Biegnij…

Dzielny Rycerzu herbu Kłapiący Ząb…

Biegnij… Już można… Teraz łapki poniosą Cię wszędzie, gdzie tylko zamarzysz, dokąd tylko poturla się piłeczka…

Biegnij… Znów czujesz każdy nerw, każdą łapkę, znów czujesz uciekającą spod poduszek ziemię…

Wiesz, że będziesz dla nas zawsze przykładem? Zawsze, kiedy będziemy mieli wątpliwości, kiedy poczujemy się źle, kiedy zabraknie nam sił, będziemy właśnie Ciebie, wspominać… Nigdy się nie poddawałeś, nigdy… Tyle razy było źle, ale wystarczyło spojrzeć w Twoje oczy i widziało się ŻYCIE.

….lubiłeś mieć swoje zdanie…. teraz też trzeba było je uszanować….

Biegnij, Tajfun… Niech wiatr znów ledwo za Tobą nadąża, niech gra z Tobą w berka, jak dawniej… Niech Twoja sierść mieni się na złoto, niech słońce w niej tańczy, jak dawniej…

…nasi wspominają, jak znosili Cię kilka razy z wiat, kilka razy Twoje ciało nie zamierzało wstać, ale zmuszałeś je tą ogromną siłą, wolą życia, bo jeszcze będzie dobrze, jeszcze ŻYJMY, IDŹMY, BIEGNIJMY PRZED SIEBIE! Stawałeś na łapki, wracałeś do kojca, jak do siebie, dalej z nadzieją patrzyłeś w przyszłość.

Pewnego dnia jednak łapy przestały Cię słuchać. Nie mogłeś ich zmusić ani prośbą, ani groźbą, chociaż oczy mówiły IDŹMY! Przednie rwały się do biegu, ale tylne zastrajkowały zupełnie… Pamiętasz, jak Tabletkowa do Ciebie przychodziła…? Jak mimo Twoich protestów, ona i tak Cię gniotła i wymachiwała za Ciebie girkami…? Ileż to razy wysyłałeś ją do diabła! Ile razy udało jej się uniknąć Twoich zębów! Wiesz, że do dziś pamięta, że po jednych ćwiczeniach dała Ci pić, Ty wychłeptałeś, ile chciałeś, a potem i tak udziabałeś rękę, która trzymała miskę? Nie ma żalu…

Nikt nigdy nie miał do Ciebie żalu… Byłeś, jaki byłeś, miałeś swoje zdanie i każdy to szanował. Lubiłeś postraszyć, kiedy czułeś, że ktoś się boi, lubiłeś postawić na swoim… A jednocześnie jednym uśmiechem potrafiłeś wymazać wszystkie wcześniejsze warkolenia…

Biegnij, Tajfun… Przecież Twoje imię wzięło się stąd, że byłeś szybki jak wiatr… Wiesz, jak ciężko było zacząć to pisać…? Że „byłeś”, a nie, że „jesteś”…? Przecież jak to! Przecież nie Ty!

…wiesz, że kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu powitałeś Tabletkową po raz pierwszy na własnych łapkach, wszystkich czterech, to się spłakała po same skarpetki…? Pamiętasz to? Stałeś dumny z siebie, stałeś SAM! I to spojrzenie dobrze znane – „IDZIEMY??”… To zdjęcie krążyło wtedy wśród naszych i mało kto oglądał z suchymi oczami…

To Ty rozpocząłeś rehabilitację, od Ciebie się zaczęło. Za Tobą poszli inni i tylu z nich już żegnaliśmy…. Ty wciąż dzielnie jeździłeś, a to stanie na łapkach zmieniło się w chodzenie, chodzenie w dreptanie, a kiedy pierwszy raz znów nasi nie mogli za Tobą nadążyć, wiesz, jakie to było święto?? Jeszcze trzy miesiące i byłaby trzecia rocznica Twojej rehabilitacji… Trzy lata… Dzięki ciężkiej pracy naszych i rehapsilitantki, dostałeś prawie trzy lata na własnych łapach, to znaczyło dla Ciebie tak dużo!

…a pamiętasz te pierwsze biegi po placu…? Nasi Cię ganiali płacząc z radości, ale Ty byle przed siebie, byle jeszcze trochę, byle szybciej, jak dawniej!

Tyle psów poddawało się po drodze… Tyle psów nasi odprowadzali na drugą stronę… Ty miałeś w oczach zawsze tylko jedno – „IDZIEMY??”

Biegnij, Taj… ciesz się, niech znów gra Ci szelest liści pod łapkami, niech znów uszy się składają w tym pędzie! …pamiętasz, jak ciężko było Ci zrobić dobre zdjęcia…? Często wychodziłeś taki „łysy”, z poskładanymi uszkami…..

Nawet, jak nasi organizowali akcje spacerowe, to chociaż nie mogłeś iść, i tak byłeś obecny, i tak zaglądałeś, jak to wszystko wygląda… W zimie chociaż na chwilę chciałeś postać i popatrzeć ze wszystkimi…

…ale w ciepłe dni leżałeś na kocu i witałeś każdego z uśmiechem, jakbyś chciał podziękować, że tak tłumnie przybyli, że chcieli… Tak bardzo kochałeś te tłumy…

Wiesz, jak ciężko było przyznać, że już wystarczy tych ćwiczeń…? Tak ciężko… Przecież tak miało być zawsze, przecież ekipa ciągle inna, ale Tajfun zawsze na czele! …i nagle nasi powiedzieli – przestajemy, nie ma już sił… Ja myślałam, że mi uszy myć trzeba, że się przesłyszałam! Jak to!? …a to prawda była…

Mało jadłeś, energia gdzieś poszła w dal siną… Nasi zdecydowali, że będziesz wypoczywał, cieszył się słońcem, latem, dwunożnymi… Patrzyli na Ciebie smutniej i mieli tylko w głowie, żeby jeszcze to słońce zanurzyło się w sierści, żeby jeszcze wiatr zajrzał do ucha, żebyś chociaż w taki sposób nacieszył się latem…

Niby nie miałeś domu…. niby nie miałeś rodziny… Ale mieszkałeś w tylu sercach i tylu ludzi przychodziło do Ciebie!

…i Twoje serce nie było puste… I Ty w czyimś miałeś tak bardzo szczególne miejsce… To na jej widok cieszyłeś się najbardziej, to dla niej machałeś łapkami, to ona wróciła dla Ciebie wcześniej z wyjazdu, byłeś właśnie najbardziej na świecie JEJ… Nie każdy ma tyle szczęścia, wiedziałeś o tym i tym bardziej tak bardzo byłeś wdzięczny i chłonąłeś każdą chwilę…


Wiesz, co jeszcze było szczególne…? Nasi nie walczyli o Ciebie. Nie musieli. Oni walczyli Z TOBĄ. Nawet, jak było kiepsko, nie musieli pytać, wystarczyło spojrzeć w Twoje oczy i zobaczyć w nich tyle życia, że wiadomo było, że wszystko się uda. Tobie udawało się wszystko.

I nawet, jak apetyt sobie poszedł na dobre, nawet, jak łepek stał się kościsty, nawet jak cały się zrobiłeś taki leciutki… to wystarczało jedno spojrzenie – chodźmy, żyjmy, jeszcze nie czas!

………….

…jeden wyjazd do lecznicy… kolejny… Słabłeś… Nie było co się dziwić, nie chciałeś jeść, a przecież nasi podsuwali tyle różnych rzeczy, tyle przynosili, tyle gotowali! Potem już nawet nie było ważne, co dadzą, byle byś jadł. Nikt nie ma takiego przywileju! Nikt! Ale nie chciałeś skorzystać, już nie chciałeś…

Dałeś do zrozumienia, że już wystarczy… Nasi zrozumieli to wcześniej, ale chcieli dać Ci jeszcze coś najszczególniejszego… To były Twoje dni… Najcudowniejsze, najbardziej kochane, słoneczne dni…

Leżałeś na ukochanych kolanach, ukochane ręce wplatały palce w słoneczną sierść, było tak spokojnie i błogo… Ile łez się wylało wtedy, to pewnie nawet nie wiesz…

Tylu ludzi przychodziło, żeby ten ostatni raz pogładzić Twój łeb… Rozdawałeś uśmiechy, takie już staruszkowo bezzębne, ale nasi i tak mówili, że to najpiękniejszy uśmiech, jaki widzieli kiedykolwiek.

Wyjeżdżałeś na spacery, tylko tak jeszcze mogli Cię zabrać te kilka ostatnich razy do lasu… Pędziłeś ścieżkami, wyciągałeś nos przed siebie! Idźmy! Pędźmy! Byle dalej!

 

…nie widziałeś, ile łez zostawiono po drodze, ale to dobrze akurat…

…tym razem Majka nie krążyła podstępnie… Ona już była z nami kilka dni. Wiedziała. Tajfunowa Dwunożna gładziła siwy łeb, a Majka trzymała łapę na jej ramieniu, żeby chociaż odrobinę siły jeszcze w nią tchnąć…

….i pobiegłeś na drugą stronę zostawiając pełno sierści w sercu i obietnicę, że jeszcze nie raz szczekniesz znajomo…

…już byłeś, prawda…?


Tajfun mieszkał u nas sześć i pół roku. Połowę tego czasu spędził na kłótni z własnym ciałem i pokonywaniu jego słabości. Muszę podziękować niezwykle bardzo wszystkim, którzy pomogli mu w tej walce o siebie.

Dziękuję naszym i psiowetom, że się nie poddawali, tylko tak dzielnie stali przy nim i chcieli widzieć tyle razy, że on jeszcze się w żadne zaświaty nie wybiera.

Dziękuję psiolontariuszom za tysiące kilometrów spacerów i rzuconych piłek, i że się nie poddawali, jak w przypływie dobrego humoru kłapnął zębami za plecami…

Nawet te najmłodsze psiolontariuszki go pokochały ze wzajemnością! Nie bały się, nic a nic, a i on ani razy nie spojrzał na nie inaczej niż z miłością najwierniejszą… Wystarczyło hasło „Taj”…

I już nogi rwały się do pędu, żeby dotrzymać mu towarzystwa, żeby nie był sam… Był wtedy najszczęśliwszy na świecie…

Dziękuję rehapsilitantce i ortopsiowetowi, którzy pomogli Tajfunowi stanąć na łapki, dzięki czemu zyskał ponad jakieś dwa lata mniej lub bardziej swobodnych spacerów. To znaczyło dla niego TAK BARDZO DUŻO, że aż nie sposób opisać…

Dziękuję psiolontariuszom, którzy zawozili, pilnowali i odwozili Taja z ćwiczeń. Te kilometry spacerów przez ostatnie lata, to też Wasza ogromna zasługa!

Dziękuję wszystkim dwunożnym, którzy zdecydowali się przelać monetki na opłacenie ćwiczeń i badań. Przez te wszystkie lata tak bardzo niemożliwie dużo ich było trzeba, ale Taj zawsze mógł liczyć na wsparcie.

DZIĘKUJĘ JEJ. Tej najszczególniejszej Dwunożnej, która zrobiła dla Tajfuna więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek. Oddała mu swoje serce, czas, przelała wiadro miłości, sprawiła, że miał dla kogo żyć, nadała sens… Nie mogła go zabrać do domu, ale on i tak był zawsze przy niej, a ona spędzała z nim każdą wolną chwilę. Im mniej tego czasu zostawało, tym więcej czuwała przy słonecznym łebku… To właśnie dzięki niej te ostatnie dni były najbardziej magiczne i Tajfun mógł zasnąć spokojnie, mając w głowie najpiękniejsze wspomnienia…

Dziękuję wszystkim, którzy noszą nas w sercach i co by się nie działo, będą przy nas w każdej sytuacji…. każdej…..

…dziękuję…


Taj… Dziękuję, że mogliśmy Cię poznać…

Biegnij….

2 komentarze

  1. Biegnij Taj, biegnij.Niech nic Cię już nie boli. 🙁

  2. a prawie mógł mieć dom, ale…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)