Nie pożył długo.

Nie pożył długo. Kiedy odchodził ze schroniska, cieszyliśmy się, że znalazł sobie nowego, tym razem lepszego bezogoniastego. Ale i niepokoiliśmy się trochę – był bardzo żywy i trochę nieobliczalny. Dlatego tutaj nazwaliśmy go Impet. Był niewielkim kundlem, łaciatym, czarno-pstrokatym. Miał może ze cztery lata…

Nie szło mu od szczeniaka. Jego właściciel więcej pił niż jadł, a Impeta i jeszcze jednego psiaka trzymał zwykle na balkonie, żeby się psy nie szwendały pod nogami. Jadły, jak popadło. Sąsiedzi zainteresowali się w końcu losem zwierząt i po interwencji takiego jednego stowarzyszenia, Impet ze swoim towarzyszem trafili do schroniska. Po kilku miesiącach baj znaleźli sobie domy, ten drugi wcześniej, Impet nieco później.

Trafił na wieś niedaleko naszego miasta. Miał do  dyspozycji spore obejście, niezłą budę, łańcucha czy szura nikt nie zamierzał mu fundować. Lepiej nie trzeba. Ale Impeta ciągnął świat. I pewnego dnia zwiał…

Bezogoniasty szukał go jakiś czas. Znalazł. I znowu wszystko było w porządku.

Tylko że po pewnym czasie Impetowi znów zachciało się wędrówek. Uciekł ponownie. Tym razem na dobre. I na nieszczęście.

Po miesiącu jego bezogoniasty zrezygnował z poszukiwań. Przyjechał do schroniska po nowego psa. I wziął Maisona[1].

A kilka dni później przyjechała do schroniska jedna bezogoniasta i powiedziała, że przywiozła psa. Znalazła go pod miastem. Pewnie po wypadku. I że ma go w samochodzie. No to nasi bezogoniaści biegiem, a ja za nimi. Otwierają drzwi, a tam, zawinięty w kocyki, leży Impet! Poznałam go od razu, bezogoniaści też. Natychmiast pojechali z nim do zjaw. I w badaniach wyszło, że psiak ma pomiażdżone przednie łapy, nadające się tylko do amputacji, że cały jest nafaszerowany śrutem, obity i skopany. Dogorywał… Nie były to z pewnością efekty wypadku!

I tak skończył Impet.

A wczoraj…

Nie, na dziś mam dość pisania.

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)