TAK GO KOCHAM, ŻE AŻ GO NIE ODBIORĘ ZE SCHRONISKA…

Kiedy wylądowałam w schronisku nasi bezogoniaści byli już na interwencji, a Tyson latał po swoim kojcu i popiskiwał. Gdy mnie zobaczył, od razu wrzasnął:

– Majka! Nasi pojechali polować na jelenie!

– Na jelenie? A ile ich?

– No, właściwie to jeden. I nie jeleń, tylko jelonek! Na działkach! Leć, zobaczysz – opowiesz! Jak ja bym chciał tam byyyyyć! – zawył.

Poleciałam piorunem i akurat trafiłam na moment, gdy nasi już wysiedli z samochodu. Dwóch ich było. Przy jednej z bram stał ich samochód, a obok wóz straży pożarnej. Nasi gadali ze strażakiem.

– O, tam są! – mówił strażak i pokazywał w głąb ogródków.

Alejką nadchodziło dwóch innych strażaków. Zmordowani, zdyszani, ledwo leźli.

– No i co? – spytał ich kolega stojący koło wozu.

– Eeee… Goniliśmy, ale siedemdziesiąt na godzinę zasuwa. Próbowałem, nie wydolę… Nie w tych buciorach… A wy ze schroniska? – zauważył naszych.

– Ano, ze schroniska.

Z drugiej strony ogródków szybkim krokiem szła szykowna bezogoniasta, jakaś szefowa tych działek. Zobaczyła schroniskowy samochód i naszych:

– Oj, dobrze, że jesteście! Bo już nie wiedziałam, do kogo się zwrócić… Co do kogo zadzwonię, to słyszę, że nie oni… A ten zwierzak wlazł na działki wczoraj po południu. Złapać się nie dał. Koperek zniszczył, marchewkę podeptał, szkody robi. Ucieka, przez siatki skacze… No to może wy…

Szurnęłam w głąb działek. Ano, jest jelonek[1].

Stoi, pogryza warzywa. Jakieś. Nie znam się. I co chwila łeb unosi i rozgląda się. Czujny. Zaraz mnie zobaczył, ale co mu duch może zrobić? Więc tylko popatrzył chwilę i zaczął się dalej paść. Póki nie nadeszli nasi. Szli ostrożnie, powolutku, jeden z nich trzymał lasso. Umie nim rzucać. Ale żeby użyć takiego lassa, trzeba podejść na trzy-cztery metry. A jelonek nie czekał. Pognał, aż się kurzyło. Na oślep, przez krzaki, młode drzewka, o druty zahaczał i wyrywał sobie kępki sierści…

Pół godziny później nasi dali spokój i wrócili do wyjścia. Pogadali z tamtą bezogoniastą. Nie da rady, mówią, zwierzak jest za bardzo spanikowany i podejść do siebie nie pozwoli. Tylko krzywdę sobie robi. Trzeba odczekać, a po południu, gdy na działkach pojawi się więcej ludzi, pootwierać bramki, ale tylko te, które wiodą w stronę lasu. I wtedy, powolutku, pognać w tym kierunku jelonka. Nasi wrócą i albo go złapią, albo zagnają ostrożnie do lasu. To najlepsze rozwiązanie…

I nasi wrócili do schroniska, a ja za nimi. I czekali na telefon, ale nie zadzwonił. Widać, działkowcy poradzili sobie sami.

I tak to już jest. Jak się dzikie zwierzę pojawi w mieście – jest problem!

Nadleśnictwo interesuje się lasem, roślinami, nie zwierzyną…

Myśliwi interesują się co prawda zwierzyną, ale leśną; a w mieście ona przestaje być leśna, tylko staje się miejska – a myśliwi z bronią nie mogą hasać po działkach!…

Policja łapie co prawda dewastatorów działek, ale tych dwunożnych, nie czworonożnych…

Straż miejska nie ma kompetencji i pomysłu chyba też, co robić w takich sytuacjach…

Strażacy mają za ciężkie buty…

No to zostaje schronisko. Ale i nasi nie mogą ze wszystkim sobie poradzić! Trzeba mieć chociażby odpowiedni sprzęt, którego nie ma. Bo nie da się nosorożca złapać po prostu za róg na nosie!

A Tyson w tej sytuacji byłby chyba za mało delikatny.

Potem trafił do schroniska Fabio. Znaleziony na ulicy. Psy poznały go natychmiast, nasi bezogoniaści zresztą również, bo już tu był parę miesięcy temu. Miły, młody, grzeczny psiak.

Wtedy po kilku dniach odebrała go jego bezogoniasta. Nasi znali więc jej numer i zaraz do niej zadzwonili. Była jakaś zakłopotana. Owszem, cieszy się, że pies się znalazł, ale… czy nie mógłby zostać w schronisku parę dni? Przez weekend? Bo ona wyjeżdża, rodzina też. To barrrdzo ważny wyjazd, a oni nie mają co z psem zrobić… Nasi na to, że schronisko to nie hotel dla psów. Tam należy go oddać na czas nieobecności… No tak, no tak – przytaknęła bezogoniasta i rozłączyła się.

A po paru godzinach napisała maila, że odbierze Fabia, jak wróci po weekendzie.

Na telefony naszych nie odpowiadała.

Dodaliśmy tutaj dwa do dwóch: kobieta wyjeżdża, nie ma co z psem zrobić, no to go na ulicę. Pewnie jego pierwszy pobyt w schronisku też był tym właśnie spowodowany. Wtedy go odebrała, więc może i tym razem… Bo wieźć psa do domu chyba nie warto. Może bezogoniasta już wyjechała? Albo, jak się zorientuje, nie otworzy drzwi… I co? Z policją się ciągać? Lepiej chyba zaczekać, aż wróci. I kosztami obciążyć.

Na tym stanęło. Ale weekend minął, a bezogoniastej ani śladu. Jej telefon milczy. Za to pojawia się drugi mail: pańcia kocha pieska bardzo, ale nie może go zabrać – nie ma pieniędzy, by po niego przyjechać! (Jak gdyby przyjść było trudno!)… Więc niech psiak posiedzi jeszcze parę dni w schronisku…

I znowu milczenie. Wreszcie nasi zadzwonili z obcego telefonu i wtedy bezogoniasta odebrała… I… Ech, co szczekać… Stanęło na tym, że oficjalnie zrzekła się psa. I dobrze!

A Fabio w schronisku nie posiedział długo. Znaleźli się chętni bezogoniaści, którzy go adoptowali. Szykowni, wymowni, odświętni, majętni. I trochę tacy, co to bułkę przez bibułkę…[2]. Happy end, prawda? A guzik!

Po trzech dniach zadzwonili, że pies im się nie sprawdza i że chcą go oddać. Bo nie adaptuje się, nie przyzwyczaja i w ogóle ich nie kocha! Nasi, oczywiście, próbowali przekonywać, żeby dać psu szansę, odczekać jeszcze, bo trzy dni to za krótko, żeby pies się oswoił z nowymi warunkami… Wreszcie – widząc, że ich argumenty odbijają się jak od betoniarki – przypomnieli o karze finansowej. To skończyło rozmowę.

I co? I po paru dniach kolejny telefon: Fabio uciekł! Pan otworzył drzwi, a Fabio mu między nogami hyc kic, skok w bok i w siną dal! Taka przykrość!…

Taaa…

I co? Znów telefon! Jakaś bezogoniasta grobowym głosem sączy w słuchawkę: To wy takim ludziom psy oddajecie? Mam tu jednego: cały pobity i jeszcze czymś przypalony!… Jaki to pies, proszę pani?… A taki – i tu następuje opis psa bardzo przypominający Fabia… Proszę pani, skąd możemy tego psa odebrać?… A, tego to wam nie powiem! – ogłasza bezogoniasta i rozłącza się.

Nasi dzwonią więc do ostatnich właścicieli Fabia i mówią, że psiak się odnalazł, ale w złym stanie, pobity. I słyszą: U nas pies był traktowany idealnie!… Nie słyszą za to (a szkoda!): Gdzie on jest? Skąd go odebrać?…

I co? Fabio prawdopodobnie wrócił do swojej pierwszej bezogoniastej (choć to nie ona dzwoniła). Nasi zaraz jutro pojadą to sprawdzić. Wtedy napiszemy dalszy ciąg.

No dobra. O jelonku było, o psie było, to teraz coś dla sierściuchów. Smacznego!

[1] Ale nie ten z fotografii, tylko inny. Nasi łapali nie fotografowali.

[2] To takie powiedzenie bezogoniastych. Ma dalszy ciąg, ale nie rozumiemy, co on znaczy…

 

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)