Kocha ludzi, psów nie lubi. Czy aby na pewno?

I wcale nie mam na myśli, że może być odwrotnie! Chodzi o to, że może się okazać, że właściwie przy bliższym poznaniu to te pozostałe psiury takie złe nie są! A jeden z drugim czworonogiem często się poznać nie chcą, bo na pewno ten drugi to jest zupełnie niewart poznania, za to idealnie się na niego szczeka!

– Buulbka… jakby ci tutaj powiedzieć… Nijak nie mogę się rozeznać, o czym ty w ogóle chcesz napisać…

– Ekhem… no coś mi dzisiaj chyba nie idzie…

W takim razie przejdźmy od razu do przykładu!

Dawno temu… jakieś 550 poranków wcześniej, po ulicach błąkał się biszkoptowy, smukły przystojniak. Ktoś z naszych pojechał po niego i przywiózł takie cudne nieszczęście:

Na imię dostał Żożo. Ciężko z nim było na początku. Na smyczy nie umiał chodzić wcale! Kładł się, zrywał nagle, znów się kładł… Zupełnie nie wiedział, po co ten kawałek sznurka, który to go zatrzymuje, to ciągnie! Wolontariusze jednak cierpliwości mają duuużo i nauczyli Żożo pięknie chodzić na smyczy. Tylko Żożo widocznie lubił na coś narzekać, a skoro na smycz już nie mógł… to zaczął się uskarżać na wszystkie psy, jakie w schronisku mieszkają. Nie można było z nim przejść przez wiatę, bo przecież się darł i wyrywał tak, że strach! W dodatku kiedy tam się już nakręcał na psy, a nie mógł ich dostać, to zaczynał smycz targać,żeby rozładować to swoje zdenerwowanie.

Pisałam kiedyś o tym, że wolontariusze swoich ulubieńców mają. W Żożo też się zakochała jedna wolontariuszka! Nie dziwne w sumie…

Tak się zakochała ta wolontariuszka, że zaczęła myśleć… i myśleć… nie mogła uwierzyć, że Żożo tak całkiem tych psów nienawidzi… Bo miała ona swojego jednego i drugi psiur, w dodatku taki zadeklarowany nienawidziciel psów, to wiecie… Nie poddała się jednak, poprosiła jednego z pracowników, co psy dogadać umie i z psami się dogadać umie, i w ogóle w każdą stronę, i wiecie co – poznali te psy. I się okazało, że Żożo to właściwie może się dogadać! Był chyba tak zdziwiony, że ten drugi pies nic od niego nie chce, że właściwie zapomniał, że trzeba się na niego wydrzeć!

Minęło jeszcze kilka tygodni, kilka spacerów też minęło i nadszedł ten wielki dzień. Żożo pojechał do domu! W dodatku widziałam „na fejsie” (wiecie, światowa jestem i wiem, gdzie wleźć, żeby sobie popatrzeć!) filmik, na którym Żożo spaceruje w towarzystwie całej chmary czworonogów i dwunogów! I nic! Ani warknie! Wręcz czasami ogon pod siebie i się cofa. Nic nie zostało z tego wiatowego agresora! Ech, trzeba umieć, ale przede wszystkim trzeba CHCIEĆ odmienić życie takiego psa…

Mamy w schronisku jeszcze kilka takich psów. Na przykład Topek.

Pojętnyyy, że aż miło uczyć! Radosny, świetny pies! Tylko skubaniec, kiedy idzie przez wiatę to się tak drze i wygraża, że uszy więdną… Nie może się przekonać do psów i koniec. Za to ludzi lubi, uwielbia wręcz! Czas spędzony z nimi i zabawę, i szaleństwo, wszystko super! Tylko żeby jeszcze na te czworonogi tak nie reagował… Musi znaleźć ludzi, którzy będą z nim szaleć, Topek lubi się porządnie zmęczyć, bo chociaż nieduży z niego psiak, to energii ma za pięciu.

Kolejny taki ananas – Drapek.

Pies ledwie sięgający kolana. Za to z ilością energii, która starczyłaby dla połowy schroniska! Powinien ją rozdawać na prawo i lewo, byłoby mu łatwiej. Drapek potrafi skakać po ścianach, potrafi wspinać się po płotach, potrafi przebiec kilkanaście kilometrów i dalej w kojcu biegać w te i we wte. Nie będę już wspominać, że jak zobaczy psa, to mało gardła nie wypluje, tak ujada… Dałoby się nad tym pracować… tylko niech się ktoś znajdzie, to będzie chciał… Drapek był adoptowany dwa razy. Cóż, potrzebuje kogoś, kto naprawdę go wymęczy codziennie, kto poświęci mu tyle czasu, żeby w domu spokojnie spał…

Ech, niech tylko znajdą się osoby, które będą chciały odmienić ich świat!


I chociaż się smucimy, chociaż łza się w oku kręci, to z jednego oka ze szczęścia, z drugiego z radości…

Alaska. Aluśka. Alusieńka. Uratowana z koszmarnych warunków. Przeszła kilka operacji.

Przytyła, zrobiła się piękna, puchata…

Pisałam o niej kilka tygodni temu. Okazało się pewnego dnia, że kolejne guzy w Alusi rosną. Takie, których już nie można się pozbyć.

Nasi szukali domu. Na już, na wczoraj. Skakałam z radości, kiedy się okazało, że jest wspaniały dom, gotowy zmienić całe alusiowe wspomnienia na najlepsze z najlepszych. Zmieniali…

Bardzo zmieniali… Nikt NIGDY tak się dla niej nie poświęcał…

…aż pewnego dnia dostaliśmy wiadomość…

„Alaski nie ma już z nami… Odeszła dzisiaj w nocy… Dzisiejszy dzień był znacznie gorszy od poprzednich i weterynarz zdecydował, że jedyne co można zrobić to zakończyć jej cierpienie  … Zasnęła na zawsze „…

…szkoda, że tak krótko, ale jakie szczęście, że w ogóle poznała inny świat… Mogła nie mieć tej szansy, ale trafiła na cudowne psioludzkie serca…

DZIĘKUJEMY.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)