Międzystróżowa miłość. Olaboga, co ja pocznę!

Się narobiło!
Tu Hedar. Hedar pisze. Znaczy ja.

Ja piszę i od razu chciałem zaznaczyć, że nie wiem, jak mi pójdzie. Pójdzie jak pójdzie, trudno. Bardzo chętnie miałbym obok narzekającą Bulbę, ale Bulby… Oj tam, nie umiem tak budować napięcia jak ta ona, ja prosty pies jestem!

Ogłaszam – BULBA WYMASZEROWAŁA DO DOMU!

Bardzo proszę, dowód mam:

Ten pan łaciato-kraciasty to jej ukochany pańcio. A obok, po lewej, taka ciemna plama obok drzewa to jest właśnie Bulbka.

Jak to było? A bardzo proszę, opowiem. 

Bulba stróżem była. Najlepszym z najlepszych. Wiecie, jak się taki człek jeden z drugim czuł nieswojo, kiedy stawiał stopę na kuchennej podłodze i słyszał warkolenie?? Nie widać, a słychać! No i w każdym razie była stróżem. Ja już nie mogłem słuchać tych planów obchodów, a że pójdzie teraz w lewo, a potem w prawo, a jutro odwrotnie, żeby zmylić, a na kuchnię to zajrzy przez okno od strony małego wybiegu… Dzień w dzień… Więc ona opowiadała, a ja udawałem, że słucham. Znaczy słuchałem, ale mi się samo czasem oko przymykało… 

(Bulba by na pewno mnie teraz chciała trącić nibynogą, że mam do sedna zmierzać…)

Czworonożna Bulba stróżowała w dzień, od 8 do 20, a od 20 do 8, czyli w nocy, stróżował dwunożny. Stróży jest kilku, ale tylko dla jednego Bulba czesała wieczorem bródkę i włosy na klacie… Oj co to się działo przy posiłkach i między obchodami! Opowiastki, wymiana doświadczeń i obowiązkowa wspólna kolacja. Zresztą wspólna, nie wspólna, Bulba i tak by się wprosiła… Po prostu wskakiwała na ławę (im brzuchol bliżej siemi był, tym rozbieg był dłuższy. Jeszcze trochę a już od podwórka by musiała się rozbiegać…) i wlepiała te wielkie oooczyyy w talerz.

Pewnego dnia stróż powiedział, że ten mały, sierściasty kartofelek z nibynogami wypełnił jego serce tak bardzo, że on do domu sam nie wraca i koniec! Bulba jak to usłyszała, to jak zwykle powiedziała, że skądś wiatr zawiał, bo jej się oczy spociły, ale raz chociaż mogła się przyznać, że się poryczała ze szczęścia! A co tam! Ja też!!

Klajd poszedł prawie tydzień temu, dwa dni temu Bulba… To ja może…

Ale się rozmarzał jak jakaś psiobaba nie będę! Bulba mi na odchodne zapowiedziała, że jak posta nie będzie, to już ona znajdzie sposób, żebym skutki odczuł…Zastanówmy się w takim razie, kto by do gangu biurowego się nadawał!

Jako pierwszą na liście miałbym… Sonię! Ile można siedzieć na wiacie? Ona już siedzi 10 lat, nie raz o niej pisała Bulba, a przed nią Majka. Już któregoś z kolei kolegę ma. Czas, żeby w końcu któryś ją pożegnał (ale z radością, że idzie na lepsze!), a nie ciągle ona…

Taka misiasta jest! Fajna psiolaska! Czarna, jak ja, niemała (chociaż wiadomo, że ja większy), to by nie tylko na mnie narzekali, że leżę na środku i niby przeszkadzam. (Przeszkadzam, też coś… mówią, że nie dają rady przechodzić, ale chyba nie dają rady przechodzić OBOJĘTNIE, wiadomo, że jestem ZACHWYCAJĄCY!).

Z Helcią byłoby wesoło!

Już sam wygląd sprawia, że mi ogon merda! Ja też mam jedno ucho bardziej leniwe! I za patykami byśmy sobie poganiali… Znaczy ona by ganiała (bo lubi), a ja bym dopingował paszczą.

Tiki zastąpiłaby Klajda! Znaczy nikt Klajda tak do końca nie zastąpi, ale poziom przyklejania się do ludzi podobny mają.

 

Ktoś, kto miał kiedyś Tiki, podobno miał rękę ciężką i ona często upadała na psa… ale w schronisku się ta psiolaska błyskawicznie przekonała, że u nas ręce tylko lekko opadają, żeby potem przejechać od głowy do ogona, a to nieprzyjemne nie jest na pewno!

Oooo, Sara by nam zdecydowanie podniosła wskaźnik piękności biura!

Jest taka… I misiasta, i skarpetki ma białe w maziaje, i żabot, i okołonosie, ta sierść, ten ogon… Schroniskuje już od sześciu lat, z krótką przygodą w „nowym domu”, gdzie miała tylko ładnie wyglądać między pustakami, które miały być jej budą. Żadnego spaceru, nawet po ogrodzie nie miała… Sara nie chce tylko ładnie wyglądać, ona jeszcze niejeden kilometr może przejść! Chociaż dla mnie to ona by tylko wyglądać mogła… Najlepiej gdzieś na posłanku obok… a i na moim mógłbym się posunąć przecież…

Jest jeszcze taka niedawno przyjęta bida – Neska. Krótkołapa, a od głowy do ogona jest serdlem, Opis jakby znajomy… Ale poza tym zupełnie inna!

Ona tę łapę co widać, tę w kropki, ma taką jakąś niebardzo prostą. Neska tak ją stawia, jakby ciągle chciała się rozpychać w tłumie. Widziałem za to jak do ludzi ją ciągnie! Łapa czy krzywa, czy nie, to wcale nie przeszkadza, żeby się wdrapywać do głaskania. No i ta łapa… Mi się prawy nadgarstek wygina, jej lewy łokieć… A ciężko jest znaleźć kompana do narzekania, że tu boli, że chyba padać będzie, bo coś kręci w łapsku. Oooo moglibyśmy wymienić doświadczenia, może ją kręci na słońce?? Bo mnie akurat na deszcz…

Same psiolaski przedstawiłem, to prawda, ale ja psiofacet jestem, toż przecież psiofacetów nie będę zapraszać! Zobaczymy za kilka dni, już są debaty, a dopiero będzie się działo… JA też będę w komisji, wiadomo! Jedna z główniejszych spraw, to żeby się pies (albo psiolaska… psiolaska!) chciał ze mną dogadać. No i ja z nim (z nią! koniecznie!). No i musi ludzi lubić, obowiązkowo! Fajnie też by było, gdyby miała zgrabniejsze paluchy, bo mi się ciężko pisze, zwłaszcza, że nie miał mi kto patyków w łapy wsadzić… Musiałem przemykać obok stróża do kuchni i prosić Tysiaka, a powrót to dopiero był ciężki…

W każdym razie – zobaczymy, jak to będzie, na razie samemu może i spokojniej, ale smutniej.

A teraz spać się położyć muszę, bo rano wstać trzeba wcześnie. Można się spytać – po co ma Hedarzysko stare zrywać się skoro świt! A ja Wam napiszę, jaką zabawę mam co rano!

Rano do biura zaczynają się schodzić pracownicy. Ja wtedy każdemu mówię, że nie byłem jeszcze na spacerze. A powiedzieć potrafię głośno! Oni potem patrzą spode łba jeden na drugiego, bo przecież to pierwsza rzecz, którą się robi, jak się przychodzi do biura – wypuszcza się MNIE na spacer. I każdy to robi sumiennie, bo inaczej wiedzą, że potrafię udowodnić, że coś jednak z pęcherza mogę wycisnąć, nawet, kiedy niby jest pusty. Mimo tego wypuszczenia kilka razy z samego rana, za każdym razem, jak ktoś wchodzi, to ja znów marudzę, że nie byłem… I oni potem do południa ciągle się siebie pytają, czy ja byłem, czy nie, a przy zabawniejszym dniu nawet da się wyczuć, że sami sobie przestają wierzyć.., HA! Taką mamy zabawę co rano! Zwłaszcza jedna taka pani (moja ulubiona!) nabiera się ZA KAŻDYM RAZEM (jak psiolaski kocham!) i zabiera mnie (oraz resztę biurowej ferajny, która się teraz rozjechała po domach…) na kolejny spacer. HA! I ona to akurat naprawdę patrzy na wszystkich bardzo karcąco, i zawsze mówi, że na pewno nie byłem nigdzie. Kocha mnie, to pewnie…

Ech, pójdę szczeknąć stróżowi DobrejNocy…

   (Tak, to ja, zostawiam to zdjęcie, żeby nie było Wam smutno, że już nie ma nic więcej do przeczytania… wiem przecież, że rozstać się ze mną ciężko…)

Hedzisław.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)