Kilka słów o nas.

Teraz bloga piszę ja – Ares. Co prawda się mieszałem trochę z Dżokejem, ale ostatecznie mi się pisze lepiej, on za dużo narzekał… Jak to jednak było od początku?

…na początku był chaos… a nie, to nie ta historia…

Na początku był Cygan.  On zaczął tą całą przygodę z blogiem. Jak widać – słusznie! Przez te wszystkie lata przewinęło się kilku wrrrredaktorów, ale Cygan był najpierwszy. Potem ten czarny, nieduży psiak wyjechał do najprawdziwszego domu, o którym pisał nie raz i nie raz marzył przed snem…

Po nim bloga przejęła Majka. To była psiolaska… Niesamowita! Taka ciepła, przyjacielska jak stado szczeniaków, zwłaszcza kiedy pracownicy szamali akurat śniadania czy kolacje… Ale wypominać nie wypada… Słowem nie wspomnę o jej wadze, to z pewnością była tylko sierść… Właśnie!

…Majka pewnego dnia odleciała… Odleciała tam, skąd się nie wraca… Nasi się pozbierali, ale ledwo i trwało to długo. Płakali po niej wszyscy, łącznie z tymi, którzy się zarzekają, że nigdy, przenigdy nie uronili łzy ani jednej. Bzdury plotą, tyle powiem.

Majka nie opuściła nas na dobre. Na szczęście! Przylatywała jeszcze potem i z Tysonem kontytu…kontste…kontynuowali (o!) pisanie bloga. Tyson się musiał sporo nauczyć, ale jakoś mu to poszło z pomocą psiumpelki. To ich pisanie trwaaałoooo…. eee… chyyybaaaa do kwietnia 2014 roku. Tak, chyba do wtedy. Na pewno do wtedy. Co się wtedy stało? Ach, dużo się stało…

W szatni biurowej mieszkała wtedy Bulba. Taki mały, porośnięty sierścią kartofel z czterema girkami i wrednym charakterkiem. Pewnej nocy się wkurzyła tymi nocnymi pisaniami Tysona i co tu owijać w bawełnę… pogoniła towarzystwo… Cóż, szybciej zadziałała niż pomyślała i stało się. Dopiero potem wpadła na to, że Czytaciele czekają na te wieści dwa razy w tygodniu! No i dramat!

Próbowała Bulba to jakoś odkręcić, poszła do Tysona, przywołała Majkę, ale Majka uznała, że jej rola i tak powoli się skończyła i czas, żeby zajęła się innymi sprawami tam, w górze, a Tyson przyznał, że sam to nie poradzi pisać, więc bloga przejęła Bulba. I szło jej całkiem sprawnie! …jak na małego kartofla, co to ledwie sięgał kopytkami do klawiatury… Dnia pewnego jednak tej małej choler… eeee…. psiolasce się poszczęściło i znalazła dom u dwunożnego, którego uwielbiała nad życie! O ile dziamgotała i bulgotała na każdego, kto miał czelność wejść do szatni, o tyle na tego jednego, jedynego wgapiała się tylko tymi wielgachnymi oczami i wzdychała z miłością… Bulba jest teraz najszczęśliwszym kartofelkiem na świecie!

Po Bulbie przyszedł czas na Sonię – stażową rekordzistkę. Cały czas się mówiło, że Sonia ma z 8 czy 9 lat. Potem, że z 10… przez kilka… Bo nikt w papiery nie zaglądał aż tak bardzo, żeby to liczyć. U nas się wieku nie liczy zwierzakom! Nikomu zresztą. W każdym razie jak nasi robili nową stronę, która automatycznie aktualizowała wiek, to wyszło, że 14 wiosen jej będzie szło już… i 9 lat w schronisku mieszka… Ale trzymała się jak niejedna młoda psiolaska! Wątróbka cośtam jej niedomagała, ale jakoś tak bez szału, że coś strasznego tam. Marzyliśmy wszyscy, żeby pewnego dnia ktoś przyszedł do schroniska i powiedział, że „dzień dobry, ja po Sonię”… I przez tyle lat nic…

…aż tu dnia pewnego… kiedy Soni 10 rok w schronisku leciał… weszła taka młoda, ładna (żebym skonał, taka ładna!) dwunożna i powiedziała… „dzień dobry, ja po Sonię!”… Śmy się zryczeli wszyscy! Sonia wymaszerowała do najlepszego domu pod słońcem, jeździła nad morze nawet, paradowała w stroju kąpielowym, była częścią prawdziwego, dwunożnego, domowego świata… Rok później odleciała do Majki… Ale poznała, co to DOM i, mamy nadzieję, zapomniała o schronisku…

Po Soni bloga przejął Tysiak – stary, zrzędliwy mieszkaniec kuchni. Ja nie mogłem, bo jeszcze wtedy mieszkałem na wiatach, to nie miałbym jak się dostawać do biura… więc pisał Tysiak…. do czasu, aż nie przyleciała po niego Majka… Tak, odkąd Majka zamieszkała tam w górze, to przylatuje po każdego, kto u nas odchodzi tam, skąd się nie wraca… Dzięki niej zwierzaki nie są tak zagubione potem. Ona im wszystko pokazuje i przydziela posłanko. Wracając jednak do wrrrredaktora – Tysiak odleciał…

Potem bloga już na dobre przejęły zwierzaki z biura. Tak było najłatwiej, najlepszy dostęp i najświeższe wieści. Tak rozpoczął przygodę z pisaniem Bidek. Nie było mu łatwo, bo tak się mu rozpaprało w uszach, zanim do nas trafił, że ledwo słyszał! Nasi z psiowetami walczyli  o te uszy długo, ale w końcu musieli się poddać… Bidkowi uszy ostatecznie usunęli, a przy okazji… Bidziu znalazł dom! Też taki superaśny, gdzie wybaczają mu to, że uwielbia dużo gadać, chociaż kompletnie nie słyszy odpowiedzi i gdzie ma psiumpla! Psiumpel był obrażony co prawda na początku, ale ostatecznie jakoś się przyzwyczaił i teraz tworzą całkiem zgrane stadko.

W związku z tym, że Bidek się wyprowadził, a wcześniej pomagał mu Dżokej – przejął on bloga! Średnio mu to szło, ale Dżokej sam w sobie jest taki jakiś małomówny, marudny i wogóle… Nie było jednak komu, więc pisał on. W międzyczasie ja się do biura wprowadziłem, więc podpatrywałem, co on tam robi takiego. Czasami mu się wtrącałem, czasami on zasypiał, więc ja pisałem za niego, potem znów on pisał, a ostatecznie już ja mu się wkradłem na dobre i przejąłem pisanie.

Tak, oto JA – Ares we własnej psioosobie! Macie przyjemność teraz mnie czytać do czasu, aż nie wymaszeruję do domu! …albo nie przyleci po mnie Majka…

 

 

 

 

 

Brak możliwości komentowania