…żeby oczy zaświeciły radością…

– Dżokej, napisz o Larsi, cooo…?

– Ares? Czemu nie śpisz? Gdzie Larsi?

– Nie śpię, bo czekałem, aż zaczniesz pisać… Larsi leży na posłanku, nie budziłem jej, bo taka smutna ostatnio i łapka ją boli… Bardzo mi jej szkoda i dlatego bym chciał, żeby do domu poszła. Ja jej swój oddam, kiedy ktoś się po mnie zgłosi!

– Tak się ładnie wypowiadasz, a było tak po niej deptać??

– Że niby kto deptał!? JAA??

– Przecież nie ja! Widziałem sam, jak zad zasadzałeś prawie na głowie Larsi! Wtedy, kiedy ta jedna z naszych piłeczkę podniosła!

– A… Piłeczkę… PIŁECZEK to się nie czepiaj! Piłeczki są święte i za piłeczkami należy biegać nie patrząc nigdzie indziej, tylko na piłeczkę! …a że po drodze są inne zwierzaki… Ech, to silniejsze ode mnie, ale potem przepraszałem bardzo… Zresztą ta łapka ją bolała wcześniej! Napisz o Larsi, ona ma tak smutne oczy…

– Dobrze, Ares. Napiszę. Ale króciutko, bo o Larsi było nie raz.

Oto nasza kropiasta współpsiobiurowa lokatorka:

Smutna… Larsi jest grzeczna taka, nienachalna… Kiedy się kucnie, żeby ją pogłaskać, to zaraz Ares się bezczelnie pod łokieć wpycha i zaraz dwunożny nie widzi nic innego, jak tylko aresowy nos… Larsi czeka cierpliwie. Posnuje się tu i tam, potem pójdzie się położyć, przeszkadzać nie chce… W oczy patrzy rzadko, nie dzieli się smutkiem…

Ostatnio sporo tych smutasów przyjęli nasi… Mam nadzieję, że u nas im się ten wzrok rozweseli, czy to na myśl o ciepłej budzie, kiedy na zewnątrz będzie ziąb (niektóre tego nie miały nigdy…), czy to na widok wolontariusza za smyczą…

Nana też nie szaleje z radości, ale ona prócz tego, że pewnie została wyrwana z domowych pieluszek… znaczy pieleszy, to jeszcze została potrącona przez jakieś twarde jeździdło, w którym siedział dwunożny taki jakiś… co nie wypada mi pisać, bo byłoby to brzydkie… Dwunożny nie udzielił Nance pomocy, tylko pojeeeechał w siną dal…

Na szczęście psiolaskę ktoś inny zauważył i jakoś nie było mu trudno się zatrzymać i zapakować ją do swojego jeździdła i zawieźć do psioweta! Nana niby wyszła cało z wypadku, bo dziur nie ma na zewnątrz, ale w środku niestety ma połamaną tą kość wielką, co jest na końcu psa. Miednicą ją nazywają… Nana musi czekać, aż się zrośnie… Grzeczna jest, taka cichutka i się nie skarży… Patrzy tylko tymi czarnymi ślipkami na każdego i najszczęśliwsza jest, kiedy ktoś ma czas na to:

…posiedzieć, poprzytulać, POBYĆ… Bo najgorsza jest samotność i świadomość, że my bardzo czekamy na wszystkich, ale niewielu pędzi do nas, żebyśmy mogli się szybciej ucieszyć… Co Nana robiła na drodze? Musiała się zgubić… Ale tak ni z tego ni z owego sama by znalazła się na takiej ruchliwej ulicy…? Ta krótkołapa i długogrzbieta psina ma już 8 lat, przecież znalazłaby drogę do domu… I pyta się nas co chwilę, czy może nikt nie był, nie dzwonił w jej sprawie, może ktoś ją źle opisał, może ktoś pytał o czarną, a ona już taka siwa trochę… Nie, Nanka, nikt nie pytał o krótkołapą suczkę… Ale jutro na pewno… Ktoś zabierze do domu, zadba, podsunie pod siwy ryjek smakołyk, wyniesie na trawkę, zanim sama nie będzie mogła wychodzić… Na pewno jutro… Tymczasem odpoczywaj…

Jankus też przyjmuje bez marudzenia to, co go u nas spotyka.

Jego też znaleźli na drodze, jak człapał środkiem… Łapeczki ma takie jakby przechodzone, ile on wędrował, do licha?? Nie chce powiedzieć, małomówny jest wogóle… Zakradłem się raz tylko, jak akurat ktoś u niego był z dwunożnych. Ledwo mogłem na oczy patrzeć, a przecież chłop jestem… Jankus siedział wciśnięty w czyjeś nogi, łepek oparł, oczy zmrużył i szeptał „nie idź jeszcze, ludziu… jeszcze chwileczkę pobądź ze mną… tak dawno nie czułem tego szczególnego, dwunożnego ciepła… nie idź jeszcze, ludziu, postój, pokucaj, nie zabieraj ręki z mojego grzbietku, ludziu…”

…kiedy wróciłem, to powiedziałem, że okrutnie wieje i jakieś ździebło mi wpadło do oka, dlatego mi tak łzawią…

Historia Lotnika też nie jest lepsza…

Zresztą wystarczy na niego spojrzeć! Teraz już jest lepiej, ale kiedy go przywieźli, to był taką kupką kudłatego, sfilcowanego nieszczęścia… W oczach młga… znaczy mgła, w uszach jakieś paskudztwa, za uszami dredy, wystające po bokach żeberka, a spod szyi… kawał łańcucha. Scenariusze są dwa – albo sam się w końcu urwał, co przy jego stanie jest mało prawdopodobne… Albo właściciel odciął ogniwka iiii powiedział „idź kundlu, szczęścia szukaj”… Na łańcuchu nigdy do niego to szczęście nie przyszło, to może u nas go znajdzie…? Lotnikowi jeszcze niedomagają nerki, coś tak Tabletkowa mówiła ostatnio. Już do niego chodzi z torcikami z karmy, z wystającymi guziczkami zdrowotnymi. Oby mu pomogły, przecież jeszcze ten solidny kawał Dobrego Losu musi się do niego uśmiechnąć!

A jak myślicie, że tylko psom się zdarza… Nie myślcie tak. Sierściuchy też do nas trafiają po najsmutniejszych wydarzeniach…… Jak Spektro:

    

 Tak, wiem, że ma dość specyficzny wyraz twarzopyszczka… Taki już jest. Spektro miał dom. Dobry to dom był, bo kocurzysko dorodne i zadbane do nas trafiło! Tylko tak się złożyło… że spektrowy opiekun odszedł… Tak, wiecie… odszedł tam, gdzie po sąsiedzku mieszka Majka i Hedar… I Spektro go żegnał… Drogi Czytacielu, nie wiem, czy zdarzyło Wam się pożegnać kogoś… Kogoś najważniejszego na świecie, czy miał dwie nogi, czy cztery… To jest przeżycie tak strasznie, że choćbym pisał następny tydzień, to i tak nie opiszę, jak bardzo… Sierściuch jeszcze się nie otrząsnął… Odwiedza go nasza psiokociobehawiorystka i wolontariusze, jakoś go wyciągają powoli z tej skorupki rozpaczy, ale co w jego głowie siedzi, tylko on wie… A ja chyba na razie nie chcę wiedzieć…

Trudno jest patrzeć się w oczy tak przeraźliwie smutne. Trudno jest nie trząść wtedy brodą. Mam na to patent – muszę wtedy myśleć o czymś baaardzo przyjemnym, jak spacer, głaski, pełna micha… Bo inaczej klops, mokre groszki spadają z oczu i wstyd… Ciężko jest ze świadomością, że tyle czasu być może trzeba będzie czekać, aż zaczną się te oczydełka rozjaśniać… A wiecie, jaki widok rozjaśnia takie smutne ślipka? Kiedy na progu staje ten jedyny, ukochany człowiek, to ogonek zaczyna prawo-lewo-prawo się kołysać (niech będzie, że u sierściucha nie, ale podnosi go chociaż wysoko do góry i łeb do tego zadziera!), a w oczach pojawia się coś tak nieopisanego… Nie sposób o tym opowiedzieć, ale myślę, że Czytaciele wiedzą, co takiego się pojawia. Mieszanka miłości, oddania, tęsknoty i uczucia „nareszcie-jesteś!”…

I wtedy to zaklęcie „nie idź jeszcze, ludziu”, zaczyna działać… Co prawda dwunożny odchodzi, ale z tym jedynym, najpiękniejszym i najbardziej jedynym na świecie czterołapkiem mruczącym czy merdającym ogonkiem… I wiele razy w tygodniu pojawia się tęsknota przy pożegnaniu, kiedy opiekun idzie do pracy czy po żarełko, ale jest ona osładzana przez tyle pachnących tym jedynym człowiekiem kątów, sprzętów, przedmiotów… I tyle razy w tygodniu pojawia się to cudowne uczucie „nareszcie-jesteś!”, które przegania wszystkie smutki z oczu, uruchamia mruczenie, ogonek i wszystkie łapki, które prędko biegną na powitanie…

…może Ty rozradościsz im oczy…?

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)