Nie znam cię, idź sobie… ale zostaw pasztet!

Od pasztetu do miłości. Tak to się czasami robi, jak nie ma innego wyjścia! Pies to takie zwierzę, które za pachnącą kulkę zrobi więcej niż czasami mu się wydaje… Potrafi wespiąć się na wyżyny własnych możliwości i mimo strachu, obaw i sobie tylko znanych powodów, żeby normalnie czegoś nie robić – czując smaczka potrafi sam siebie przekonać, że jednak to nie będzie aż tak straszne, żeby nie skorzystać.

I żeby nie było, bo faktycznie trąbimy, że nie wolno dawać niczego poza tymi czerwonawymi smaczkami z dziurką w środku. Nie można, bo jak wszyscy na wiatach są przyzwyczajeni do jednej karmy i jednego smaczka, to wszystkie inne wywołują…. nadzwyczajnie brudną podłogę….. Aaa teee paasztety, o których wspominam, to rozdaje bardzo niektórym psom Tabletkowa razem ze zdrową wkładką w środku. Jakoś te leczące kulki trzeba zjeść, a one same dobre nie są… Większość dostaje w torcikach z puszkowego żarełka dla psów, a bardzo wybrani w tych pasztetach, jak już wyjątkowo są uparte.

Idealnym przykładem, że pasztet potrafi przekonać, jest Bakoma.

Bakoma trafiła do nas razem z całą dzieciarnią. Czwórką chyba… Aż nie wspomnę, co chciał z tymi dzieciuchami zrobić poprzedni właściciel……….. Na szczęście zostały uratowane przez dwunożnych w niebieskich wdziankach i trafiły do nas całe i zdrowe razem z psiomatką. Bakoma nie chce się przyznać, jak była traktowana, ale chyba nie musi… Sam widzę, jak reaguje… Na nią jest sposób właśnie pasztetowy. Jak dwunożny wchodzi do niej, to ona się zaraz chowa i ucieka, aaaaleeee wystarczy kucnąć z kulką pasztetu na dłoni i już widać wyściubolony z kryjówki nos Bakomy… Potem jedna łapa, druga, grzbieeeeet wychooodziii…… i potem tuptuptuptup, pasztet delikatnie wyżarty i z powrotem! Można tak w kółko, aż w końcu Bakoma przestaje się chować, tylko czeka. Sprytna jest. Skoro był pasztet trzy razy, to i czwarty być musi. Trochę to zajmie, zanim zaufa… Na razie nie wierzy, że nikt jej nie chce skrzywdzić, na razie jeśli czuje się zagrożona, to potrafi kłapnąć. Nie wie, że nic jej nie grozi. Nie wie, że można inaczej, łagodniej… Inaczej była traktowana…

Od długiego czasu mieszka u nas też Janka.

Psiolaska o niepodważalnej urodzie! Serioserio, to połączenie kremu z czernią jest ekstra! Dom to by znalazła oohoohoooooo jak dawno temu! …..gdyby nie była taka „niezbyt mi potrzebnyś, człowieku”… Jak Janka kogoś nie zna, to ani myśli pomagać w nawiązaniu kontaktu. Można się męczyć, pokazywać smaczki, a ona będzie się czaić i zastanawiać… W końcu jednak daje się zwykle przekonać, a im bardziej kolejny spacer, tym ona krócej daje się namawiać na wyjście. W końcu zaczyna się nawet cieszyć na widok tych dwunożnych, których już widziała nie raz. Potem w lesie jest już łatwiej, bo nawet do tej wyciągniętej ręki ze smaczkiem może podejść i nawet z niej zjeść! Bywa, że i się kapkę rozluźni i można ją pogłaskać…. ale to bardziej dwunożnemu na tym zależy chyba, albo się Janka maskuje wyjątkowo, że jej to może i nie przeszkadza, ale też przesadnie jej nie zachwyca. …może to jeszcze nie ten czas…

Na koniec niełatwy przypadek… Lechia. 

Z Lechią to nie będzie takie proste. Mistrzyni wypełzania z szelek, broniąca się przed kontaktem, a im bardziej ktoś obcy, tym mniej ma chęć na cokolwiek. Podsłyszałem dzisiaj, jak nasz behapsiorysta mówił, że Lechia musi mieć drugiego psa obok siebie zawsze, bo inaczej się pogubi w świecie. Ona jakoś nie rozumie dwunożnych i bez psiumpla będzie jej za ciężko… Baaardzo powoli się przekonuje do kogokolwiek, u niej nawet żaden smaczek niewiele pomoże, chociaż jak się rzuci w jej stronę, to że niby czemu ma nie zjeść?? Bardzo chętnie zszamie! Żeby jednak zjadła z ręki, potrzeba czasu dużo… Żeby na spacer chciała wyjść z kimś, potrzeba jeszcze więcej… Można ją wynieść na rękach, a ona i tak ma jeden cel – własny kojec. Znaczy własny i psiumpla, bo sama nie mieszka. Przy obcych to nawet ten kolega psi nie jest jej w stanie przetłumaczyć, że przecież są razem i nie ma się czego bać… Wolontariusze jednak u nas mają w sobie takie morze cierpliwości, że Lechię umieli do siebie przekonać i niektórzy już potrafią przekonać psiolaskę do spaceru… Trzeba jeszcze jedno Lechii przyznać – mimo tego wielkiego strachu, ani pół raza nie kłapnęła na nikogo paszczą. …chyba że na smaczka…..

Takie to mamy u nas przypadki….. i one mają szansę na dom, pewnie, że tak! Tylko to takie psiolaski, że nikt ot tak ich nie adoptuje. Nie ma szans, żeby ktoś po prostu przyszedł i powiedział – BIORĘ! …i tego samego dnia zapakował do samochodu i pojechał. Potem to przecież w takim obcym miejscu i z obcym dwunożnym to stres razy miliard! Lechia kiedyś się wysmyknęła z szelek, wiedziała, gdzie jest jej dom, wróciła do schroniska. Jak się ją wywiezie gdzieś dalekodaleko, a ona nie będzie znać ani dwunożnych, ani okolicy, to jak wróci i gdzie…? Trzeba będzie pokazać nam, ale przede wszystkim tym czworonogom, że jest się wartym ich zaufania, trzeba będzie je zdobyć, wywołać to merdanie ogonka na sam widok, trzeba będzie znaleźć ten błysk w oku, ten zalążek psiej miłości do tego jedynego wkrótce dwunożnego…. Da się, niejedni już to udowadniali przy innych psach. Akurat przypadek chyba, że też w psiolaskach, ale opisywałem historię Lucynki czy Pragi.

…da się… tylko chcieć trzeba i się nie zniechęcać, i przede wszystkim trzeba mieć na uwadzę tego psa i jego przerażenie i może przykre doświadczenia. Nie ma co przyspieszać, bo tu się nie da nic szybciej. Szybciej to potem można zwiać, kiedy się nie zbudowało porządnie zaufania.

…ale się da…

…to kiedy przychodzisz z tymi czerwonawymi smakolami okrągłymi z dziurką…?

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)