Nasi nie tylko szukają domów. Sami je dają! Część I.

Tak, tak! Nasi stają na rzęsach (cholipcia, dobrze się wtedy ukrywają, bo ciągle tylko na nogach ich widzę…), żeby znaleźć dobre domy dla wszystkich zwierzów, jakie mieszkają u nas. Wszyscy też, bez wyjątku, zakochują się prędzej czy później w jakimś czworonogu, coraz częściej o nim myślą, coraz więcej z nim czasu spędzają… I albo zaciskają mocno kciuki i liczą, że znajdzie się jak najszybciej dom, aaaalbooo… szukają miejsca na posłanko na podłodze we własnym domu!

Takie swoje miejsce u jednej NASZEJ znalazł Tytus. Pisała o nim Bulba w zeszłym roku, krótko po tym, jak trafił do nas… O, TUTAJ możecie poczytać, ale tak czy siak przypomnę. Przed schroniskiem miejscówką Tytusa było pole. Mieszkaniem było… też pole. A nad głową coś miał? A pewnie! Niebo! Ta bardzo-pseudo-buda to kilka desek, ale i tak nawet nosem psisko tam nie sięgało…

Wypasiona miejscówka, wypasiony Tytus…….

 Tę karmę to nasi przynieśli. Właściciel karmił psa chlebem… Nic dziwnego, że żebra na wierzchu, skoro cały ten chleb pewnie był wklepywany w kości, Tytus jeszcze nie był wyrośnięty do końca, ledwie okres szczenięcy mu się skończył, teraz miał mężnieć… Na sucharach to kiepsko…

Tytus został odebrany. Nie dało się inaczej. W schronisku w ciągu kilku miesięcy zaokrąglił się i zmężniał, jak przystało na mieszankę owczarka. Tylko obróżkę trzeba było rozluźniać, ale się nasi cieszyli, że wreszcie wielkopies zaczyna przypominać mieszankę owczarka z prawdziwego zdarzenia!

…pewnego dnia wróciła do pracy ze zwierzami jedna z naszych. Przerwę miała, ale nie wytrzymała i wróciła. I bardzo dobrze! Przeszła się po wiatach, w jednym z kojców zobaczyła wielkopsa smutnego, leżącego na budzie, wpatrującego się w nią ogromnymi, brązowymi oczami… Z miejsca ją poderwało! Tytus MUSI zamieszkać akurat w JEJ domu i koniec! Jeszcze jak usłyszała jego historię, jak obejrzała zdjęcia… No nie mogło być inaczej, tak trzeba zakombinować, żeby więcej tytusowa łapa nie stanęła w schroniskowym kojcu!

Problem był jeden. Może nie całkiem problem, ale zagwozdka jednak… Z jednej strony tyciusia, z drugiej jednak całkiem poważna, ale od razu ta nasza wiedziała, że trzeba spróbować ją rozwiązać i inaczej być nie może – musi się udać! Tą zagwozdką była Luna. Malutka, włochata psiolaska, która już u tej naszej mieszkała.

Przed pierwszym wspólnym spacerem to serce dwunożnej mało nie wyskoczyło przez gardło! W Lunowo-Tytusowym randewu pomógł nasz behapsiorysta, dzięki temu wszystko wypadło superaśnie!

Marzenie naszej o zabraniu Tytusa do domu i marzenie Tytusa o dobrym domu zaczęło się ziszczać… Jeszcze tylko kilka spotkań, jeszcze tylko zakupienie posłanka, miseczek i większej szczoty do czesania…

…aż pewnego dnia…

Luna może została jedyną psiolaską w domu, ale na pewno nie jedynym pieseczkiem!

…na pewno też nie jest jedynym, MALUTKIM pieseczkiem…

Tytus idealnie mieści się na kolanach hyhyhyhy!

Ach, udało się! Ci nasi, którzy odbierali Tytusa z pola to się mało nie rozbeczeli jak się dowiedzieli, gdzie trafił… Wreszcie kochany, wreszcie ma dom, na jaki zasługuje każdy czterołap, nareszcie…

Tytus to nie jedyna taka NASZA historia. Do domu naszej dwunożnej pojechała też czterołapa Gosika! Tutaj to akurat było z góry przesądzone i Gosika duużo wcześniej wiedziała, że akurat do tego domu pojedzie prędzej czy później… Tylko gosikowa wybranka musiała jeszcze to pojąć…

Gosika przyjechała do nas umęczona, wycieńczona, chuda… Chociaż wagowo pewnie nie było źle, bo pod skórą miała ogromniastego guza… Co ją spotkało wcześniej? Nie dowiemy się… Ale najważniejsze, że trafiła w najlepsze możliwe ręce!

Gosice jakoś dobre zdrowie pisane nie było… Przeszła jeden zabieg usunięcia guza, przeszła kolejny… I kolejny… Za każdym razem lądowała na szpitaliku, gdzie akurat między innymi pracuje nasza dwunożna. Później Gosika wracała do kojca, wciąż witając nowego kompana… W tej kwestii też szczęścia nie miała. Jej koledzy szli do domów kolejno, a Gosika jak wychodziła na dłużej z kojca, to tylko po to, żeby znów wylądować u psioweta, na kolejnej operacji czy na badaniach, bo się jeszcze okazało, że cośtam w środku też nie chce działać jak trzeba…

Kiedy Gosika pomieszkiwała na szpitaliku, ta nasza dwunożna chodziła wokół niej (jak wokół innych chorasków!), wyprowadzała na spacery, doglądała… Pierwsza zakochała się ta nasza pechowa psiolaska… Kiedy po kolejnym zabiegu leżała zmarnowana, i kiedy otworzyła ślipka, to zobaczyła znów tę samą twarz, oczy pełne troski i uśmiech, specjalnie dla niej… To była JEJ twarz, Gosika już wiedziała… Wiedziała też, że to jest jej szansa, że teraz musi zrobić wszystko co może, żeby dwunożna zrozumiała, że jest im po drodze, że to jest im pisane!

Rozdawała buziaki, patrzyła się wymownie wielkimi, czarnymi ślepiami, mrygała to jednym okiem, to drugim… aaaż wreeeeszcie… DWUNOŻNA ZAŁAPAŁA! Zapaliła jej się w głowie żaróweczka, trybiki ruszyły, w sercu coś zakłuło, w brzuchu motylki zaczeły fruwać!

Potem ruszyła lawina! Trzeba było wszystko jakoś poukładać, przyzwyczaić psa do psa, psa do kota, kota do psa, tyle spraw! Łatwo nie było, ale CEL na wyciągnięcie ręki…

…ufffff, udało się! Udało się i lepiej być nie mogło! Gosice odczarował się domowy pech, znalazła bezpieczną przystań. Nie odczarował się pech guzowy… Wciąż jej wyrasta to, co nikomu wyrastać nie powinno… Przeszła kolejną operację… i kolejną…

…bywało niełatwo… i kroplówkowo-straszno!

…ale teraz Gosika wie, że przejdzie wszystko, że ma dla kogo… Jeszcze za krótko jest ze SWOJĄ Rodziną, żeby zaraz po przywitaniu się żegnać, to jeszcze nie czas…

         Gosi(k)owe lowe!

Matko Suczko! Już taka godzina, a ja dopiero dwa czworonogi opisałem! Nie są jedyne, więcej naszych czworonogów znalazło domy u naszych dwunożnych, tylko nocka taka krótka, a i notka za długa nie może być… Ach jejku…. Trudno, będzie w odcinkach!

Zatem…

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)