Wizyty, wizyty, wizyty…

Wizyty, wizyty, wizyty…

Dziś odwiedził nas jeden z Wędrowców. Dawno już żadnego nie widziałem – nasi bezogoniaści ich nie lubią. Nam są właściwie obojętni. Mamy z nimi umowę: jak któryś tu trafi i zastanie pusty kojec (bo jego mieszkaniec jest na spacerze albo u zjaw na badaniach), to może sobie wejść i pojeść z miski. No więc ten Wędrowiec wszedł, łbem kiwnął i ruszył przejściem między kojcami, a my patrzyliśmy, jak idzie: mały, stary, pokancerowany tu i ówdzie… Stary, doświadczony wyga. I nagle stanął, bo z przeciwnej strony weszła nasza bezogoniasta, prowadząc gości: bezogoniastą mamę z synkiem.

Wędrowiec patrzył z ukosa.

Synek się zdziwił: „O, to i chomiki tutaj macie!”

A mama bezogoniasta wpadła w stupor[1].

Nasza bezogoniasta zgrzytnęła zębami. Zgrzyt rozniósł się szeroko i Wędrowiec zrozumiał, że nic tu po nim. Niespiesznie wyszedł. Ciekawe, czy wróci wieczorem.[2]

A zaraz potem dwie wizyty i cztery szczęścia! Najpierw Jaga i As. Duże, młode psy. Poszły do jednego domu, tu niedaleko, w mieście. A chwilę później Mary i Lord. To z kolei stare, duże zwierzaki. Mieszkały razem w jednym kojcu. I razem trafiły na wieś: duże budy, duże obejście, stodoła z siankiem do dyspozycji, pełno kur, bo starszy bezogoniasty, który je wziął ma, fermę. Lord był jednym z najdłużej mieszkających w schronisku. Już myśleliśmy, że nigdy nie znajdzie sobie właściciela. I trafiło mu się. Nigdy nie widziałem psa, który tak się pchał do samochodu. Prawie zapomniał się pożegnać. Ale opamiętał się, machnął ogonem, szczeknął, że da znać, jak mu się wiedzie i pojechali. Mam nadzieję, że powiedzie im się lepiej niż Lunie.

Luna to młoda husky. Trafiła do nas z ulicy, z gorączką, zabiedzona, więc najpierw leżała trochę w szpitaliku, zanim poszła do boksu. Wtedy się okazało, że nie cierpi zamknięcia: z dachu budy skakała na kraty i górą wydostawała się na zewnątrz. Raz, drugi, w końcu bezogoniaści zabudowali jej boks tak, że już nie mogła wyskoczyć. To się wściekła i zaczęła gryźć pręty krat, kaleczyć sobie pysk, krwawić łapy… Wyła przy tym i zawodziła co chwilę, stres ją męczył tak, że liniała na potęgę… Znowu trafiła do szpitalika: tam się nie miała o co kaleczyć, wydostać się też nie mogła… najczęściej z nas wychodziła na spacery… No i trochę się uspokoiła. Aż wreszcie trafiła do adopcji, do pary młodych bezogoniastych. Dowiedzieli się od razu, że Luna jest trudna, że nienawidzi zamknięcia, że trzeba uważać, bo ma skłonności do uciekania, że wymaga bardzo wiele uwagi, że często należy wychodzić z nią na spacery itp. Młodych to nie zniechęciło i Luna poszła do nowego domu.

Wróciła po tygodniu. Sama. Usłyszeliśmy znajome szczekanie przed bramą, patrzymy: Luna! Stoi, ogonem macha: wpuszczajcie! Ogólne zaskoczenie – dlaczego, skąd, jakim cudem…? Poszła do swojego kojca, budę obwąchała, weszła do środka – śpi. Ani jej w głowie szarpać się, kraty gryźć – nie ten pies (tzn. suka)! Feralni właściciele zadzwonili do schroniska po trzech dniach: „Piesek nam zginął”. „Czemu tak późno państwo dzwonicie?” „On zginął dopiero wczoraj.” „Ale u nas jest już trzy dni!” „……” A po chwili: „Bo to tato ją wyprowadzał!” „Aha!…”[3] Rzeczony tatuś włączył się do rozmowy i wyjaśnił, że pies mu uciekł, bo został przez niego spuszczony ze smyczy. „Ale przecież tłumaczyliśmy państwu, że Luna ma skłonności do ucieczek i ze smyczy na spacerach jeszcze długo nie powinna być spuszczana.” „Przestańcie państwo robić cyrk!” – surowo powiedział wtedy tatuś. „Jaki cyrk?” – nie zrozumieli nasi bezogoniaści. A tatuś się rozłączył nie mówiąc do widzenia. I już nikt po Lunę nie przyszedł.

Swoją drogą w schronisku psom jest niekiedy lepiej niż gdzie indziej[4].

Wrrredaktor Cygan

[1] Stupor – coś, w co na widok Wędrowca wpadają bezogoniaste, jeśli w pobliżu nie ma krzesła do wskakiwania.

[2] W ogóle Wędrowcy uaktywnili się ostatnio. Tego samego dnia nasi bezogoniaści odebrali telefon od pewnego grzecznego pana, właściciela firmy, który też miał wizytę. Pan (grzecznie): „Schronisko? Przyjedźcie i weźcie ode mnie z biura Wędrowca. On kiedyś chyba był domowy, ale musiał uciec i zdziczał”. Nasi Bezogoniaści (zdziwieni): „Skąd Pan wie, że był domowy?” Pan (głuchym głosem): „Bo idzie na mnie…!” Nasi Bezogoniaści (perswazyjnie): „Schronisko nie zajmuje się Wędrowcami. Jeśli zwierzę jest dzikie, to najlepiej porozumieć się z zakładem deratyzacyjnym, telefon numer… . A jeśli domowe, to może jakiś sklep zoologiczny, który handluje, między innymi, Wędrowcami, będzie zainteresowany…” Pan (odkłada słuchawkę).

[3] Co ma piernik do wiatraka, spytacie. My też. Długo myśleliśmy, a tymczasem sprawa okazała się prosta jak ogon buldoga. U bezogoniastych jest tak: jeśli tato wyprowadza psa, powiedzmy, w niedzielę, to on mu ginie w poprzedni czwartek! I już!

[4] Gdzie indziej – zgadnijcie, gdzie?

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)