Ani jednego psa, a stado, że serce rośnie!

Taka rzecz się stała w naszym schronisku, która zawsze wzrusza bardziej niż inne. Właściwie to dwie rzeczy się stały i obydwie najwyżej w rankingu wzruszowym! Znaczy nie wiem, może Was łzy nie zaleją, jak mni…. eee… znaczy mnie wcale, ja twarda jestem i żadne mi tam jakieś łzy w głowie! Znaczy w oczach! Skąd! Tak piszę tylko o tym, bo widziałam naszych, jak się cieszyli i poliki ocierali!

Bo widzicie, jest takie miejsce nie tak całkiem daleko od nas, ale już nie mówią tam po naszemu, tylko inaczej. Jakbyście spojrzeli na mapę, to zobaczylibyście między nami taką linię z podpisem GRANICA, ale tak naprawdę, kiedy pójdziecie tam na miejsce tej linii, to żadnej nie będzie, wiecie? Taka ciekawostka! Dlatego zwierzaki nic o niej zwykle nie wiedzą i takie sarenki czy wilki przełażą lasem w te i we w te, ale dla dwunożnych to jakieś ważne jest, dlatego oznaczone na mapie. I dlatego oni na drogach mają tabliczki, że oto tutaj w tym czy tamtym miejscu się przekracza tę granicę i już mówi się inaczej.

Stąd ten tytuł mój, że tam, w tamtym miejscu, o którym dziś napiszę, i które ściśle się wiąże ze wzruszem, nie ma ani jednego psa. Same hundy!

Zacznijmy jednak bardziej od początku…

Daaaawno, daaaaaaawno teeeemuuu, tak dawno, że już żaden zwierz u nas tego nie pamięta, bo żadnego, który był świadkiem, już nie ma, a nasi jeszcze byli Wolontariuszami, do schroniska przywieźli dużego biszkopta.

Dano mu na imię Svano, zaszczepiono, fasolkę z numerkiem wstrzyknięto, zapakowano do kojca i tak sobie czekał… I czekał… Nasi go wyspacerowywali, szukali mu domu, a potem, kiedy już przejęli rządy w schronisku, zaczęli jeszcze dbać o jego stawy, które już powoli zaczynały skrzypieć. Przez te wszystkie lata, a było ich w sumie… ze osiem, poznali go od podszewki! …dziwne to powiedzenie w sumie, może powinno być, że od podszerstka? Kto wie, co to jest poszewka!?

W każdym razie… Svano czekał. I czekał…

I jakoś nikt go pokochać nie chciał. Nie był typem do przytulania, może stąd nikt nigdy nie powiedział, że chce go zabrać do domu? A on może nigdy nie poznał, co to jest ta bliskość i potem mimo kilometrów spacerów i tysięcy godzin z Wolontaruszami, nigdy nie zmienił się w misia. Bywa i tak…

Duży, niezależny, z coraz bardziej skrzypiącymi stawami, z wyglądem coraz bardziej krzyczącym z daleka, że staje się psim dziadkiem… czekał…

Aż pewnego dnia w drzwiach biura stanęła dwunożna, która powiedziała, że zabiera Svano do siebie…. Z całą jego dziadkowością i niezależnością, z tym brakiem wylewności i skrzypiącymi stawami. Tak po prostu zaoferowała, że ma dla niego u siebie miejsce… Nasi znają tą dwunożną, pomagała nie raz i nie osiem, dlatego wiedzieli, że to nie jest tymczasowy przypływ dobroci, a faktyczna pomoc i otwarte serce.

I tak Svano stał się częścią stada, w którym nie ma ani jednego psa:

Dużo ich tam, ale wszystkie są kochane, zadbane, zaopiekowane. Wszystkie mają powody do uśmiechu, Svano już też.

Nawet pielęgnacja już była, w zabezpieczeniu co prawda w postaci namordnika, ale staruszek był grzeczny.

Gdyby coś było nie tak z dogadaniem się, był przygotowany tymczasowo kojec, zanim sprawy się w stadzie nie unormują, ale najmniejszej potrzeby nie było. Svano już jest swój, śpi w ciepełku, ze wszystkimi… Po ośmiu latach w schronisku…

…i jeśli myślicie, że to koniec już historii, że to koniec wzruszu, to poczekajcie jeszcze z odkładaniem chusteczek.

Nie tak bardzo dawno temu do schroniska przyjechał stary jak świat Frojd.

Lat 15 na karku, jego dwunożny odszedł niedawno, dlatego Frojd musiał przyjechać do nas… Podwójny psi dramat… Staruszek niebardzo wiedział, co tu robi i po co, gdzie go nasi postawili, tam stał. Zapachy obce, rąk żadnych znajomych, sens życia znaleźć trudno.

Tydzień po wyjeździe Svano ta sama dwunożna przeszła przez te same drzwi co przed kilkoma dniami. Już pazur mi się powoli wychylał z łapy (chociaż nasi zupełnie spokojnie siedzieli, jeszcze się uśmiechali, zapomniałam, że przecież znają się od lat), ale ona wtedy powiedziała… że przyjechała po Frojda…..

Nie szkodzi, że stary, że ma swój świat, że może nie będzie specjalnego kontaktu z nim. Nic nie szkodzi. Najważniejsze, żeby miał swoje miejsce na ziemi.

W schronisku był apatyczny i zupełnie nie miał woli do czegokolwiek. Teraz ma powody do węszenia, często chodzi z nosem przy ziemi, pomaga też w pracach ogródkowych:

Czy to nie jest psiękne??

Historie domowe zawsze wzruszają i dają nadzieję, że dla każdego z zakratowanych, schroniskowych zwierzaków znajdzie się miejsce w domu prędzej czy później, że serce jakieś czeka, że to jeszcze nie koniec ich historii… Oby jednak nigdy nie było za późno…


PeeS!

Jeśli czytaliście poprzedni post, to może Was zainsteresować, co zaraz napiszę. Jeśli nie czytaliście, to zapraszam TUTAJ, żebyście wiedzieli, o czym piszę.

Otóż…

Furia znalazła dom. Na chwilę… Mimo informacji, że jest, jaka jest, że potrzebuje czasu, że przestrzeń jej potrzebna, że nie jest milusim kitkiem, który zaraz wejdzie na kolana, mimo trąbienia o tym przez to puzderko do rozmów na odległość, mimo klepania o tym przy adopcji (sama słyszałam!), to po pierwszym dniu już chcieli ją zwrócić do schroniska, bo jednak jest dokładnie taka, jak ją nasi opisali, a nie taka, jak ją sobie ta rodzina wyobrażała.

A to niespodzianka, prawda…?

Zadzwonił też jakiś dwunożny i powiedział, że ma już jednego dzikiego kota, może mieć drugiego. Jak mu nasi powiedzieli, że Furii przeszkadzają inne zwierzaki i że tym bardziej nie jest wskazane, żeby dwa obce sobie dzikie koty ze sobą zamieszkały, bo to prawdopodobnie żadnemu nie pomoże zapytał, czy są może inne koty do adopcji. Nasi oczywiście od razu zapewnili, że owszem są! …i wtedy dwunożny zapytał, czy też w takim kolorze….

Z lepszych wieści – w tym całym zamieszaniu furiowym, do domu poszła Luśka i teraz wreszcie ma swój własny parapet i swoje okno do oglądania świata:

2 komentarze

  1. Pięknie, że są tacy ludzie

  2. 😭😭😭 aż serce ściska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.