O miłości od długiego patrzenia! Cirik i Wegelontariusz.

– Tysiaaczku….

– Oooo nie! Nie dam ci napisać!

– Aaale ja tak ładnie proooszę… i oczkami mrygam, czujesz wiatr od rzęs mych?? Ja wiem o czym, poza tym jakby trochę to znam jednak tak od siebie, a nie tylko z opowieści, więc proooszę…

– Nie dasz się zbyć, nie?

– Nie! 

– O Matko Suczko, dooobraa… ale posiedzę i popilnuję, czy błędów nie ma!

–  Zaczynam!

Dnia pewnego przywieziono do nas małego pieska. Mały piesek miał wielką paszczę… Może na pierwszy rzut oka nie było widać, ale przy pierwszej próbie kontaktu dwunożnych z małym pieskiem szybko się okazywało, że paszcza solidna i zębiska nieliche. 

Psiaczek dostał na imię Cirik i zamieszkał całkiem niedaleko Tysiaka – na kociarni. Czyli przez drzwi mogli gadać! Gdyby Tysiak chciał, ale nie chciał ryzykować po tych koncertach w kierunku naszych… Z kotami problemów nie było, żył sobie z nimi w zgodzie. Cirik pozwalał się oglądać, ale z daleka. Próby zrobienia zdjęć zakończyły się tak, że co wyszło, to wyszło i wszelkie zasady robienia dobrych zdjęć i kadrowania nasza fotografka wsadziła w kieszeń…

Minęło trochę czasu, trochę psów wyjechało, małe tasowanie nastąpiło i zrobiło się miejsce na geriatryku, który właściwie powinien sie nazywać „mikropsiatrykiem”, bo tam mieszkają głównie takie nieduże czworonogi jak ja.Dużo ich się tam mieści, mogą nawet mieszkać we trójkę, mają pokoik w budynku i wybieg na zewnątrz i mają widok na wejście do biura, więc są najbardziej na bieżąco, jeśli chodzi o odwiedzających.

Ja mieszkałam wtedy zaraz obok, w największym kojcu przyklejonym do mikropsiatryka.

Pewnego dnia zaczął przychodzić do schroniska nowy Wolontariusz. Nowy był tylko kilka razy, potem już był nasz! Najczęściej właśnie przychodził do tego naszego mikropsiatryka, bo tam mieszka Leśka, ulubiona psiolaska tego dwunożnego. Jak przychodził do niej, to też z nami się witał i rozdawał smaczki, drapał po polikach i pytał, jak nam dzień mija.

Jak się blisko Leśki przeprowadził Cirik, to i z nim ten Wolontariusz zaczął się witać, tak samo jak z innymi, chociaż na poczatku mały pies z wielką paszczą niebardzo chciał się spoufalać, pozwalał jedynie z daleka się oglądać, cały Cirik! Mijał jednak czas… Inne psy były miziane, glaskane, z innymi się rozmawiało, a Cirik sam. Zaczął w końcu dumać, że coś tutaj nie ten teges! 

Z przodu jest właśnie ten NASZ, chyba z Rasią… a z tyłu przyczajony Cirik, ukryta bestia… Właśnie mu w głowie świta, że coś musi być na rzeczy z tym mizianiem, że się psy kłócą o pierwszeństwo w kontakcie i czasami głaskanie się odbywa na wszystkie możliwe ręce! 

Jak się Cirik napatrzył… to też zaczął podchodzić po głaski. Trochę tam powarczał na początku, bo jednak trzeba zachować pozory! Poza tym miał na ścianie wydrapane kreseczki „ilu dwunożnych obwarczałem”, „ilu próbowałem chapsnąć” i pół ściany już było zakreskowane… 

Potem Cirik zaczął wychodzić z Wolontariuszem na spacery.

Smaczki brał chętnie, pod rękę łepek pchał, tacy fajni dwunożni się okazali! A jak już dobrze kogoś poznał, to patrzcie, co się działo na wybiegu:

SZAŁ! I kto by uwierzył, że to taka bestia w ciele niewiniątka?? Pokochał Cirik Wolontariusza!

– Neska, zmień ten tytuł, bo ci sie pomerdało… Napisałaś Wegelontariusz…

–  Ach, widzisz, bo to celowo! Ten nasz Wolontariusz to właściwie jest Wegelontariusz! 

Wegelontariusz, bo jest on weganem! Czy weganinem…. Psiolaska nie musi się znać na odmianie, nadrabiam urokiem… W każdym razie ten dwunożny nie je mięsa ani żadnych produktów, które pochodzą od czworonogów, czyli ani mleka od krowy nie wypije, ani jajka od kury nie zje, ani serka, który jest z mleka, które pochodzi od krowy czy owcy, czy kozy też! 

Nie godzi się on z tym, że pieski się głaszcze, kotki mizia, a są zwierzątka, które muszą pół życia dawać mleko albo znosić jajka i mieszkać w klatkach, albo jeszcze co gorszego… Sam się trzyma zasad jedzenia tylko tego, co z ziemi wyrasta i jak ktoś chce poznać ten styl życia, to chętnie opowiada o tym i udziela rad czy wskazówek. Bo do tego też trzeba podejść z głową!

– Ja to bym nie mógł tak…

– Ja też nie! Ale my, czworonogi to jesteśmy tak skonstruowane, że raczej na pewno byśmy nie mogli bez odpowiedniej porcji mięsiwa przeżyć, za to człowiek może, chociaż musi sobie dostarczyć wszystko inaczej. Dlatego piszę, że trzeba wszystko sobie poukładać, przemyśleć i najpierw przestudiować wszelkie zasady, żeby nie paść zemdlonym z braku tego czy tamtego składnika i żeby nie być bladziutkim, i mieć siłę potem chociażby psa na spacer wziąć!

– Ale jak można być silnym jedząc trawę!

– O Matko Suczko, ty też?? Właśnie że weganie nie jedzą tylko trawy! Jest cała masa różnych rzeczy do jedzenia i można (podobno) całkiem smakowicie jadać.

Wiem tego tyle, bo nam też często ten Wegelontariusz opowiadał o tym swoim gotowaniu i opowiadał, co to za pastę dzisiaj będzie robił, a co na kolację, a co poda swoim dwóm uszatym czworonogom, które są wegekrólikami. Czasami ślinka nam ciekła… ale nigdy spróbować nie dał…

Wegelontariusz wierzy w to, że dzięki niemu i innym wegedwunożnym więcej zwierząt będzie szczęśliwych, bo wszystkim się należy to, żeby beztrosko biegały po łąkach, o! I marzy mu się, żeby wszyscy na świecie jedli tylko zielenię, owoce i inne te wszystkie chrupiące rzeczy, bo wtedy naprawdę zwierzaki wszystkie bez wyjątku miałyby raj.

Jeśli również, Drogi Czytacielu, chcesz przejść na wegejedzenie, ale nie wiesz, z której strony się zabrać i nie wierzysz, że to jedzonko może być dobre (jak ja, bo jeszcze mi nikt nie dał spróbować…), to zajdź do nas! Jak w mikropsiatryku zobaczysz dwunożnego miziającego się z psami na dwie kolorowe ręce, to na pewno będzie nasz Wegelontariusz!

(Ten fragment nie był sponsorowany i wcale nie miałam obiecane pobawienie się ze mną misiem, ale mile widziany przynajmniej smaczek do ćlumkania!)

Wracając do Cirika…!!

Miałam właściwie napisać, że Cirik czeka na swojego dwunożnego, że człowiek będzie miał z niego pociechę, bo to taki w dechę psiur, że warto, że malutki i śmieszny, i wogóle takie tem…

Nie napiszę tego jednak booo… CIRIK POJECHAŁ DO DOMU! Akurat jak już miałam większość napisane, bo zaczęłam kilka dni przed publikacją, on następnego dnia pojechał do domu! Postanowiłam jednak dokończyć opowieść, żeby pokazać, że takie bestyjki też znajdują swoich ludzi i że nasi Wolontariusze są ZŁOCI, bo mają cierpliwość i chęci, i wcale się nie boją psich zębów, tylko doskonale wiedzą, jak sprawić, żeby psiur zaufał i nie miał ochoty kłapać paszczą.

Teraz trzeba trzymać kciuki, żeby i swojej pańci nie pokazywał całego zestawu kłów i siekaczy! Ponoć już je obejrzała… ale jej to nie zniechęciło! Powiedziała, że Cirik jest TAK FAJNY, że reszta się poukłada na pewno!

Ach, to teraz wysyłamy dobrą energię, żeby Cirik szybko zaufał i poczuł się jak u siebie, i wtopił w swoją rodzinę… Będzie dobrze!

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)