Bezogoniaści mają rozterki…

Bezogoniaści mają rozterki. I psy też. A schronisko niekiedy pozwala sobie z nimi poradzić.

Całkiem świeża sprawa. Parę dni temu zadzwoniła do nas bezogoniasta z podmiejskiej dzielnicy:

– Przyjedźcie zabrać psa. Mam już dwa własne, a tu przyplątał się jakiś kundel, trochę owczarek niemiecki. Daję mu jeść, bo co mam zrobić? Moich psów nie atakuje, dogadują się jakoś. Do mnie też ogonem macha, ale dotknąć się nie da, ucieka. Siedzi z daleka, patrzy, czeka, aż nałożę do miski i odejdę, dopiero wtedy podchodzi jeść… Chciałam go nawet przygarnąć, bo mądry, spokojny, towarzyski i podwórza pilnuje – warczy i szczeka, jak ktoś obcy wchodzi… Żeby się tylko złapać dał! Ale nie! I pomyślałam sobie, że skoro on taki niezależny, skoro oswoić się nie da, to lepiej go zabierzcie. Bo ja nad nim nie panuję, a jak kogoś pogryzie, to odpowiadać będę, bo w okolicy już wiedzą, że to pies z mojego podwórka…

No to nasi bezogoniaści pojechali. Pies, rzeczywiście, taki, że nie podchodź. Nie dał się złapać. No to wzięli na sposób i dali mu do miski tabletki nasenne. Zjadł i przysnął. Wtedy go zwinęli i przywieźli do schroniska. Obudził się już w wiacie. Nawet nie szczeknął. Rozejrzał się dokoła, powęszył, siadł w kącie i zaczął główkować. Na nas tu nie zwracał uwagi. A pysk miał taki, że niech Dog broni! Bezogoniaści do niego z szacunkiem, ostrożnie, my też z dystansem – skoro nie chce się spoufalać, niech mu będzie.

I tak przeszło parę dni. W dzień psa jakby nie było: przekąsił coś, popił i myślał. Za to w nocy się uaktywniał. Napudzianiał się[1] i zaczynał rozpychać pręty klatki. Zabrało mu to, skubanemu, cztery noce. Nad ranem czwartego dnia przecisnął się i wyskoczył z wiaty. Pierwsza bezogoniasta przyszła do pracy i natknęła się nań, gdy wybiegał zza budynków – wyjścia szukał. Natychmiast zwiała do biura i słyszeliśmy, jak dzwoni. I niedługo przyjechał bezogoniasty, który oporządzał zawsze jego wiatę. Szybko wziął poskrom[2] i zaczęło się polowanie.

Bezogoniasty podchodzi i coś tam gada spokojnie do zbiega. Ten cofa się i powarkuje. My wszyscy z emocji wyjemy, szczekamy i rzucamy się w boksach. Bezogoniasty próbuje użyć poskromu, pędząc powoli psa do kąta między wiaty, ale ten nie daje mu się dostatecznie zbliżyć. A w pewnej chwili odwraca się, skacze na ogrodzenie schroniska, tam, gdzie siatka nie jest mocno napięta i wybrzusza się trochę, podciąga się i już jest po drugiej stronie! A potem parę skoków i znika w lesie. Sprytny czworonóg!

Bezogoniaści samochodami jeździli całe godziny dokoła szukając zbiega – na próżno.

A późnym popołudniem telefon:

– Co się stało? Pies znów jest u mnie na podwórzu! Wypuściliście go?

No i od słowa do słowa… Bezogoniasta z podmiejskiej dzielnicy wzruszyła się chyba tym psim powrotem, a może zaimponowała jej brawurowa psia ucieczka[3], w każdym razie postanowiła go zatrzymać. Spróbuje dogadać się ze zwierzakiem, skoro ten już postanowił z nią zamieszkać. Nasi bezogoniaści też pewnie pomogą. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nieczęsto można spotkać takiego psa.

Do licha, a ja nawet nie spytałem go, jak ma na imię!

Wrrredaktor Cygan

[1] Napudzianiać się – przekierowywać energię z głowy w bary.

[2] Poskrom – długi kij z pętlą na końcu. Używają go tu w schronisku rzadko, tylko w ostatecznej potrzebie, ale i tak nie ma psa, który by nie warczał na jego widok.

[3] Zaimponowała jej (…) ucieczka – nam zaimponowała! Parę co młodszych kundli już sobie robi odciski na barkach, wciskając łeb między pręty

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)