simple-lightbox domain was triggered too early. This is usually an indicator for some code in the plugin or theme running too early. Translations should be loaded at the init action or later. Please see Debugging in WordPress for more information. (This message was added in version 6.7.0.) in /home/ssdyug9/oczami-bezdomnego-psa.pl/wp-includes/functions.php on line 6131nirvana zostało uruchomione zbyt wcześnie. Zwykle jest to wskaźnik, że jakiś kod we wtyczce lub motywie działa zbyt wcześnie. Tłumaczenia powinny zostać załadowane podczas akcji init lub później. Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 6.7.0.) in /home/ssdyug9/oczami-bezdomnego-psa.pl/wp-includes/functions.php on line 6131Artykuł Ani jednego psa, a stado, że serce rośnie! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Bo widzicie, jest takie miejsce nie tak całkiem daleko od nas, ale już nie mówią tam po naszemu, tylko inaczej. Jakbyście spojrzeli na mapę, to zobaczylibyście między nami taką linię z podpisem GRANICA, ale tak naprawdę, kiedy pójdziecie tam na miejsce tej linii, to żadnej nie będzie, wiecie? Taka ciekawostka! Dlatego zwierzaki nic o niej zwykle nie wiedzą i takie sarenki czy wilki przełażą lasem w te i we w te, ale dla dwunożnych to jakieś ważne jest, dlatego oznaczone na mapie. I dlatego oni na drogach mają tabliczki, że oto tutaj w tym czy tamtym miejscu się przekracza tę granicę i już mówi się inaczej.
Stąd ten tytuł mój, że tam, w tamtym miejscu, o którym dziś napiszę, i które ściśle się wiąże ze wzruszem, nie ma ani jednego psa. Same hundy!
Zacznijmy jednak bardziej od początku…
Daaaawno, daaaaaaawno teeeemuuu, tak dawno, że już żaden zwierz u nas tego nie pamięta, bo żadnego, który był świadkiem, już nie ma, a nasi jeszcze byli Wolontariuszami, do schroniska przywieźli dużego biszkopta.

Dano mu na imię Svano, zaszczepiono, fasolkę z numerkiem wstrzyknięto, zapakowano do kojca i tak sobie czekał… I czekał… Nasi go wyspacerowywali, szukali mu domu, a potem, kiedy już przejęli rządy w schronisku, zaczęli jeszcze dbać o jego stawy, które już powoli zaczynały skrzypieć. Przez te wszystkie lata, a było ich w sumie… ze osiem, poznali go od podszewki! …dziwne to powiedzenie w sumie, może powinno być, że od podszerstka? Kto wie, co to jest poszewka!?
W każdym razie… Svano czekał. I czekał…

I jakoś nikt go pokochać nie chciał. Nie był typem do przytulania, może stąd nikt nigdy nie powiedział, że chce go zabrać do domu? A on może nigdy nie poznał, co to jest ta bliskość i potem mimo kilometrów spacerów i tysięcy godzin z Wolontaruszami, nigdy nie zmienił się w misia. Bywa i tak…
Duży, niezależny, z coraz bardziej skrzypiącymi stawami, z wyglądem coraz bardziej krzyczącym z daleka, że staje się psim dziadkiem… czekał…

Aż pewnego dnia w drzwiach biura stanęła dwunożna, która powiedziała, że zabiera Svano do siebie…. Z całą jego dziadkowością i niezależnością, z tym brakiem wylewności i skrzypiącymi stawami. Tak po prostu zaoferowała, że ma dla niego u siebie miejsce… Nasi znają tą dwunożną, pomagała nie raz i nie osiem, dlatego wiedzieli, że to nie jest tymczasowy przypływ dobroci, a faktyczna pomoc i otwarte serce.
I tak Svano stał się częścią stada, w którym nie ma ani jednego psa:
Dużo ich tam, ale wszystkie są kochane, zadbane, zaopiekowane. Wszystkie mają powody do uśmiechu, Svano już też.

Nawet pielęgnacja już była, w zabezpieczeniu co prawda w postaci namordnika, ale staruszek był grzeczny.

Gdyby coś było nie tak z dogadaniem się, był przygotowany tymczasowo kojec, zanim sprawy się w stadzie nie unormują, ale najmniejszej potrzeby nie było. Svano już jest swój, śpi w ciepełku, ze wszystkimi… Po ośmiu latach w schronisku…

…i jeśli myślicie, że to koniec już historii, że to koniec wzruszu, to poczekajcie jeszcze z odkładaniem chusteczek.
Nie tak bardzo dawno temu do schroniska przyjechał stary jak świat Frojd.

Lat 15 na karku, jego dwunożny odszedł niedawno, dlatego Frojd musiał przyjechać do nas… Podwójny psi dramat… Staruszek niebardzo wiedział, co tu robi i po co, gdzie go nasi postawili, tam stał. Zapachy obce, rąk żadnych znajomych, sens życia znaleźć trudno.
Tydzień po wyjeździe Svano ta sama dwunożna przeszła przez te same drzwi co przed kilkoma dniami. Już pazur mi się powoli wychylał z łapy (chociaż nasi zupełnie spokojnie siedzieli, jeszcze się uśmiechali, zapomniałam, że przecież znają się od lat), ale ona wtedy powiedziała… że przyjechała po Frojda…..

Nie szkodzi, że stary, że ma swój świat, że może nie będzie specjalnego kontaktu z nim. Nic nie szkodzi. Najważniejsze, żeby miał swoje miejsce na ziemi.
W schronisku był apatyczny i zupełnie nie miał woli do czegokolwiek. Teraz ma powody do węszenia, często chodzi z nosem przy ziemi, pomaga też w pracach ogródkowych:
Czy to nie jest psiękne??
Historie domowe zawsze wzruszają i dają nadzieję, że dla każdego z zakratowanych, schroniskowych zwierzaków znajdzie się miejsce w domu prędzej czy później, że serce jakieś czeka, że to jeszcze nie koniec ich historii… Oby jednak nigdy nie było za późno…
PeeS!
Jeśli czytaliście poprzedni post, to może Was zainsteresować, co zaraz napiszę. Jeśli nie czytaliście, to zapraszam TUTAJ, żebyście wiedzieli, o czym piszę.
Otóż…
Furia znalazła dom. Na chwilę… Mimo informacji, że jest, jaka jest, że potrzebuje czasu, że przestrzeń jej potrzebna, że nie jest milusim kitkiem, który zaraz wejdzie na kolana, mimo trąbienia o tym przez to puzderko do rozmów na odległość, mimo klepania o tym przy adopcji (sama słyszałam!), to po pierwszym dniu już chcieli ją zwrócić do schroniska, bo jednak jest dokładnie taka, jak ją nasi opisali, a nie taka, jak ją sobie ta rodzina wyobrażała.
A to niespodzianka, prawda…?
Zadzwonił też jakiś dwunożny i powiedział, że ma już jednego dzikiego kota, może mieć drugiego. Jak mu nasi powiedzieli, że Furii przeszkadzają inne zwierzaki i że tym bardziej nie jest wskazane, żeby dwa obce sobie dzikie koty ze sobą zamieszkały, bo to prawdopodobnie żadnemu nie pomoże zapytał, czy są może inne koty do adopcji. Nasi oczywiście od razu zapewnili, że owszem są! …i wtedy dwunożny zapytał, czy też w takim kolorze….
Z lepszych wieści – w tym całym zamieszaniu furiowym, do domu poszła Luśka i teraz wreszcie ma swój własny parapet i swoje okno do oglądania świata:

Artykuł Ani jednego psa, a stado, że serce rośnie! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Już jest! I pachnie! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>I pisząc, że my, to znaczy, że i ja! Patrzcie i spróbujcie tylko nie podziwiać:

Ja dumnie reprezentuję kwiecień, bo wtedy też jest dzień tych, co to nas leczą, chociaż my ciągle udajemy, że ich nie lubimy i nic a nic nie podpowiadamy, co nas boli, a oni i tak wiedzą. Taka magia nad magiami!
Widzicie te napisy tam z dwóch stron mnie? Są w języku, który rozumiem i w drugim, którego ni w ząb, ale po takiemu mówią dwunożni, którzy nam pomagają. Mieszkamy blisko tej takiej kreski na mapie, za którą już jest inny kraj, więc bywa, że niektórzy z nas wyjeżdżają tam mieszkać i już nie są psem czy kotem, ale Hundem albo Katzem. No i ci dwunożni zza tej kreski to nam pomagają bardzo, więc żeby dla nich też ten kalendarz był fajny i przydatny, to siedzieliśmy dłuuugo długo z innymi i każdy po kilka słów w słowniku znalazł.

W kalendarzu jest bardzo tematycznie, a to za sprawą jednej z naszych, która ma takie pomysły różne i przyjeżdżała do nas z torbami wypełnionymi balonami, materiałami, flagami, smaczkami, figurkami i maaasąąą różnych innych rzeczy, dzięki czemu potem powstawały różne cuda.

Korzystając też z okazji, że mamy głos, różne ważne sprawy poruszaliśmy:

…chociaż nie wszystkie dekoracje przetrwały do końca sesji…

…ale było super, a teraz na Waszych ścianach może być tak pięknie jak na naszej!

Jeśli czujecie, że w Waszych pokojach, biurach, kuchniach, przedpokojach też czegoś brakuje i jakoś tak łyso jest, a przy okazji chcecie zrobić coś dobrego, to ja zapraszam do dryndnięcia do naszych (uwaga, podaję cyferki: 75 778 04 12) albo napiszcie (tu jest adres: schroniskodluzyna@gmail.com) i na pewno się dogadacie co do zamiany kartek z datami na monetki. Z tego, co podsłuchałem, to trzeba przygotować ich 35. Albo więcej, jak chcecie, my tam się nie obrazimy.
Zatem – zapraszam psierdecznie!
Artykuł Już jest! I pachnie! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Kiedy ucieczka okazuje się szczęściem… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Dziś natchnę Was wiarą w dwunożnych. Znaczy najpierw nie, najpierw pokażę, jak niektórzy psują świat tak bardzo, że potem trudno go po nich poprawić, ale potem pokażę, jak się chce, to można wszystko.
Dziś będzie o Soni. Znaczy jak trafiła do naszych, to ci nie wiedzieli, jak ma na imię, to wyszło później, ale nie uprzedzajmy faktów. Była to (była, bo teraz jest bardziej) niezieeeemskiej urody, owczarkowa psiolaska… wzdech…

…a jak nasi jej zrobili zdjęcia w plenerze, to już w ogóle szczęki nam opadły do podłogi samej…

Dwa dni później w schronisku zjawił się dwunożny, który powiedział, że to jego owczarka, że na imię ma właśnie Sonia, że mu uciekła, że oto on tu jest po to, żeby ją odebrać. Podpisał papierki, porozmawiał z naszymi… naszych zdziwiło, że coś się ona tak mało cieszy na tego dwunożnego, ale kto wie, stres, czy co… Różnie bywa, ale obserwowali wnikliwie. Zawsze można zaraz na drugi dzień pojechać sprawdzić, czy wszystko w porządku, a prawo jest, jakie jest.
Sonia wydana, dwunożny zapiął psiolaskę na taką smycz dziwną, co to metalowa była, i zaczął iść z nią iść do bramy.
…a nasi obserwowali dyskretnie, na takich telewizorkach, co to w biurze stoją i pokazują schronisko całe prawie. I całe szczęście!
Sonia iść nie chciała za bardzo, więc dwunożny coraz bardziej szarpał tą metalową smyczą, aż w końcu tak się zdenerwował, że psiolaska mu się tak uparta trafiła, że… RAZ śmignął ją po głowie, DRUGI raz się zamachnął! I tym metalem po głowie! Bynajmniej nie swojej, JEJ! Bo przecież jakim prawem uciekła! A bo to źle jej było w domu? Musiała szukać szczęścia po świecie?!
A żeby go pokręciło!
Nasi mało nóg nie pogubili w gonitwie w stronę owczarki! Bardzo musieli się powstrzymywać, żeby łańcucha na dwunożnym nie użyć, ale wiedzieli, że im nie wolno. Nie rozumiem zupełnie, przecież mu się należało po psiliardkroć! …ale nie wolno… że takie prawo, czy coś…
Sonia wróciła do bezpiecznego kojca, łańcuch wylądował na biurku:

Oj, żałowali nasi, że niczego nie mogą sobie dla rozluźnienia walnąć, oj nerwy to ich wzięły takie, że jakby mogli, to by sami się rozprawili, ale niech to… wiedzieli, że im nie wolno! Tak to świat niesprawiedliwie jest skonstruowany!
Pozapisywali jednak filmy z tych telewizorków, pospisywali, co widzieli (musieli poprawiać trzy razy, bo brzydkie słowa się cisły, ale… no nie wolno, no…), wysłali te wszystkie ważne rzeczy, gdzie trzeba iii czekali.
…a w międzyczasie to wiecie, że jeszcze rodzina tego dwunożnego usiłowała Sonię odebrać….? Tak, tak bezczelnie było….
Ten dwunożny, który tak okładał owczarkę łańcuchem, ani myślał podpisać papierka, że Sonia jest wolna. Nie i już. To jego psiolaska, jego własność, będzie sobie bił, kogo chce i kiedy chce. Dlatego też psina nie mogła iść do domu. Musiała czekać za kratami.
Czas mijał, nasi czekali, Sonia czekała… Jeden wyrok zapadł, już się wszyscy cieszyli! …ale ten dwunożny przebrzydły się uparł, że niesprawiedliwość wielka i wysłał papierki, że on się z wyrokiem nie zgadza!
…i kolejne czekanie…
Sonia mieszkała prawie cały ten czas za kratami, ale bezpieczna. Wychodziła na spacery, psiolontariusze ją uczyli, że świat nie jest jednak zły, że nie trzeba się ich bać, że nikt nigdy już więcej nie uderzy niczym. I czekali wszyscy…
W międzyczasie znaleźli się dwunożni, którzy pokochali owczarkę tak, jak trzeba pokochać każdego psa na świecie. Na zabój. Nawet zamieszkała ona z nimi, tak wiecie, tymczasowo, jeszcze przed ostateczną decyzją tych ważnych dwunożnych, ale żeby więcej nie siedzieć w schronisku.
…aż wreszcie… po kolejnych miesiącach, po prawie dwóch latach… DWÓCH LATACH okazało się, że Sonia jest wolna… WOLNA! Jak na skrzydłach jej nowa rodzina przyleciała do schroniska umowę przepisać na stałą i wreszcie mogli świętować, że są i będą razem już zawsze.
I patrzcie teraz, tak naprawia się świat…

…czy to nie cudowna…? Wzruszam się jak psiolaska może, ale co tam, lepiej tak, niż nic nie czuć…
Sonia, która nigdy przedtem nie była tak psiękna, ma najcudowniejszy dom pod słońcem, tylko jeszcze kuli się na widok podniesionej ręki, a przecież to niespecjalnie, nikt na nią jej nie podnosi… Może została skrzywiona na długo, może za jakiś czas sama nie będzie pamiętać, dlaczego musi robić unik, oby zapomniała…
A ten jej były dwunożny niech się sam codziennie łańcuchem okłada, skoro uważa, że to takie cudowne! Jak nie on się, to bardzo mu życzę, żeby ktoś jego… Że niby przypadkiem… Dużo razy… Wrr!
Także widzicie, warto i trzeba naprawiać świat. Znaczy ja to bym chciał, żeby nie trzeba było, żeby takie sytuacje się nie zdarzały, żeby w schronisku były ewentualnie tylko jacyś tacy nieszczęśnicy, którzy zupełnym przypadkiem się zgubili i zaraz byli odbierani w akompaniamencie merdania ogonem i lania się łez radości… Chciałbym tak…
…ale świat jest, jaki jest…
Dlatego pomóżcie naprawiać nas, skrzywdzonych przez sami już nie pamiętamy czasem co i kogo. Bez Was się nie uda… Musimy się ukryć czasem za Wami, musimy czasami poczuć właśnie Wasze ciepło i usłyszeć zapewnienie, że już nikt nigdy nas nie skrzywdzi i że to właśnie Wy na to nie pozwolicie…
Artykuł Kiedy ucieczka okazuje się szczęściem… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł „…niech znajdzie swoje miejsce…” pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Bo tak.
Otóż.
W pewnym mieście mieszkał pewien dwunożny. Znaczy nie mieszkał nigdzie konkretnie, chodził to tu, to tam… Pewnego dnia ten dwunożny spotkał na swojej drodze chodzącą podobnie jak on – to tu, to tam – pewną psiolaskę. Smutno mu się zrobiło, że ona tak jak on – bezdomna, więc od tamtej pory chodzili sobie razem. Kiedy jemu się udawało znaleźć nocleg, ona spała na wycieraczce pod budynkiem… Wzięli i się tak przywiązali do siebie… Szamali, co udało się zdobyć, dwunożny dzielił się sprawiedliwie, byli razem z tej niedoli.
Bezdomny nie miał telefonu, nie wiedział, gdzie szukać pomocy dla psiolaski, bo co prawda zdążył przywiązać się do zwierzaka, ale wiedział, że nie zasługuje on na taką tułaczkę. I tutaj pomogła im pewna dwunożna, która powiedziała, że pomoże i znajdzie się dla kudłatki miejsce tam, gdzie ma szansę na dom.
Bezdomny dwunożny się zgodził, chociaż przykro mu było bardzo…
…a na drogę dał jej coś, co miał cennego i co prawda mógł zostawić to dla siebie, ale chciał się podzielić ten ostatni raz… Przekazał taką zupkę, co to jest sucha, ale jak się doda wody gorącej, to się robi ciepłym, makaronowym posiłkiem…. To jej dał na nową, jeszcze nieznaną drogę życia…
…a idźcie… słyszałem o tym nie raz i co sobie pomyślę, to za plecami ktoś zaczyna kroić cebulę…
W każdym razie przyjechała kudłatka do nas i dostała na imię Miśka.

U nas się okazało, że smyczy psiolaska nie zna co prawda, ale w zamian się może przytulić i być najlepszą kompanką na luźnych spacerach na świecie! Co prawda nie z naszymi te numery i umiejętność smyczną Miśka musiała nabyć, ale dała radę, dzielna jest!
Bardzo trzymaliśmy kciuki za nią (tak jak trzymamy za wszystkich, a wiecie, że psom łatwo nie jest…) żeby nie było jej smutno, że najpierw straciła swoje miejsce, a potem dwunożnego przyjaciela, który wybrał dla niej możliwość lepszego życia, chociaż pękło mu trochę serce.
Jak już Miśka u nas mieszkała, to w równoległej rzeczywistości pewni młodzi dwunożni coraz bardziej zastanawiali się nad tym, żeby przygarnąć merdającego czterołapa ze schroniska. I tam dumali, dumali… Schroniska ledwo się otwierały po tych koszmarnych miesiącach, kiedy to ledwo tylko naszych oglądaliśmy i co prawda adopcje były, ale to ani się przejść między kojcami nie można było, a i spacery takie okrojone były… W każdym razie tak się jakoś zrobiło wreszcie, że można było się zacząć umawiać na spacery i ci dwunożni wybrali dwa psy i pojechali w piątek na spacer. Oczywiście, że nie planowali tak od razu podpisywać umowy, przecież to trzeba się poznać porządnie, przemyśleć wszystko, może zabrać jeszcze kogoś na spacer później, bo to trzeba tak wiecie, być pewnym, więc to na pewno nie miało być wszystko tego samego dnia! Szukali przecież psa, który byłby idealny na długie spacery, wycieczki, który chciałby się uczyć. Wybranie takiego zwierzaka może nie być przecież takie proste!
….ale plany planami…

…a życie życiem…
Miśka jeszcze tego samego dnia, w dzień spaceru wyjechała do domu.

I tak rozpoczęła się wspólne życie i nauka. Za nimi były pierwsze zasikane podłogi, kąpiele, leczenie, aaaleee też pierwsze wdzięczne dzielenie się ciepełkiem…

Co z chodzeniem na smyczy? Opanowane do perfekcji!

Co z wycieczkami? Cieszą, jak nic nigdy!

Zabawa? Pierwsza staje na baczność na to hasło!

Nauka i sztuczki to pikuś!

Miśka podbiła jeziora…

…morze…

…i góry!

Wszystko w zasięgu łapek Miśki, którą wołają też Lejdi, chociaż wygląda na niezłą łobuziarę… Ma cudowne życie, a śledzić je można bardzo łatwo, booo chwali się nim w internetach – jak klikniecie TUTAJ, to się przeniesiecie do jej profilu.
Każdy pies powinien być psem sukcesu. Jeden woli kanapę, dla innego zawsze jest za mało wycieczek, ale każdy musi być szczęśliwy i koniec. Trzeba odkrywać te cuda w każdym z nas i dawać szansę też nam – bezdomnym, żebyśmy potem mieli do kogo ryjki uśmiechać i żeby powody były.

Nie każdy od razu przed Wami odkryje to, co ma w sobie najlepszego. Czasami musicie temu pomóc, czasami trzeba mieć nosa, czasami trzeba przekonać zwierzaka, że świat tylko na nich czeka… Ale bez Was to wszystko nie będzie miało sensu…
Miśce się udało, wygrała w psiolotka. Teraz czas na kolejnych.
Zastanawiasz się nad adopcją? Zadzwoń, zajrzyj do schroniska, weź kogoś na spacer, potem może kolejnego i kolejnego. Dajcie sobie szansę. Czasami to potrwa, ale pewnego dnia poczujecie, że to będzie TO, że to będzie TEN zwierz.
Uda się.
………………
………a niedawno okazało się… że ten dwunożny, który w swojej niedoli dzielił się z Miśką tym, co miał, ale przede wszystkim miłością…. odszedł, skąd już się nie wraca….. Mam jednak nadzieję, że wiedział, że jego kudłatej kompance udało się znaleźć najlepsze miejsce na ziemi…
Artykuł „…niech znajdzie swoje miejsce…” pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Skoro to nie był żart… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Bo myśleliśmy wszyscy, że to żart był. W końcu wczoraj dzień żartów był, nie?
A to nie był żart wcale.
.
Nie, tu nie Bambaryła. Bambaryły już nie ma. Jakby się kto łudzić miał, że wróci – nie wróci. Z takiego miejsca się nie wraca.
Kto piszę?
Ja.
I niech Wam wystarczy. Mie tam jakieś sławy poczebne nie są.
Nie, pisać nie będę, teraz tyko, bo trzeba. Inne psy mię wybrały, bo najbardziej pieśmienny jestem.
Także ten.
A było to tak, że zadzwoniła do naszych dwunożna i powiedziała, że psa szuka. Jednego ma, ale miejsca dość, drugi się zmieści. Popatrzyła na stronie – o, ten klusek osierściony będzie akurat. A to Bambi był.
Przyjechali, zapoznali się… decyzja podjęta.
Ta nasza jedna, to się zryczała po same buty, bo JAK TO JEJ BAMBI DO DOMU JEDZIE! Szczęście niepojente, ale i kawalątek serca wyrwany, bo to był JEJ Bambi. Tylko zabrać go nie mogła, więc wiadome było, że ten dom się prędzej czy później by znalaz. Oczy jednak się zabrały za taką produkcję wody, że ze strachu nad suchością papierów, umowę wypisywała druga nasza biurowniczka.
No.
Tak było.
Dzie tu się zdjęcie werzuca…
O.
Tu.

Początkowo to śmy myśleli trochu, że może żart, bo to dzień żartów był, nie, to śmy nie ogłaszali nic, ale to już drugi dzień, a ich jak nie było, tak nie ma! Dziś tylko zdjęcie przysłali, jak to się wylegiwują z dwunożnym na kanapie, jeden rozłożony z kopytami po jednym boku, a drugi rozłożony na plecach po drugim boku.
I takie.
No.
Zdjęcie.
Gdzie to się tu…
O.

Także widzicie. Blog znów bezwrredaktorski jes.
Uszanowanko.
Artykuł Skoro to nie był żart… pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Albo bez nogi, albo w sierści… rogi! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Widać mnie?
Wiecie już chyba, że Mitka to puzdro do pisania przekazała. No to z tej strony ja. Różnie na mnie wołają, ale ta dwunożna, u której mieszkałem, nazwała mnie Bambaryłą, chociaż chłop żem jest! Więcej nas było, wszyscy tak dziwnie nazwani byliśmy, chociaż jeden to już całkiem tak, że nasi mu musieli trochę zmienić to imię, bo się kojarzyło jakoś brzydko podobno. Ja tam nie wiem, z czym, ja prosty pies jestem. Prócz stadka psów, w tym miejscu, gdzie mieszkaliśmy, były też jakieś śmieciuszki różne, co to „przydadzą się jeszcze” i „żal wyrzucać”. W miseczce też bywało różnie, bo były takie kawałki, co to ciężko było pogryźć, ale jak raz ktoś przyjechał, żeby się rozmówić z tą naszą dwunożną, to słyszałem słowo TEKTURA, i że się tego nie podaje, ale że niby podobno to jedliśmy, żeby robali nie mieć… To nie wiem… Ja prosty pies jestem… ale ci, co przyjechali to mówili, że to nie jest jednak dobre jedzenie dla zwierząt.
Przez jakiś czas ci dwunożni przyjeżdżali, dostaliśmy nawet nowe budy i lepsze jedzonko, a pewnego dnia wzięto mnie i innych pod pachy i załadowano do takiej dużej puszki na kółkach, coś mówili, że tak będzie lepiej, bo miejsca już dla nas tam nie ma. Chwilę nami częsło, potem nagle cisza… drzwi się otworzyły, znów nas poniesiono, tym razem za kraty, ale było czysto i miseczki pełne były, i ciepło też było, a i szybko się okazało, że nas relugarnie będą do lasu prowadzić na spacery, więc ciągle zapachy nowe były, czesanko, głaskanko i inne takie. Psy na około szczekały, że to miejsce nazywa się SCHRONISKO i że trzeba się wystawiać, kiedy dwunożni przychodzą nas oglądać, bo może trafi się do domu. Co to ten dom? Nie mam pojęcia najbledszego, ale podobno coś super…
W każdym razie bądź domu nie udało mi się znaleźć i chyba dlatego, że to szczęście do mnie nie przylazło, to nasi z tego schroniska powieźli mnie do drugiego, co to niżej na mapie od tego, co byłem, się znajduje. Tu już trochę mieszkam, domu (czymkolwiek to jest) dalej nie widać, ale w biurze mam miejscówkę, śpię całe dnie, w nocy stróżuję sprawdzając wszelkie budynkowe zakamarki i jakoś to leci.

Ostatnio myśleli nawet, że jestem chory, bo tak kimam całe dnie, ale wet krwi upuścił z łapy, wydali monetki, posprawdzali pod każdym kątem i… hm… wyszło, że jedyne, co mi „dolega” to lenistwo, ale tego chyba nie bronią……..
Także dzień dobry się z Wami, nie musicie od razu tak mi Bambaryłować, krótkie Bambi też będzie dobrze. I milej jakoś.
To nie będzie jednak post o mnie, bo nie po to tu jestem, żeby siebie reklamować. Ja prosty pies jestem, to gdzie mnie do wystawiania się publicznego! Niech inni wędrują do domów, bardziej im się należy.
Zatem – zaczynam!
Ostatnio do biura mi wlazły takie dwa, to muszę pokazać…
To jaśniejsze, śmieszne takie, to Alfik. Znalazł się pewnego mroźnego poranka pod bramą i co prawda nie bardzo chciał dać się złapać, ale nasi mają swoje sposoby, dzięki czemu ten ledwo owłosiony zwierz już nie mazrł na wietrze.

Bida taka, ale jeszcze biedniejsze było to, że jedna z gir, ta przednia, co ją widzicie pierwszą, była podwinięta i jej Alfik nie rozwijał. Jak na niej stawał, to na takiej poskładanej się opierał, więc tam już zgrubienie było, w dodatku poranione od takiego chodzenia… Nasi to od razu powiedzieli, że to nie stało się ani wczoraj, nawet kilka tygodni temu… Musiał chłopina przejść swoje, łapiszcze złamał, nikt się nie przejął, to sobie radził, jak mógł. Czyli kiepsko. Ech.
Prosty pies jestem, ale ja tam nie wiem, jak można było się tak po prostu na to patrzeć i nic nie zrobić.
Nasi nie potrafili zostawić tej giry w takim stanie, a że złamanie było baaardzo stare i całość już się zniszczyła, to wet podjął decyzję, że Alfik bedzie biegać na trzech łapach. Pewnie, że się wszyscy martwili, jak to będzie, czy Alfik da radę, czy nie będzie mu przeszkadzać…
…i o, krótko po operacji:
Psy zadziwiają, każdy o tym wie!
Alfik szybko zapomniał, że kiedykolwiek miał czwartą kończynę. Potem już tylko pozostało zabrać go do takiego miejsca, gdzie robią wzzziuuuu i mrrrrruuuu i wrrrrrryyyyy i patrzcie, tak wygląda dumny z nowej fryzury psienszczyzna:

Sesja już też była! Gładki grzbiet, miotła na ogonie, potargana czupryna…

…więc się naszym wydawało, że pokażą go w necie i zaraz się telefony rozdzwonią, a tu… cisza…
Pewnie miał być jorkiem, ale nie wyszło. Wyrósł za wysoki może, czy jak… A czy jemu czego brakuje?
Dooooobra, giry, ale JEDNEJ, wielka mi rzecz. Poza tym to młody, całkiem zwariowany pies, o którego chyba nikt nie dbał, bo już jakby pomijając to złamanie nieopatrzone zupełnie, to do wszystkiego dochodził koszmarny śnieg sypiący się z sierści, który jakoś topnieć nie chciał. Nasi to jakoś nazywali, ale brzmiało tak dziwnie, że nijak nie pamiętam i nie wymówię. Czytaciele pewnie wiedzą, co się może sypać. Alfik wyglądał po prostu staro, a wet od razu powiedział, że więcej niż dwie wiosny na świecie nie żyje.
I teraz apeluję głośno – jeśli szukacie zwierzaka, który kocha wszystko i wszystkich, któremu nie przeszkadzają inne zwierzaki, który zmieni każdą burzę w słońce, a który ma z pewnością jakieś smutne, życiowe przygody i chcielibyście sprawić, że on już na zawsze o nich zapomni – zaaaaadzwoń do schroniska, co to namiary podam na końcu posta i dowiedz się, co zrobić, żeby chłopaka przygarnąć. Nie można tak przecież skazywać go na zakratowaną przyszłość…
…motyla noga, jak mi się już ślipia kleją…
…to już ta godzina?! A Mitka oszczegała, żebym pisał krótko, tak jak ona! Nie wiedzieć kiedy, noc mi się skończyła, piach się sypnął pod powieki, a tu jeszcze przecież nie koniec tematu… chociaż…..
……nie no zasypiam, ale spróbujmy….
…więc to czarne kudłate, too….
……
…………hrrr…..
…………….WALCZĘ ze sobą!
….
…..co to ja miałem…….
PODAĆ NAMIARY NA SCHRONISKO MAŁEM! Nie śpij, Bambarył, nie śpij!
To uwaga, podaję – Alfik mieszka w Schronisku w Dłużynie Górnej, zadzwonicie tam stukając na klawiaturze takie cyferki: 75 778 04 12.
Udało mi się nie zassssss……. nie zassnn…. nie zasnąć.
…..
………ych…. ale o czarnej, kudłatej, z rogami następnym razem……… jak to mówią – ciąg dalszy nastąpi, bo mi się padło na ryjek………… ……dobrze, że umiem krótko i zwięźle pisss….ać…….
……..tak……..
…..hrrr…rr..r…..
Artykuł Albo bez nogi, albo w sierści… rogi! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł DOM ma trzy litery. CUD też. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>U nas sielanka pełną gębą. Właściwie dwiema gębami nawet.

Jeszcze mamy ten blogowy komputerek u siebie, dlatego piszę to JA – Mitka. Korzystam i w przerwie miedzy szóstą a siódmą drzemką, a przed piątą przekąską, muszę Wam koniecznie coś pokazać.
Jest takie słowo na trzy literki. Dom. Jest też inne słowo na trzy literki. Cud. Bywa, że te dwa słowa ściśle się ze sobą łączą i tak właśnie jest w przypadku psa, którego znamy ze Stańką bardzo dobrze, bo przez kilka ładnych miesięcy byliśmy współpsiolokatorami w jednym biurze. Nie bywało czasami różowo, bo zdarzało mi się kłapałać na niego dziobem, chociaż już nie pamiętam nawet dlaczego… Widocznie mu się należało. I już.
W każdym razie dziś będzie o Diego. Ten kudłaty dziadek trafił do nas, kiedy nie był jeszcze dziadkiem.

Właściwie dwa razy do nas przyjeżdżał. Za pierwszym nie nasiedział się długo, jego dwunożny go odebrał. Za drugim już nie było tak dobrze, bo mimo tego, że ten właściciel wiedział, że Diego znów za kratami, to ani myślał po niego przyjechać… Już mu niepotrzebny się stał i tyle…
Tęsknił, ale dzielnie to znosił, a żeby nie czekał całą wieczność na kogoś, kto go nie chciał, to nasi powiadomili tego dwunożnego, odczekali jakiś czas i jak się nie zgłosił, to napisali wszędzie, że Diego do adopcji i… nic się nie działo. Mimo idealności kudłacza, nikt go nie chciał. Łagodny, z psami się dogadywał, dwunożnych uwielbiał i… nic.

Czas mijał, girki przestały być tak sprawne, jak dawniej, pojawiły się zwyrodnienia i to tak brzydkie, że właściwie nie powinien chodzić, ale że nikt mu nie powiedział, to Diego dreptał dzielnie na spacerki. Z czasem dziadek zdziadział tak bardzo, że trzeba było ciepłe miejsce mu ogarnąć, więc nasi go do biura dali, gdzie właśnie się mieliśmy okazję poznać.

Że się powtórzę… czas mijał. Łapki coraz bardziej stawały się leniwe, w ruch poszedł taki wózeczek specjalny, co to go nasi ogarnęli to wożenia tych, którym już z chodzeniem było nie po drodze.

Przyzwyczailiśmy się już wszyscy do myśli, że Diego w schronisku zostanie, że po prostu wrósł w to życie, że zostanie tu do końca. Nadzieja jest zawsze, ale kiedy już się zmieniamy w tak bardzo staruszkowe staruszki, to te szanse maleją bardzo i gdzieś z tyłu głowy naszym się pojawia, że trzeba zalać miłością, zaopiekować najbardziej, jak się da, i jeszcze bardziej traktować takiego zwierzaka, jak własnego.
……aż tu dnia pewnego…… Już wiecie, co będzie, prawda?
Jedna z naszych, która jakiś czas temu adoptowała wielkopsa ślepaczka, o którym możecie przeczytać TUTAJ powoli zaczęła myśleć, że może… może dałaby radę…? Adopcja staruszka, który w dodatku nie chodzi, który ma tak poważne problemy ze stawami, który jest w dodatku dużym psem, nie jest wcale łatwa i nie powinna być nigdy decyzją podejmowaną na hura. To nie jest takie hop-siup. To trzeba przemyśleć z każdej strony, rozważyć dziesiątki rzeczy, to są czasami noce nieprzespane, to są dłuugie rozmowy… Nie – czy warto, ale czy się da radę, i wstydzić się nie ma czego, bo trzeba to przed adopcją przemyśleć, a nie po wszystkim się obudzić, że cholipcia, to ja nie wiedziałam, że trzeba to i tamto, że będzie tak i siak.
Ta dwunożna miała doświadczenie z wielkopsem, który nie chodzi, bo Herbi miał taki przykry epizod w swoim życiu. Herbi też nie widzi, więc to też była inna nauka nowego życia po tym, jak kilka ładnych lat przesiedział za kratami i ostatnie co widział, i gdzie żył, to schroniskowy kojec. Herbi nie lubił innych psów, ale i to udało się nawet szybko ogarnąć. Wiadomo było więc, że to nie będzie dom nieprzemyślany dla Diega, że staruszek będzie mieć najlepiej, jak można, tylko wszyscy musieli mieć pewność, że ta decyzja jest przemyślana z każdej strony, że mimo nadziei, że kudłaczowi się polepszy w domu, to nadzieja nadzieją, ale trzeba było brać pod uwagę zupełnie odwrotny scenariusz, bo przecież z takimi zwyrodnieniami Diego i tak długie lata chodził cudem, więc teraz, jak już w ogóle nie wstawał, to nie wiadomo co by się miało stać, żeby znowu zaczął mieć tyle sił. W tym wieku…
…ach, bo nie wspominałam, że tyle czasu mu minęło za kratami, że w rubryczce z wiekiem już mu się pojawiła liczba 15….
…w tym wieku miałoby mu się polepszyć? Można mieć nadzieję, że mi kudełki wyrosną długie, o których marzę od lat, ale wiecie – no jakoś tak nie zawsze się nadzieje ziszczają.
Rozmów było dużo. Napisałabym nawet, że bardzo. Dziesiątki przegadanych minut, planowanie, ogarnianie logistyki, sprzętu, rzeczy niezbędnych, aż pewnego dnia decyzja zapadła na dobre już i chwilkę przed świętami Diego pojechał daleko daleko…
I żeby nie było, że zawsze jest różowo od razu, tu też nie było. Diego przyjechał obolały, długa droga wlazła mu w stawy, więc korzystał z przywileju staruszkowego – po prostu marudził i nie zamierzał przestać. Z Herbim dogadali się bez przeszkód:

…z kotem też problemu nie było:

Potem zaczęły się wizyty u weta, poszukiwanie leczących kulek, żeby nie bolało, bo staruszkowe marudzenie marudzeniem, ale przecież to ot tak sobie nie było, musiało coś dokuczać, trzeba było popróbować, podobierać, pokombinować… Łatwo nie było, bo leżący pies ma jeszcze inne związane z tym problemy; podogonie, te sprawy… Prócz wizyt w lecznicy, doszły też konsultacje u rehapsilitantów.

Nawet jeśli z jego zwyrodnieniami były małe albo i żadne szanse na chodzenie, to zabiegi mogły też pomóc w dolegliwościach, bo to przeciwbólowo też działa, więc trzeba było spróbować wszystkiego, co było możliwe.
Po prostu się zawzięła ta dwunożna, żeby jak najbardziej dziadziowi Diegowi pomóc i już! Z pomocą naszych, bo od zawsze było wiadomo, że monetkami wesprą.
Jak wspomniałam, łatwo nie było. Trzeba było nauczyć się siebie nawzajem, trzeba było ogarnąć staruszkowe dolegliwości, ale…

Poukładało się tak bardzo, jak tylko mogło się poukładać…

Diego zyskał dom, jakiego nie miał nigdy, w którym ma opiekę, jakiej nie miał nigdy.

I nie zrozumcie mnie źle, w schronisku dbano o niego też najlepiej, jak się tylko dało, ale musiałby mieć dwunożnego tylko dla siebie na więcej niż pół godziny dziennie, który miałby czas go masować, pomagać w stawaniu na nogi. A tu więcej zwierzaków czekało na uwagę, na posprzątanie, nakarmienie…
Dziś Diego ma najlepsze posłanie pod słońcem, bo leżąc może podziwiać świat.

Co prawda kiedy dwunożni wychodzą, to trzeba okna zasłaniać, bo Diego bardzo lubi komentować, co to się dzieje na świecie, a sąsiadów trzeba szanować… ale samotnie mu nie jest.

…a jakby tych wieści było jeszcze za mało… Pewnego dnia Diego wstał. Po prostu. Wstał. Sam z siebie. Wstał i chyba sam był zdziwiony, że ma pod sobą wyprostowane łapy i głowę tak wysoko. Szybko siadł znowu, ale to był wyczyn! Na spacerach zaczął sobie radzić lepiej (jak na zdziadziałego, psiego nastolatka), ledwo można było za nim nadążyć ze wszystkimi szelkami i uprzężami, ale potem spadł śnieg, zrobiło się ślisko i zaczęły mu się łapy rozjeżdżać. Chyba na złość ta pogoda taka przyszła! Nic to, stopnieje.
Diego się nie poddaje. Wstaje coraz częściej i coraz pewniej, jest w stanie nawet przejść po pokoju!

To już się zbliża do prawdziwego szaleństwa!
Bez domu, w warunkach schroniskowych to by nie było możliwe, chociaż większość naszych nie wierzyła, że takie coś może stać się nawet w domu. Sami dziś przyznają, że myśleli, że Diego pomieszka u siebie prawie na leżąco, że będzie miał super warunki, ale przy jego zdrowiu i problemach ze stawami nie będzie jakoś bardzo lepiej z nim.
A zdarzył się cud.
Dziękuję za niego i dziękuję wszystkim, którzy się do niego przyczynili, a najbardziej na świecie tej dwunożnej, która podjęła bardzo trudną decyzję, przeszła bardzo trudną, błotnistą drogę, ale dzięki ogromnej determinacji wreszcie wyszła jednak na suchszą ścieżkę.
UFF.

Wciąż się cieszę, że umiem pisać krótko!
Ale Wam napiszę, że takie to było męczące po przerwie, że Stańka padła już dawno.

…a mi już jakoś tak głowa opada………..
……to się tylko jeszcze pożegn…………………………
………..wqSAECXDvfzrkgtujyfmghcnbv

Artykuł DOM ma trzy litery. CUD też. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Najostatniejszy. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Zdarzyło się tak, że się góra najwyższa zmieniła w schronisku, więc pisania mojego już nie będzie. Co prawda nie wyrzuciłam komputerka, tylko schowałam głęboko w fałdach szyjnych (kto nie widział, ten pewnie nie uwierzy, ale kto je podziwiał na żywo, ten wie, że zmieści się tam wiadro dóbr wszelakich). I dobrze, że tam skitrałam i nosiłam wszędzie!
….boo…
Najostatniejszego dnia, kiedy nasi jeszcze byli, ale już przekazywali wszelkie sprawy nowym, przyszła jedna z naszych, zapięła mnie i Stańkę w szelki wyjściowe i smyczki. Psiutek i Sadełko bardzo się pchali do bramki kojcowej też, ale tym razem wyszłyśmy tylko my.

Zaprowadzili nas do biura, gdzie pierwsze co, to zaczęłyśmy zwiedzanie, żeby zobaczyć, jak wiele się zmieniło, odkąd byłyśmy tam ostatni raz. Siedziała tam jedna dwunożna, od której zaraz zapachniało smaczkami…

Potem poszłyśmy na spacer, właściwie jak zwykle, przy schronisku, przy lasku, niedaleko. Potem w stronę domków, potem jeszcze kawalątek, ale co tam będę marudzić, idziemy, to idziemy. Nietypowa ścieżka, ale naprzód – marsz.
Potem stanęłyśmy przed bramą, bynajmniej nie schroniskową… Zbłądziły, czy jak? Klops, bo jak to teraz??
…ale drzwi się otworzyły, mieszkanko, ciepełko, ta dwunożna papiery jakieś kładzie na stole…
O RAJUŚKU!
A D O P C Y J N E!

To nie był spacer z powrotem do schroniska, to było ostatnie wyjście przez furtkę! NASZE! A się dziwiłyśmy, co nasi się tak cieszą i machają nam, ale bo ja wiem, taki dzień był ciężki, to może i nie wiedzieli, co czynią…
…a to było specjalnie dla nas…
Podsłyszałam też, jak ta moja osopsista dwunożna reracjonuje Tabletkowej nasze życiowe początki… Nie ze wszystkim się zgadzam i chyba nieco się obrażę, ale tylko do kolejnego posiłku, nie mogę opaść z sił!
Dziewczynki są przekochane. O 24.00 w Sylwestra chrapały obie. Rano nie dawałam im tabletek na uspokojenie. Stańka zdaje się korzystać ze wszystkich dobroci jakby jutra miało nie być.
Mitka troszkę zagubiona, ale spokojna. Kilka razy się zsiusiała w domu pomimo spacerów, ale to pewnie minie razem ze stresem adaptacyjnym. Ze spaceru do domu leci pierwsza. Nawet na Stańkę nie patrzy. Drogę do domu i bramę przez którą wchodzimy ma już zapamiętaną. Kota mi gania. Pierwszego dnia Lucek się do mnie nie odzywał za to, że je sprowadziłam. Przy stole rozpuszczone jak dziadowski bicz, ale popracujemy nad tym. Chyba wszystko będzie ok. Przynajmniej jak na tę chwilę tak to wygląda. Dziękuję i wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

No i że nie wiedziałam, że nie wracam, to komputerek powędrował ze mną. Kolejnego wrrredaktora nie będzie i tak.
Tak się kończy na dobre historia.
Wasza na zawsze – Ostatnia Wrrredaktorka
M.
PeeS. Bądźcie szczęśliwi.
Artykuł Najostatniejszy. pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Oby wszyscy my też tak kiedyś! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Podzielę się z Wami, bo to takie wzruszowe jest, że wszyscy ci tutaj kiedyś mieszkali za kratami, a teraz…
Rudzio nazwany Luckim:

Szpulka, Chrupcia i Moskita już bardzo nie mogą się doczekać pierwszego wspólnego Bożego Narodzenia i dlatego już teraz chciałyby życzyć wesołych świąt wszystkim pracownikom i wolontariuszom schroniska:

Masza z rodziną również życzy wszystkiego co najlepsze:

Bogusia lubi święta:

Żaruś wysyła serdeczne świąteczne życzenia dla wszystkich swoich schroniskowych kolegów, adopciaków oraz całego personelu i wolontariuszy w swoje pierwsze Święta w nowym domku:

Karma i Eli życzą wesołych świąt:

Plusia, w schronisku Pluszka życzy wszystkim psiakom ze schroniska cudownych domów:

Felek vel Cierpliwy leniwie spędza pierwsze Boże Narodzenie w nowym domku:

Zdrówka, spokoju i chwili wytchnienia od codzienności dla Wszystkich. Pierwsze Święta z Grabcią.Graba i Misia przyłączają się do życzeń:

Ajda chciałaby się pochwalić, że była dzielna i grzeczna w tym roku i także ją odwiedził dziś Mikołaj oraz życzy wszystkim Zdrowych i Wesołych Świąt:

Przyprószony świątecznym śniegiem Nektarek pozdrawia schroniskowych ludzi, a schroniskowym lokatorom życzy najlepszych domów jak najprędzej:

Wesołych świąt życzy Dyzio (u nas Nino):

Świątecznie pozdrawia Boguś:

Lambert świątecznie:

Śnieżnik chciałby życzyć wszystkim Wesołych Świąt:

Wesołych Świąt i szczęśliwego nowego roku życzy Pixie z Rodziną:

Wesołych świąt życzy wam Runer:

Shaggy życzy Wesołych Świąt:

Wesołych Świąt dla wszystkich od Mortalińskiego:

Schroniskowa Harjeczka życzy wszystkim zdrowych, Radosnych Świąt, pełnych ciepłej, rodzinno kocio psiowej atmosfery:
Tych zdjęć było więcej, ale przecież nie sposób wszystkiego pokazać, całej nocy też nie mam. To ogromnie cieszy, że bezdomniaki stają się częścią najlepszych domów i stadek w nich mieszkających, że mają swoje miejsce przy choinkach, dostają prezenty, że wszyscy je biorą pod uwagę przy wycieczkach świątecznych, a nie uznają je za problem, z którym nie ma co zrobić….
I oby wszystkim bezdomniakom właśnie tak zmienił się świat…

Artykuł Oby wszyscy my też tak kiedyś! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Artykuł Niech wszyscy się dowiedzą, że warto! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>Wiadomość dostałam. Ja, osopsiście dostałam wiadomość, że pewna dwunożna, co to adoptowała od nas czterołapka, napisała historię, jak to było i dlaczego, i poprosiła, żeby jak najbardziej ją rozgłośnić, żeby inni nie bali się staruszkowych adopcji. Jak sama napisała, „to marna próba zachęcenia do adopcji starszych psów” i jakby przyszła, i mi to w twarzopysk powiedziała, to bym użarła w nos, żeby zapamiętała, że żadne takie pisanie nie będzie marne nigdy i nigdzie! Każde pokazywanie, że warto, jest ważne niezwykle i każda taka opowieść jest wielka! „Marna”… też coś… pff!
Zacznę od tego, że bohatera dzisiejszej opowieści nasi poznali w okolicznościach smutnych.

Do budy wiatr i mróz wchodziły, jak do siebie, słomy ani ździebła nie było, marzł malutki psiaczek niemożliwie… Nie było z kim rozmawiać, przecież dla dwunożnego tam było idealnie! Czterołapek został odebrany, zawieziony do schroniska, gdzie dostał porządną budę z grubymi ścianami, do których wiatr próżno mógł pukać, do tego słomę, michę pełną jedzonka… I mimo tych wszystkich przeżyć i tracenia całej energii na ogrzanie się w rozklekotanej „budzie”, zwierzątko nie straciło całej wesołości do świata.

…dlatego też dostał na imię… Wesół!
Niejednemu psiolontariuszowi wlazł do serca, a niektórym to tak o wiele bardziej niż innym…

…ale nikt nie mógł go zabrać do domu… Odwiedzający też jakoś tak o niego nie pytali, nie chcieli poznać, dać szansy. Krzywe łapki? Przełysienia tu i ówdzie? Smutna przeszłość, więc na pewno nie przystosuje się do życia w domu? Lata mijały, domu nie było widać, ale zimy przynajmniej nie były już straszne. Mimo uśmiechania do świata, świat wcale nie chciał się uśmiechnąć do Wesołka. 
…..aż pewnego dnia… po tym, jak pewna nasza psiolontariuszka szukała, pytała, przekonywała, nareszcie wykluła się w czyjejś głowie myśl, że może… może jednak… a może tak uratować…
…….a potem zdarzyło się coś najpsiękniejszego i najcudowniejszego w całym smutnym wesołkowym życiu…

Jeszcze nie wierzył, jeszcze nie wiedział, ale to się już działo…
I teraz wkleję tutaj historię wesołkowej dwunożnej, która nie wierzy chyba zupełnie, że to jedna z najbardziej wzruszowych opowieści, dzięki której wiele takich doświadczonych, starszych, nie wierzących w lepszy świat czterołapków może iść do domu…
Wesół w schronisku, w domu Wiesiu. Mija rok, od kiedy po ciężkiej chorobie, odszedł, przytulany przez bliskich mu ludzi. Przemknął przez nasze życie jak meteoryt i zostawił w sercach głęboki krater.
W zielonogórskim schronisku mieszkał sześć lat. To było sanatorium w porównaniu z tym co przeżył wcześniej. Ale schroniskowy kojec to nie było dobre miejsce dla tego psa. O dom dla niego zawalczyła wolontariuszka Ewa. I tak Wesół pojechał do Wrocławia.
O mało by nie pojechał, bo w schronisku lojalnie ostrzegali, że wcale nie jest z niego baranek, raczej zadziorny wiejski burek. Zdecydowała Marcelina, która przekonała mnie, swoją matkę, że skoro już jechałyśmy tyle kilometrów, to bierzemy psa. Wesół zostawił w schronisku cześć swojego serduszka dla ukochanej wolontariuszki Mai.
W domu rozkwitał powoli.
Rozwijał się jak drobny, podsuszony już pączek. Zadziwiał – ten pies który nigdy nie mieszkał w domu, od początku załatwiał swoje potrzeby na spacerach. Kiedyś musiał leżeć na gołej ziemi, pewnie dlatego kochał tekstylia – kocyki, posłanka – miał ich prawdziwą kolekcję.
Kiedy wychodziliśmy do pracy, czekał na nas spokojnie i z radością witał po powrocie. Gdy pierwszy raz wyjechaliśmy razem, po powrocie z euforią obskakiwał znajome kąty. Fajnie było patrzeć jak przystojniał w oczach. Bury, sfilcowany kundelek stał się przystojnym dżentelmenem w błyszczącym czarnym futerku ozdobionym białym krawacikiem, lekko przekrzywionym jak po dobrej imprezie. Zachwycały jego krótkie, kątujące jak u jamnika nóżki i uszka obracające się o 360 stopni.
Nie był barankiem. Życiowe traumy zostawiły swój ślad. Trzeba było uważnie z nim postępować. Ale wybaczali mu wszyscy. I nie był wiejskim burkiem, raczej piratem i sowizdrzałem. Najdłużej trwało oswajanie z naszymi domowymi kotami. Ale i tu się udało – zaprzyjaźnili się na wspólnych spacerach. Dla nas, jego rodziny, radością było patrzeć, jak po zasypia w zrelaksowanej pozie a nie jak czujny, spięty kłębek. Jak z dumą gospodarza patroluje ogródek.
Kochał spacery ze swoim Łukaszem, cierpliwie znosił wycieranie łapek, słodko mruczał podczas szczotkowania. Kiedy zaczął chorować, postanowiłam, że będę go rozpieszczać, a właściwie rozpuszczać. Nie miałam wiele możliwości, bo ten przećwiczony przez życie pies nie oczekiwał wiele. Z trudem udawało się zachęcić go do posiedzenia na kanapie. Ale bardzo doceniał pozwolenie na asystowanie przy posiłku. Ten najgorszy w relacji człowiek-pies nawyk okazał się strzałem w dziesiątkę. Skromny staruszek siedział pod stołem, cichutko i nienachalnie czekał na smaczne kąski. Kiedy dotykał noskiem mojego kolana czułam jego błogostan.
Chcę wierzyć, że był tak szczęśliwy, jak my byliśmy z nim. I że w mroku smutnego, pieskiego życia zajaśniało trochę światła. I że tak dzieje się zawsze podczas adopcji starego, schroniskowego wiarusa.
No i masz ci los, cały świat mi zaszedł mokrą mgłą… Od tego tekstu bije takie ciepło, że aż mi się oczy topią… Wam też? I jak chociaż jeden starszy zwierz dostanie szansę i wywędruje do domu dzięki tej opowieści, to już będzie sukces!
….bo wiecie, że czasami jak nie Wy, to nikt nie uratuje tego staruszkowego życia…? Możecie być jedynymi dwunożnymi, którzy pomyślą, że o, tego weźmy, niech ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, nie będą kraty, niech wreszcie pozna, co to dom, niech mu się codziennie ślipia świecą na samą myśl, że to właśnie on jest najważniejszy na świecie, że jest już CZYJŚ… Takie dziwne słowo, a wszyscy marzymy, żeby się nam wreszcie zaświecilo nad głową…
Artykuł Niech wszyscy się dowiedzą, że warto! pochodzi z serwisu Oczami Bezdomnego Psa.
]]>