Lubię sobie czasem, nocą, wyjść przed biuro i popatrzeć

Lubię sobie czasem, nocą, wyjść przed biuro i popatrzeć. Ciemno, zwłaszcza jak nie ma księżyca. Tylko lampa na domku wolontariuszy się świeci. Widać kawałek rosochatego drzewa, co stoi obok, lśniącą ścianę metalowego magazynu i dalej, już w półmroku, kawałek trzeciej wiaty. Jest jeszcze światełko nad drzwiami biura, ale ono, schowane, mało daje światła…
Psy śpią. Czasem tylko któremuś coś się przyśni, więc warknie albo zaskomli. No i teraz zdarza się, teraz zwłaszcza, że bezogoniaści w mieście bawią się i strzelają. I gdzieś tam daleko huknie, a tu u nas psy się budzą i zaczynają szczekać. Te młodsze głównie… Wrzeszczą przez chwilę, bo albo się boją, albo irytują, że ktoś je zbudził. Ale po chwili znów jest cicho…
I stoję sobie, i gapię się w tę ciemność, i myślę… Bezogoniaści bawią się, a gdzieś tam, w zakamarkach, w zaułkach, na podwórkach, bezpańskie zwierzaki szukają sobie kąta, chowają przed chłodem, albo po prostu walczą o życie…
I tym razem wcale nie śmiesznie, o tak:

Kto im pomaga? Są tacy. Nazywają się społeczni karmiciele kotów. W naszym mieście jest ich około czterdziestu. Tylu w każdym razie współpracuje ze schroniskiem.
W większości są to starzy ludzie. Młodych na palcach jednej ręki można policzyć. Sami niewiele mają, a jeszcze się dzielą. Karmią głównie koty, ale i psom się trafia… Raz na miesiąc przychodzą do naszych bezogoniastych, a ci dają im karmę dla zwierząt. Kto ich karmi więcej, dostaje więcej, kto mniej – ten mniej…
A gdzie karmią? Gdzie mogą, tam gdzie są koty: na działkach (tam sierściuchów chyba coraz więcej), w swoich piwnicach i w takich miejscach na uboczu, gdzie nie kręci się zbyt wielu innych bezogoniastych. Koty znają ich. Gdy przychodzą, zaraz, jak wyczarowane, zjawiają się sierściuchy. Tu dwa-trzy, tam siedem, gdzie indziej kilkanaście. Niektórzy karmiciele niekiedy łapią te koty, niosą do zjaw i sterylizują. To taki ich inny obowiązek. Żeby się zwierzaki nie rozmnażały nad miarę. Albo, gdy widzą, że któryś kot choruje, to też łapią, prowadzą do lecznicy…
A inni bezogoniaści? W większości traktują ich obojętnie, albo jak takich lekko pomylonych i wzruszają ramionami. Ale są i tacy – i niemało ich! – którzy protestują. Nie karmić, wyganiać, wytruć tę zarazę, tylko srają koło domów i w piwnicach, i pchły, i choróbska! A o szczurach i myszach pomyśleli? Skądże! A przecież gdyby nie te koty, to by tych bezogoniastych szczury zżarły! Że trutka? Pewnie, ale jaki mądry szczur zeżre trutkę? Najwyżej jakiś młody, głupi albo taki, co już wariuje z głodu. Inne ani nie spojrzą! No i leży taka trutka po piwnicach, bardzo często nie w specjalnych pojemnikach, tylko na jakimś talerzyku albo zwyczajnie na kartce papieru. A jak malutki bezogoniasty do piwnicy zejdzie i takie kolorowe kulki znajdzie, to się nimi i pobawi, i zeżre czasem też!… A kota nie zeżre!
Tylko wytłumacz to niektórym bezogoniastym! Są tacy, na działkach, co specjalne pułapki na koty zastawiają, jak mogą, to walną łopatą, albo strzelają. I trafiają do nas, do schroniska, takie pokancerowane koty. Zdarzyło się, że ktoś biednego sierściucha posypał karbidem i polał wodą!…
A na karmicieli sypią się gromy! Że wariaci!… To jeszcze najdelikatniejsze określenie. Najczęściej padają dosadniejsze.
Ale oni się nie zniechęcają. I robią swoje. Zdarza się, że umierają. Wtedy prawie zawsze znajduje się ktoś, kto ich zastąpi.  Mimo złości niektórych sąsiadów.
Niedawno zmarła jedna taka karmicielka. Ledwo już chodziła, ale do ostatniego dnia maszerowała tam, gdzie czekali jej podopieczni. Teraz zamiast niej chodzi jej mąż.
Jest takie słowo, którego bezogoniaści używają na określenie takiego postępowania. Ale to wielkie słowo, a ja nie lubię wielkich słów. I jest inne słowo na określenie tych innych bezogoniastych. Też go nie użyję, bo po co… Niewiele to zmieni.
Chciałabym, kiedy tak stoję i gapię się w ciemność, by ktoś powiedział, że przesadzam. I żeby ten ktoś miał rację.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)