Blog zaczarowany!

– Hedziuuuuu!

– Hrrrr…. hrrrr….

– HEDAR! JEDZENIE!

– Hr.. CO? Gdzie??

– Oo, nie śpisz! Słuchaj, umiem czarować!

– Ale to jedzenie, to gdzie??

– Inaczej nie mogłam cię dobudzić… Czarować umiem!

– HĘ??

– No normalnie! Mam moc!

Pisałam kilka dni temu, że jak pojawi się york czy shih-tzu, to zaraz się telefon rozdzwania. Tymczasem mamy w Schronisku taką cudną, futrzastą Szaklę!

– Noo… Maamyy, i co?

– Już nie mamy, Hedziu, mieliśmy! Po Szaklę przyjechał pewien pan, z czworonożną koleżanką. Nasza futrzasta się od razu dogadała i pooojeeechaaaałaaaa w świat!

W ten sam dzień napisałam też o Gajowym, że byłoby super, gdyby rozdzwoniły się w jego sprawie telefony.

– I rozdzwoniły się??

– No nie… Ale za to przyjechała jedna pani, przeszła się po wiatach i powiedziała, że musi Gajowemu kogoś przedstawić… Wyszli za bramę, a tam była śliczna, ruda spanielka. Gajowy oniemiał; pospacerowali po lesie i decyzja zapadła – zamiast jednego rudego spaniela, w domu będą dwa! Jak się nasz senior cieszył!! Biegał od wolontariusza do właściciela i z powrotem, merdał kikutkowatym ogonkiem, wspinał się na kolana i krzyczał „JAAADĘĘĘ! JAADĘĘĘ! A mówiły psy z sąsiednich boksów, że takiego posiwiałego to nikt nie zechce!”. Chyba mi wtedy jakiś pyłek do oczu wleciał, bo tak mi jakoś łzawiły…

– To super! I co dalej??

– Nie chcę na razie za wcześnie pisać, bo jeszcze się odczaruje… ale dwie panny „z fabryki” mają zaklepane dwa domy. Za jakiś czas rozjadą się w dwie strony, ale za to obie dostaną najlepsze miejsca do mieszkania pod słońcem… I na jednego emerytowanego stróża czeka już legowisko… ale narazie cicho… bo się nie spełni!

Spróbuję poczarować dalej… Najpierw jednak coś opowiem.

Daaawno daaaawno teeemuuu… Rodzice kupili dzieciom szczeniaczka. Śliczny, malutki, słodziachny york! Po kilku miesiącach okazało się jednak, że psu „trochę” do yorka brakuje, a przecież nierasowego w domu trzymać nie będą, pff, nie wypada… Od pewnego czasu psiak wiódł więc życie psa podwórkowego, najniższej kategorii…

Przywiązany do słupa, między blokami z nie-wiem-czego, bez dachu nad głową, z jedzeniem rzucanym bezpośrednio na piach…

I teraz uwaga, zaczarowywuję… Oby Junior, przestraszony, nieznający ludzi od dobrej strony, wciskający się w deski boksu ze strachu i niepewności, znalazł cudowną rodzinę, która go ze skorupki wyciągnie…

Jeszcze drugie mam zaklęcie na dziś. Najpierw jednak opowiastka…

W pewnym przytulnym mieszkanku żyła sobie starsza pani. Za towarzysza miała pieska. Mały, bezproblemowy kundelek. Zajmowała się nim należycie! Sierść mu się błyszczała, pazurki równiuśkie, boczki niezapadnięte… Bywa jednak tak okrutnie, że właścicielka zasnęła… nie obudziła się już… Psiaczkiem nie miał się kto zająć, trafił do nas. Nie wiedzieliśmy nawet, jak starsza pani na niego wołała. U nas dostał imię Deet.

Większość psów przeżywa okropnie, kiedy trafi do schroniska. Deet jednak nie potrafi się pozbierać zupełnie… Nie wie, co to buda, leży tylko w kąciku i czeka… Na spacerek pójdzie chętnie, wszak przyzwyczajony do przechadzek, opiekunka też lubiła. Starszej pani jednak zabrakło, został starszy pies…

Zamykam więc oczy… i niech do schroniska przyjdzie za kilka dni ktoś, kto zechce Deetka uwolnić od tęsknoty za domem i człowiekiem…

– Buulbaa, ty weź lepiej pomyśl, jak zaczarować, żeby to przebrzydłe kocię trafiło do domu! 

– Jakie kocię!?

– Przyniosły dziewczynki bure kocię! Ledwo przyszło, ofurczało mnie bezczelnie, a chciałem się tylko kultualnie przywitać… Łapami mi zamachało przed nosem, zrobiło się dwa razy większe i coś tam burczało pod wąsami!

– Ojej… a gdzie to niewychowane kocię siedzi teraz?

– A widzisz, to jest drugi problem! Bo to kocię, znaczy ta kocica, znaczy Liza, to się ze mną ściga teraz…

– Jak to ściga? Przecież ty niebiegający jesteś, a i do chodzenia nie można cię namówić…

– No właśnie! I Lizka się ze mną ściga „kto dłużej będzie spał”! Zobacz tam, o! Pod biurko! Nawet jak ją babka w niebieskim kitlu oglądała na wszystkie strony, to oka nie otworzyła, żeby w konkursie nie odpaść. Potem znów poszła w kimę do pudła…

Zajrzałam do kartonu… Niech to Tyson! Kot!

   – I co?? Buulbaa, tak nie może być! Na muchy zęby pokazuję i kłapię paszczą, a wyjdzie, że boję się kocięcia!

-He he he Heedziu, ale czekaj, powiedziałeś, że kocię ma na imię Lizka?? To w takim razie Twoje życzenie będzie spełnione już za kilka godzin.

– Jaaaa-cieee, Buulbaa, ale jesteś niesamowita! Takie czary już umiesz?? 

– Nie, po prostu już wiem, co to za buras! Słyszałam, jak przez telefon rozmawiali i teraz p o k o j a r z y ł a m fakty…  Słuchaj, przedwczoraj zadzwonił do schroniska pan i powiedział, że znalazł kotka. Niestety teraz nie możemy za bardzo kotków przyjmować, ale zaproponowali panu, żeby tymczasowo zostawił u siebie zwierzaczka. Pan był na tyle przemiły, że się zgodził. Już nawet był w drodze do mieszkania, ale na chwilę musiał się zatrzymać. Otworzył drzwi… i tyle kotka widział…

Niedługo potem do schroniska przyszły dziewczynki z futrzakiem na rękach… Ten fragment historii znasz.

– Taaak, ale jak ma z tego wyniknąć, że tej bezczelnej już nie będzie niedługo??

– Oj… Słuchaj! Na drugi dzień zadzwonił pan. Ten, który zgłosił, że znalazł kotka i zgodził się dać mu dom na jakiś czas. Zmartwiony do granic! Prawie szlochający w słuchawkę! Bo ta kocina, którą miał przygarnąć tymczasowo zniknęła, zwiała… Szara była, pręgowana, młoda… Jak usłyszał, że jest w schronisku i czeka, to przecież chyba na drugim końcu miasta dało się słyszeć ulgę w głosie!

– I przyjedzie po Lizkę??

– No pewnie! I będziesz miał spokój i żadnej konkurencji! Dalej będziesz mistrzem drzemek.

Jak już jeden czar (koci) mamy z głowy, to mam nadzieję, że dla Deeta i Juniora zadziałają tym bardziej…

Zamykam więc oczy… i zamaszyście merdam ogonem… niech się spełni…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)