O spełnionych sierściuszkowych marzeniach!

Pisałam już o spełnionych marzeniach, ale psich. O sierściuchowych też trzeba napisać, bo wcale mniej ważne nie są! Kot to nie takie coś, co się w domu wypuści i wystarczy, i sobie samo poradzi, bo kuwetę ma i pełną miskę.

Są koty, które od razu broją i się miziają, a są też takie, które miesiąc siedzą schowane za szafą wychodząc tylko w nocy pogryźć trochę chrupek i załatwić potrzebę najistotniejszą.

A czasami do schroniska trafia to takie małe, parchate, ledwo trzymające się na łapach… I później wyrasta na takie dostojne kocię, które równie dostojnie i z gracją wiesza się na firanach czy wyleguje w najmniej spodziewanych miejscach, ale ma tak superaśnych właścicieli, że wszystko jest wybaczane…

Na przykład Jadwi. Nieszczególnie wyglądała, chociaż dwunożni i tak się zachwycali…

Jadwi miała 4 tygodnie jak do nas trafiła. Za mało jak na życie bez matki, ale co poradzić… Trafiła do domu tymczasowego, skąd została niedługo później adoptowana. Kilka miesięcy później dostaliśmy wieści i ledwo poznaliśmy!

Jadwi ma teraz na imię Makrela. Bardzo kocio! I od razu inny sierściuch! Włos błyszczący, nos czysty, oczy bursztynowe i oczywiście po kociemu musi się wylegiwać w dziwnych miejscach…

Kociaki często trafiają do schroniska chore… Jadwi taka była, taka była też Kral. Wtedy jeszcze myśleli, że kocię jest kocurkiem, a nie kotką. U sierściuszkowych maluchów można się pomylić…

Kral siedział(a) kilka dni pod samochodem na jednej z ulic. Na szczęście ktoś jednak zauważył puchate kocię i się zlitował. Trafiło to nieszczęście do nas, gdzie zaczęło zdrowieć, a niedługo potem zostało adoptowane!

Jak się okazało, że to jednak kotka, a nie kocurek, imię zostało zmienione na Marlenkę. Marlenka wyrosła…

Jak na prawdziwego kota przystało, tylko szuka różnych dziwnych miejsc do zwiedzania, chowania się czy leżenia. Jest miziasta, łobuzująca, tuląca się, przylulaśna, czyli dostosowuje się do każdej sytuacji! I stara się pomagać przy różnych czynnościach…

Nie tylko małe kociaki do nas trafiają i nie tylko takie młodziaki jadą do nowych domów. Na przykład na początku roku trafił do nas Tajger.

Dość… WIELKI… Sierść zadbana, sam kocur bardzo miziasty i przyjacielski, od razu było widać, że domowy. Może coś go przestraszyło i do domu nie mógł drogi znaleźć, a może ktoś go w nieznanym miejscu „zgubił”… Czekaliśmy na właściciela, ale się po sierściucha nie zgłosił, za to pojawili się ludzie gotowi przygarnąć dorosłego kota do domu z ogrodem. Idealnie!

Kocisko zadomowiło się w nowym domu błyskawicznie i – nie uwierzycie – jeszcze bardziej urosło!

Tajger urósł do 7 kilogramów. Toż niektóre psy są mniejsze! Kocur ma już nawet kocich kumpli na dzielni, na pewno ze względu na wzrost zostanie okrzyknięty szefem osiedla…

Bardzo cieszy, że te nasze kociska i kiciusie trafią do prawdziwie kocich domów, że mogą zmieniać się tam w tygrysy, że mają tyle rzeczy wybaczonych, że ich opiekunowie doskonale zdają sobie sprawę z sierściuchowej niezależności!

Jako płentę, wrzucę list od jednej kotki adoptowanej 12 lat temu. Sisia od tylu lat rządzi w domu, od tylu lat pokazuje humorki i to, że ma w sobie więcej tygrysa niż się każdemu wydaje! Trafiła jednak na najcudowniejszych kocich opiekunów…

Ludzie listy piszą… To i ja napiszę. Nazywam się Sisia i 12 lat temu będąc małym kotkiem znalazłam się w schronisku. Na szczęście pańcia i pańcio tam właśnie przyszli i wybrali właśnie mnie spośród innych kociąt. I wcale nie jestem rasową kocicą. Jestem szara, bura i piękna też. Pańcia mawia, że jestem indywidualistką a jak jest na mnie wkurzona to mówi, że zołza wredna jestem. Ale mnie kocha. Pomieszkałam rok jak mała królewna i nagle nieszczęście. Pańcia przyniosła z ulicy inną małą dziewczynkę-kotka. Pinky się nazywa, bo nosek ma różowy. Jak dla mnie to świński ryjek różowy ale skoro twierdzą, że to kot a nie świnka, to niech im będzie. Nie powiem, żebym była zadowolona z „nowej siostry”. Prychałam, syczałam, nawet szczekać próbowałam. Ale się uparli i odnieść na ulicę z powrotem nie chcieli, to mieszkamy teraz dwie już od 11 lat. Jak to w rodzinie: czasem w zgodzie i miłości a czasem się bijemy. Ale pańcia wtedy na nas krzyczy to przestajemy. Nawet na wakacje na Mazury razem pojechaliśmy. Ale potem powiedzieli, że nie mogą znosić naszych wrzasków w samochodzie i teraz sami jeżdżą. A do nas opiekunka przychodzi. Kiedyś rozstawiono w pokoju łóżeczko, takie mięciutkie ze szczebelkami. Spałyśmy tam sobie z Pinky, gdy nagle znowu coś do domu przynieśli. Małe to było, darło się wniebogłosy i bez wstydu załatwiało pod siebie. No to się zdenerwowałam wtedy, bo jeszcze łóżeczko nam zajęło. Pół roku z pańcią nie gadałam ale znowu się uparła i odnieść nie chciała. I zostało z nami. Dzisiaj to już duży chłopiec, 9 lat ma. Ale na wszelki wypadek nie łaszę się do niego. Ostrożna jestem. Nie to co Pinky. Ta brzuch bezwstydnie wystawia i ciągle o drapanie prosi. Ja za to zabawna jestem. Gdy goście przychodzą, to się łaaaaszę a jak rękę do głaskania wyciągają, to ja SSSSSSSSSS i cap pazurami. Każdy się na to nabiera hehe. No i pańcia wtedy znowu o tej wredności zaczyna i zabawę psuje. No ale zaraz wszyscy spać idziemy. Muszę sobie miejsce przed Pinky w łóżku zająć. Pańcio burczy, że z sierściuchami spać nie będzie. Ale lepiej niech cicho siedzi. Bo jak pańcia znowu kogoś do domu przyniesie, to na podłogę pójdzie. No przecież wtedy to byśmy się wszyscy na pewno w łóżku nie pomieścili!

A tak serio, to zachęcam wszystkich wahających się do adopcji zwierzaka ze schroniska. Wszystko uda się pogodzić: ciążę, dzidziusia, wakacje. Trzeba tylko kochać swoje sierściuchy a wszystko się samo ułoży…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)