Bywają bezogoniaści i bezogoniaści.

Bywają bezogoniaści i bezogoniaści.

No i było tak. Szaro-beżowy kundelek, taka miniaturka owczarka, miał chorą łapę, siwy pysk i dobre trzynaście wiosen na karku. Na ślepia też mało co widział. Ale coś mu w oko chyba wpadło, wiosnę w dodatku poczuł i suczkę przy okazji. I urwał się bezogoniastym na łajzy! Stary, ale jary. Z osiedla jeden telefon, drugi, że lata, że zaraz ducha wyzionie. Nasi bezogoniaści pojechali, znaleźli staruszka. Czy dopadł jakąś suczkę – nie wiadomo. Za to jego dopadli – za stary był, żeby uciec… No i przywieźli do schroniska… Ledwo szczekał, ledwo jadł, ale odgrażał się, że żadnej nie przepuści! Niech no go tylko wypuszczą z kojca!

Po dwóch dniach jakby mu przeszło. Zorientował się wreszcie, że narozrabiał. I zaczął tęsknić za swoimi bezogoniastymi. A my kręciliśmy łbami: stary, ledwo żywy, schorowany… Jeśli nie będą go szukać, to marny jego los! Nowych bezogoniastych już sobie taki nie znajdzie…

Ale szukali. Przyjechali na trzeci dzień. Rozpoznali się wzajemnie, obszczekali, obściskali, psa na ręce i do samochodu… I wrócił do domu. Niechby i najstarszy, najbrzydszy, z głupimi pomysłami, ale przecież należy do rodziny!

Każdemu psu życzę takich bezogoniastych!

Inny kundel, nieco jaśniejszy, z podpalanym brzuszkiem, no i młodszy, też wiosnę poczuł! Na spacerze wysmyknął się panu z obroży i noga! Właściwie trzy nogi, bo czwartej nie używał – stary uraz jakiś. Mimo wszystko miał przewagę – jego bezogoniasty miał przecież tylko dwie. Gdy po jakimś czasie hm… opamiętał się, stwierdził, że nie wie, jak wrócić do domu. I trafił do schroniska. Posiedział tydzień, ale wreszcie doczekał się przyjścia swojego bezogoniastego. Dostał opieprz, ale taki dla zasady. Sam też dla zasady podkulił ogon i udawał, że się boi, bo morda mu się śmiała. No i poszli.  Nawet zdjęcia psu nie zrobiliśmy…

Był jeszcze młody amstaf, zgarnięty z ulicy. Nawet nie zdążył się rozejrzeć po kojcu, jak znaleźli się jego bezogoniaści.

Miło!…

… Było.

Tego psa to myśmy właściwie wcale nie chcieli, ktoś nam taki prezent zrobił. No, ale jak już był, tośmy trzymali. Ale teraz już go w domu nie chcemy. Ja do sanatorium idę, żonę ten pies wywalił aż rękę złamała, sił nie ma, żeby się zwierzem opiekować. Córka na wsi mieszka i też go nie chce. To weźcie go do schroniska…

            To słowa takiego starszego bezogoniastego, który z żoną mieszka nawet niedaleko. A dotyczyły tej suczki:

Niepozorna, czarna z szarym brzuszkiem. Od siedmiu lat, od urodzenia, mieszkała z tymi bezogoniastymi! Nie zna innego świata. I teraz wyrzucają ją z domu. Takie maleństwo miałoby przewrócić bezogoniastą i rękę jej złamać? Już chyba prędzej ta bezogoniasta nie patrzyła, gdzie lazła i potknęła się o nią! Dobrze, że psu krzywdy nie zrobiła!

            Nawet nie spróbowali poszukać jej innego domu, tylko od razu do schroniska. Nasi bezogoniaści pojechali tam, zaczęli wyjaśniać, że pomogą, informacje zamieszczą w Internecie – trzeba dać psu szansę, żeby znalazł sobie nowy dom, skoro starego już mieć nie będzie…

            Niby się zgodzili. Informacja została zamieszczona. Wolontariusze przepytywali tam i tu… Po tygodniu nasi zadzwonili do tych starszych, żeby się dowiedzieć, czy ktoś się może w sprawie suczki odezwał… Dowiedzieli się! Że na czas pobytu starszego bezogoniastego w sanatorium, pies został oddany do znajomych. Jakich znajomych? A, tego już bezogoniasty powiedzieć nie chciał!… No cóż, są inne sposoby…

            W jednej z podmiejskich dzielnic zmarł właściciel dwóch psów. Mieszkał kątem u jakichś znajomych i gdy umarł, powstał problem, co dalej ze zwierzętami. Zmarły miał córkę, ale ta ani myśli brać zwierząt. Weźcie je do schroniska. Zapłacę…. Ile?! O nie, tyle to nie! Ja wyjeżdżam za granicę. Psy zostawiam,  niech się z nimi dzieje, co chce… Urzędnicy z gminie, powiadomieni o sprawie, mają tam pójść i rozejrzeć się. Poczekamy.

            Vespa. Psiak z poplątanymi losami.

Prawdopodobnie długo błąkała się po jednym z okolicznych miast. Wreszcie złapano ją i trzymano, też niekrótko, w takiej namiastce schroniska w tamtej miejscowości. I w końcu trafiła do nas: schorowana, wycieńczona… Zaraz poszła do zjaw na operację, a w międzyczasie jej fotka trafiła na stronę internetową schroniska. I znaleźli się właściciele. Gdy Vespa wróciła od zjaw i była u nas w izolatce, przyjechał ktoś z rodziny właścicieli. Poznał psa, pies jego – niby w porządku. Obiecał zabrać suczkę, gdy będzie już na chodzie po tej operacji. A potem dowiedział się o kosztach leczenia i pobytu psa w schronisku….

            W oznaczonym terminie nikt się po psa nie zjawił. Po telefonicznej interwencji naszych bezogoniastych – podobnie. No to kolejny telefon – wtedy wyszło, że koszty są za wysokie, że przed świętami nienajlepiej z pieniędzmi. Nasi zaproponowali rozłożenie należności na raty… Trwało to, oj, trwało…

            No ale wreszcie przyjechała pańcia Vespy. Wzięła psa. Dobrze się skończyło… Chyba…

A jak się tu skończy? Na jednym z osiedli, w dużym wieżowcu, mieszka sobie samotna bezogoniasta. Miała dzieci, ale je jej odebrano – nie radziła sobie. Z sobą, co dopiero z dziećmi. No to kiedyś przygarnęła psa. Potem drugiego… Pewnie miały jej zastępować te dzieci… Już wtedy robiło się niedobrze, ale urzędnicy nadzorujący to osiedle bagatelizowali sprawę… Bezogoniasta wzięła sobie trzecie zwierzę. Z ulicy, oczywiście, bo ze schroniska by nie dostała. Trzyma te zwierzaki w domu i wyprowadza tylko jednego. Co parę dni. Jeść im daje, owszem, ale psy dziczeją, na widok ludzi nie wiedzą, co robić! I załatwiają się w domu. A ze sprzątaniem ta bezogoniasta ma kłopoty. A sąsiedzi psie wonności na całej klatce schodowej i niektórzy w mieszkaniach…

Nasi bezogoniaści zmobilizowali urzędników oraz mundurowego bezogoniastego z dzielnicy, że trzeba zrobić wizytę interwencyjną i zabrać zwierzęta. Tylko jakoś terminy nie pasują, to urzędnik nie może, to mundurowy bezogoniasty zajęty… Ale może wreszcie…

            Bywają bezogoniaści i bezogoniaści. Tu prośba do tych lepszych. Nigdy o nic na blogu nie proszę, ale tym razem muszę. Mamy tu w schronisku Laurę. Widzicie?

   Młoda kociczka, trójbarwna, maleńka… Trafiła do schroniska na ostatnich nogach. Zjawy wykurowały ją. Ale został jej koci katar. I już zawsze go będzie miała. Jest słabiutka, łapie wszystkie infekcje, a tu u nas zwierząt pełno, co chwilę któreś przynosi jakieś zarazki… Ten sierściuch tego w końcu nie wytrzyma! Bo to nie jest kot do schroniska. Musi mieć dom, gdzie nie będzie spotykał się z innymi zwierzakami i dostanie dobrze zjeść. Ten koci katar to nic strasznego – po prostu kilkanaście razy na dzień kotka kicha sobie. Ludziom to nie szkodzi. Weźcie ją, proszę! Na pewno się odwdzięczy, bo przylepna jest, jak rzadko.

            No to, Czytelnicy, proszę!!!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)