Nienajlepszy, bulbowy dzień… ale jerzyk rozwiał smutki!

– Buulbaa, wyjdziesz dzisiaj spod tej łaawyy?

– NIE!

– ale Buulbaa, no nie przesaadzaaj, wyyjdź, bo mi nuudnoo…

– NIE!

– ech, a jak przyjdę tam do ciebie, to mi opowiesz co się stało?

– …..opowiem…

Zaczęło się od tego, że rano przyszła do mnie ta nasza fotografka. Bynajmniej nie po to, żeby mi zdjęcia zrobić, ale przyniosła ze sobą jakieś zgrzebło i powiedziała, że ona ma już dość zamiatania takiej ilości moich kłaków, więc trochę ich wyczesze nie czekając, aż oblezą wszystkie kąty biura… No jak to tak! JA, taka WAŻNA, mają się mnie bać! A ona ze mnie zrobiła taką dwa razy mniejszą, wygładzoną, uczesaną Bulbkę! Brakowało mi tylko spineczki z różowym motylkiem obok ucha!

Jakiś czas później, robiła mi sesję. Chyba, żeby mnie obłaskawić, ale niedoczekanie! Cóż, chyba wystarczająco widać moje zniesmaczenie…

To nie wszystko! Strachu też się najadłam! Bałam się, że ktoś jeszcze zauważył to co ja i już niedługo będę się cieszyć posadą Głównego Stróża…a to było tak…

Dwóch panów przyniosło na rękach suczkę, znaleźli ją gdzieś w lesie. Kilkumiesięczna, całkiem ładna, uszy kudłate, łapy dłuuuuugieee jak mój grzbiet.

Ona się nie bała wcale! Jak jej zdjęcia robili, to ona wcale nie kładła się na ławce, wcale nie interesował jej aparat! Tylko wyciągała szyję, na ile jej kręgów wystarczyło, i gapiła się to na lewo, to na prawo, byle coś wypatrzeć! Psy szczekały, ludzie chodzili, a ona każdy dźwięk chciała sprawdzić, każdego człowieka obwąchać i przywitać, wszędzie pobiec! Do tego co chwilę odszczekiwała! Dostała na imię Afera. Przestraszyłam się solidnie, że ktoś pomyśli, że jest lepsza do stróżowania niż ja! Bo ona wyższa, to więcej wypatrzy… Pstro w głowie ma, ale nie wiadomo… Caaałeee szczęęęścieee, po dwóch dniach poszła do nowego domu. UUUFFFF….

– widzisz, Buulbaa, wystarczy się wygadać porządnie, a ty dusisz w sobie i potem burczysz pod ławą…

– wystarczy też znaleźć małe, dzikie zwierzątko, żeby odnaleźć w sobie kawałek pasji! Po kilku dniach wszystkie stresy mi przeszły dzięki… jerzykowi!

– piszesz w takim poważnym miejscu, to używaj chociaż słownika, takie błęędyy…

– Hedar, nie ja powinnam oglądać słownik, ale ty atlas przyrodniczy! Nie chcę pisać o kolczastym z długim ryjkiem, ale o małym ptaszku.

Napisał do nas pewien pan z zapytaniem, co ma zrobić z ptaszkiem jerzykiem. Trzy dni temu zauważył, jak ten się topił i udało mu się go uratować. Kiedyś był niedaleko taki ośrodek dla dzikich zwierzaków, ale niestety już nie funkcjonuje. Na szczęście jedna pani, która u nas się opiekuje czworonogami powiedziała, że może zająć się takim pierzastym. Ten pan znalazca stwierdził jednak, że tego jerzyka to on odda za trzy dni.

Hmm… Zdziwiliśmy się, bo już go ma trzy dni i każdy myślał, że on ciągle szuka pomocy, a tutaj się okazuje, że wcale mu nie spieszno z oddaniem ptaszorka!  Karmi go, a niedługo zacznie uczyć go latać!

W takim razie – myślimy – na pewno Pan Znalazca jest miłośnikiem ptaków. A skąd! Pan na ptakach się znał średnio, ale wszystkiego sobie poszukał, popytał, kupił jerzykowi robalstwo do jedzenia, wyczytał, że to młode ptaszę jeszcze i dopiero się latać będzie uczył. Szukał dla jerzyka nowego miejsca właściwie tylko z powodu wyjazdu na wakacje, inaczej by się nim zajmował dłużej. Pod uwagę brał jeszcze zabranie skrzydlatego ze sobą, a nawet… odwołanie wyjazdu! Zanim jednak jerzykowy Opiekun wyjechał – ptaszę, po tłusto-robalowej diecie, nabrało sił, nauczyło się latać i odleciało w sobie tylko znanym kierunku.

Pozornie kiepsko to wszystko wyglądało, ale…
Afera zyskała nowy dom, a nowy dom Afery zyskał zwariowanego, świetnego stróża.
Opiekun jerzyka znalazł w sobie ornitologa, dzięki temu jerzyk zyskał drugie życie, a miasto zyskało najlepszego na świecie owado-zjadacza.

– Buulbaa, a ty? przyznaj się, lepiej ci bez tylu włosów…

-…. no dobra, przyznam, że jest mi teraz super-extra-chłodniej! chociaż czuję, że znów mi jakiś kłaczor wyłazi zza ucha, HA! zaraz go zrzucę pod krzesłem fotografki…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)