; nasi go złapali, kiedy ktoś zgłosił, że od kilku dni łazi po jednej z wiosek. Że był podwórkowy, to nie ma wątpliwości skoro nie zna spacerów, ale czy go tak kiepsko traktowali czy może po prostu wrodzona nieśmiałość do obcych? Kiedy się wejdzie do jego kojca, to łypnie z ukosa, wyjdzie z budy nawet, ale dystans na kilka kroków trzyma, podejść nie chce, a jak ktoś w jego stronę chociaż pół kroku zrobi, to zaraz zwiewa! Krótko u nas jest, ze dwa tygodnie może, praca natychająca nadzieją i wiarą w siebie dopiero się ledwo zaczęła…
Nie myślcie jednak, że to trzeba czekać, aż się wszyscy ośmielą i staną pełnymi werwy i ufnymi psami. Tak już z nami jest, że czasami na zawsze w nas zostanie ostrożność, a poza tym kto powiedział, że Smoła, Orinar czy Leta mają się ośmielać w schronisku? W domu byłoby łatwiej, ciszej, spokojniej… Pewnie, że trzeba by było przyjeżdżać do nich, czasu spędzić trochę na zapoznaniach, ale jeśli zobaczyliby Was kolejny raz, to też by w ich głowie się pojawiło „o, znam ich, nic złego nie robią, jednak podejdę jeszcze krok”. Byli też tacy, którzy zabierali do domu jeszcze większe strachulce (te tutaj to przy niektórych odważne, że ho-ho!) i dopiero w domu psy wychodziły ze skorupek; czasami to trwa miesiącami nawet, ale właściwie nigdy nie wiadomo, jak będzie. W takich przypadkach nie napiszę, że one Cię pokochają zanim Ty zdążysz coś poczuć do nich. Tutaj to Wasza miłość, cierpliwość i w ogóle CHĘĆ do pomocy może zdziałać cuda. Prawda, wszystkie te psiundki są jeszcze u nas krótko, mogą niedługo same stwierdzić, że dobra – nie jest tak źle, już się nie boję. Bardzo im tego życzę, ale po co czekać i się przekonywać? Niech poznają swoich dwunożnych choćby dziś!
W związku z tym, że ostatnio dostałam (JA – osopsiście dostałam!) maila z opowiastką, jak wyglądała droga do pewności jednego z byłych mieszkańców schroniska, to ja ją tutaj zostawię, żebyście wiedzieli, że nawet, jeśli ta skorupka jest gruba i nawet, jeśli się ją przebija w schronisku miesiące całe (a bywa, że i lata), to w domu może stać się cud.
Jeszcze 5 lat temu mówiłam sobie, że psa nie będę mieć, że nie mam czasu, nie mam serca też wejść do schroniska i wybrać TEGO spośród innych które też są przecież cudowne i najwyjątkowsze na swój sposób… Aż do pewnego momentu… Dokładnie kiedy postanowiłam sobie zrobić spacerek w wietrzny dzień (akurat data specjalna bo dzień matki) i…. pod komisariatem natrafiłam na ulotkę z psem poszukującym domu. Zdjęcie było smutne- pies z tak bardzo podkulonym ogonem, że aż go nie było widać, przerażone oczy…
coś we mnie pękło. Przyszłam z tą ulotką do domu. Pani domu też była negatywnie nastawiona na psa, ale tak samo jak ja, zobaczyła tą kluskę uznała- TAK, MUSI BYĆ U NAS! Więc wykonałyśmy telefon pod podany numer w ogłoszeniu. I tak rozpoczęła się nasza przygoda. Nie było to takie hop siup. Okazało się, że chłopak cierpi bardzo psychicznie. Zamknął się w skorupce i na nikogo się w pełni nie otwierał. Każdy dźwięk powodował u niego mocne stany lękowe.
Wiedziałyśmy, że czeka nas sporo pracy. Byłyśmy na to gotowe. Bo jak nie my to kto? No i proces się zaczął- pierwsze spotkanie, pierwszy spacer bez kontaktu fizycznego, każde kolejne spotkanie to była praca nad tym by choć troszkę zaufał. Okazało się, że las to jest to co Egor kocha, tam czuł się sobą, a to dużo pomagało, wielogodzinne siedzenie na ziemi ze smaczkami (w szczególności parówkami), spędzanie z nim czasu razem aczkolwiek osobno, bez dotyku. Jeszcze wtedy nie był adoptowany, bardzo dużo czasu zajął proces, chłopak przychodził do naszego mieszkania, poznawał teren, zaczynało się od godzinki, potem ten czas się wydłużał. Bardzo tęsknił za swoja tymczasową opiekunką, ale powolutku się oswajał, aż do momentu gdy pierwszy raz się przyszedł sam pogłaskać i jeszcze tego samego dnia położył się spać na boku! Popłakałam się…. AUTENTYCZNIE PŁAKAŁAM Z RADOŚCI!
Małymi krokami było coraz lepiej! W końcu, po długim i żmudnym procesie opiekunki doszły do wniosku, że to jest ten moment- Egor prawnie zostanie już częścią naszej rodziny- jest na to gotowy! Po podpisaniu umowy nie było raju od razu. Duuuuużo pracy nas czekało…. Lęki od tak sobie nie zniknęły. Siusianie z powodu szelestu, pisku, ruchu ręką nagłego od tak nie zniknęły.Bardzo długo pracowałyśmy nad jego zaufaniem do nas… aż się otworzył! Teraz jest chodzącą kuleczką radości!

Nie panikuje (no chyba, że przy przejściu dla pieszych jeszcze odrobinkę). Obudził się w nim szczeniak, a pomimo kilku lat na karku jest wulkanem energii!

Hasa po łąkach jak gazela, węszy, nawet ugania się za piszczącymi zabawkami! Świetnie dogaduje się z kotami, inne psy toleruje i unika konfliktów, lecz jak trzeba- pokazuje swoją warkolącą stronę. Wielokrotnie podczas wieczornych spacerów odstraszył natrętnych ludzi pod wpływem alkoholu warkoląc i szczekając na dystans. Okazał się też ponadprzecietnie inteligentnym psem-Umie otwierać sobie drzwi, każdą zabawkę na inteligencję rozgryza w bardzo krótkim czasie, bardzo szybko łapie komendy (siad, leżeć, łapa, obrót, turlaj się, do nogi nie sprawiają mu najmniejszego problemu a teraz coś co nas rozbraja- urocze i adekwatne „pufanie” czyli gdy coś mu się nie podoba po prostu tak śmiesznie pufnie i wiadomo co ma na myślito samo z jego „marudzeniem”.
Dosłownie! Jak coś nie idzie po jego myśli wydaje dźwięk podobny do zawiedzionego dzieckaJedyny jego „kłopot” to lęk przed morską wodą, jednak po 2h przebywania na brzegu i biegania równolegle do mnie w morzu uznał, że pora się zbliżyć i łapki zamoczyć, szczególnie że mam pyszne smaczki w ręce.

W przypadku „wód stojących” nie ma takich obaw.Także małymi krokami do przodu!
Jesteśmy z niego ogromnie dumne!

Tak, życie z Egorem (w szczególności początki) to życie wyboiste, pełne wyzwań, ale zarazem przepełnione radością i satysfakcją! Choć było i bywa trudno nigdy nie żałowałyśmy tego, że chłopak do nas trafił .️Dziękujemy za możliwość adopcji tak cudnego psa!A każdej osobie, która obawia się adopcji psa, nie oszukujmy się, trudnego mogę śmiało powiedzieć- WARTO!!Rodzina EgoraPees. Egor kazał pozdrowić każdego psiokumpla i każdą psiokumpele- nie ważne czy przebywającą już w domku stałym, czy też mieszkającą w schronisku dalej <3 Liże uszka i trzyma pazurki za najlepsze domki na świecie!

Artykuł …straszno nam… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>