I szczęście, i nieszczęście…

I szczęście, i nieszczęście. Wiadomo, jak w życiu bywa. W schronisku też. A bywa tak, że szczęście czy nieszczęście poza schroniskiem odbija się szczęściem i nieszczęściem tutaj u nas. Raz tego więcej, raz tamtego…

Niezbyt duży, rasowy kundel, błąkał się obok jednego z wielkich hipermarketów. Nasi bezogoniaści dostali sygnał i pojechali. Złapali biedaka, nawet zbytnio nie uciekał. Mówili potem, że najpierw zobaczyli nie jego, tylko jego guz. Potworny ponoć był. Nie wieźli więc psa do schroniska, tylko od razu do lecznicy. Tam się okazało, że i poraniony jest i wychudzony do szczętu. Ot, trzy ćwierci do śmierci. No i powstał problem – usypiać, czy nie usypiać. Bo szanse na przeżycie ma jak jeden do dziesięciu, a pewnie i jeszcze mniejsze. Zjawy czekały, a u nas dyskutowano. No i zapadła decyzja – uśpić, niech się pies nie męczy. Chodziliśmy tu jak struci, nasi bezogoniaści zresztą też. TAKICH decyzji tu się prawie nigdy nie podejmuje…

No i nasi nie wytrzymali. Zadzwonili do lecznicy, żeby odwołać usypianie. Zdążyli. I dosłownie parę minut później znalazł się właściciel psa. Przybiegł do schroniska, bo dowiedział się, że znaleziono jego zaginionego psiaka. Zamożny to on nie był, o nie! Na operację nie było go stać. Ale tu nie szło o pieniądze. Chodziło o to, czy po operacji będzie w stanie zapewnić psu należytą opiekę. Obiecywał, że tak, że zwierzakowi niczego nie zabraknie.

No i operacja się odbyła. Pies znów jest w domu. Nasi bezogoniaści pomagają, dofinansowują zakup leków, pożywienia. A on zdrowieje i wygląda na to, że się wyliże. Miał szczęście.

Była sobie szczęśliwa rodzina bezogoniastych. Starsi już, dzieci odchowane. A oni prowadzili jakiś interes, mieszkali w wygodnym domu i pomagali kotom. Zwłaszcza takim najbardziej potrzebującym, chorym, kalekim. Łaziły im po domu sierściuchy bez łap, bez ogonów, bez oka, poprzetrącane. Blisko dziesięć ich było. Pomijając kalectwo – żyć nie umierać.

Ale karta się odwróciła i z jakichś przyczyn starsi bezogoniaści zbankrutowali. Stracili wszystko, nawet swój wygodny dom. Z dnia na dzień znaleźli się na ulicy. Zgłosili się do nas po pomoc w znalezieniu nowych domów dla tych nieszczęsnych kotów. Trzy najbardziej poszkodowane i najstarsze zamierzali zostawić przy sobie. Na utrzymywanie pozostałych nie mieli już miejsca ani środków. Ogłaszali się w prasie, w Internecie, na stronie schroniska też szły ogłoszenia i apele…

I nic. Parę tygodni – i zupełnie nic! Siedzimy i czekamy. Te sierściuchy pewnie trafią do nas. I pewnie nie będzie im tu najgorzej. Ale szczęściem tego raczej nazwać nie można.

Maleńka suczka… oj, nawet imienia nie pamiętam. Była niby przez parę tygodni, ale wciąż zajmowała się małymi, nie pogadałyśmy. No właśnie, przywieziono ją do schroniska razem z siedmioma szczeniaczkami: czarnobiałe, rudobiałe i wszelkie możliwe połączenia tych kolorów. Zdrowe jak rydze i ruchliwe, nie przymierzając, jak pchełki. Jazgotliwe, czupurne, w kojcu dla maluchów wciąż dobierały się do ogrodzenia, kopały przy nim zawzięcie i zmęczone zasypiały w wygrzebanych dołkach. Gdy je bezogoniaści brali na ręce, robiły wielkie oczy i pchały się z jęzorkami… Odwiedzający schronisko też mlaskali językami na ich widok, wszyscy chcieli je mieć, zapisywali się w kolejce… Matka wykarmiła je, odchowała i w jeden dzień sześć z nich poszło do nowych domów. Na drugi dzień ostatnie. A trzy dni potem – sama suczka.

Oj, chciałoby się, żeby wszystkie schroniskowe psy miały takie szczęście!

Członkowie jednego ze stowarzyszeń bezogoniastych, którzy współpracują z naszym schroniskiem, dostali informację o pewnym sierściuchu miauczącym, któremu źle się dzieje w domu. Pojechali, popatrzyli i natychmiast zabrali biedaczkę. Nawet nie wieźli do schroniska, tylko od razu do lecznicy, do zjaw. Ci też załamali ręce. Kotka, perska zresztą, była cała w kołtunach nie do rozczesania. A nad lewym okiem miała guz. Taki, że samego oka nie było widać, nie wiadomo było nawet, czy ono jeszcze tam jest. Guza zoperowali, oko dało się uratować, ale została paskudna dziura. Przy okazji ogolili miauczura, bo przez te skołtunione kudły nawet załatwić się nie mógł porządnie. I okazało się, że pod włosem nie ma kota, tylko koci szkielet, ważący odrobinę ponad kilogram. Cud, że toto przeżyło!

Ci, którzy tę perską kotkę zabrali jej bezogoniastym, zjawy i nasi bezogoniaści zrobili szybką naradę i postanowili, że zwierzak do dawnych właścicieli nie wróci. Zresztą, ci nawet się nie zainteresowali, co się z ich kotką dzieje. Posiedziała więc trochę w lecznicy na lekach i na obserwacji, a potem jeden z tych, którzy ją zabrali, wziął ją do siebie.

I tak z nieszczęścia w szczęście!…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)