Co tu leży?…

Co tu leży?… Psia kość![1]… Pogryzę trochę… Ale nie o tym chciałem.

Rzecz w tym, że tracę przyjaciół! Tych najstarszych. No i smutno trochę. Ale tak naprawdę to się cieszę. Tracę ich, bo znajdują domy, chociaż nikt im nie dawał na to szans!

Ot, taki Dante. Miał w rodzinie owczarka, ale daleka to musiała być rodzina. Dość duży, silny, wesoły, ale – ślepy. Co ja mu się naszczekałem o świecie, bo wszystko chciał wiedzieć. Siedział tutaj ze dwa lata. I myśleliśmy, że posiedzi już do końca, ale nie. Bezogoniaści dali ogłoszenie w Internecie i zgłosili się jacyś Niemcy! Okazało się, że mają już w domu różne psy i koty, a wszystkie pokancerowane, bez tego i owego, chodzące nieszczęścia. No to zjawy zabrały się za Dantego, pobadały, paszport wystawiły, Niemcy przyjechali, wzięli go i ma teraz dom! Napisali po jakimś czasie, że już się przyzwyczaił, z innymi zwierzętami chodzi łapa w łapę, nawet nauczył się wdrapywać na schody! Zdjęcia przysłali – widać, że mu dobrze. Siedzi sobie, prawa przednia łapa podniesiona, środkowy pazur wyprostowany do góry[2]… Trzymaj się, Dante, o kumplach pamiętaj!

Albo Apacz, pies w sile wieku, troszeczkę wilczur, ale bez przesady. W schronisku dobre pięć lat siedział. No i znalazł dom – na wsi! Żyć, nie umierać: gospodarze na własność, kawał podwórza… No właśnie, nie na własność – jakieś blade twarze łażą i coś tam gdaczą. No to Apacz pogonił. Wrzask, pierze fruwa, jajka lecą! Apacz spróbował – dobre! No to pomyślał, jak pies, czyli logicznie: będę ganiał, będą jajka!… Za którymś razem gospodarze mieli dość. I pies wrócił do schroniska[3]… Ale niedługo posiedział. Znów wpadł komuś w oko i poszedł do drugiej adopcji. Wygląda na to, że tym razem na stałe. Niech mu się wiedzie!

Gangster też trafił dobrze. Do schroniska przyszedł jakoś w tym samym czasie, co Apacz. Kundel, mały, ale zadziora: ogon pokancerowany, uszy poogryzane i stawiał się nawet dużym psom. Lubił porządzić. Gdy go zabrali nowi właściciele, próbował sobie ustawić pana domu. No bo pies sobie spokojnie na trawniku leży, czeka, aż mu się sadełko zawiąże, sjesta, a tu pan zaczyna podlewać! A jaka to frajda leżeć na mokrym? No to warknął raz, warknął drugi, wąż potarmosił, zerknął ponuro… Potem jeszcze parę razy pan swoje, a pies swoje. No to posłali po tresera, do Przylepu. Przyjechał, Gangstera obejrzał, pogłaskał, pana wytresował i jest spokój – dogadują się. I trzeba było aż tresera sprowadzać?

Z Tigerem była inna sprawa. Już wam o nim szczekałem. Niedługo posiedział u nas, parę miesięcy. Ale też stawialiśmy na nim krzyżyk. Niby ładny, zbudowany, prawdziwy amstaf, ale z padaczką. Jak go wzięło, to strach było patrzeć! Zjawy go wzięły w obroty, dostał jakieś leki, zaczęło mu się poprawiać. No i znaleźli się ludzie, którym się spodobał. Zabrali, dalej leczyli i teraz powoli odstawiają leki, skoro ataków nie ma, to po co zwierzaka faszerować. Trzymamy tu za niego pazury.

No i wreszcie Gibbon – dojrzały pies, pięć lat w schronisku. Czystej rasy kundel, choć się chwalił, że wszyscy biorą go za teriera. Ale lubił wszystkich, a za bezogoniastymi przepadał. Tylko oni za nim nie – nikt go nie chciał: bo duży, bo kudłaty, z taką sierścią, co się łatwo kołtuni. No i z pyska niedobrze mu patrzyło: zapuszczony chuligan. Tylko że od czasu do czasu przychodzi do nas jedna fryzjerka, wybiera sobie psa i roni mu fryz. I któregoś dnia trafiło na Gibbona. Wrócił od niej taki, żeśmy go poznać nie mogli, bezogoniaści zresztą też! I zaraz znalazł się chętny do adoptowania. Wziął go i nawet nie dowiedzieliśmy się, jak mu było u fryzjera. No nic, niech ci się dobrze dzieje, ty w ząbek czesany!

Chłodno się zrobiło – będzie śnieg…

[1] Psia kość (w jęz. ogólnopsim: wrrrau, -ryyy, -rhau) – znaczy to, co znaczy, że kość należy do psa! A bezogoniaści to przetłumaczyli i używają w zastępstwie brzydkich słów. Co ma kość do jakiejś damy? Ale bo to ktoś zrozumie bezogoniastych?

[2] No i co z tego? Ulica go chowała!

[3] … a myśmy się wreszcie od niego dowiedzieli, skąd się biorą jajka.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)